Zanzibar 2018

Kiedy królowa Saba odbywała rejs po morzu - usłyszała "Obiecaj, że tu wrócisz". Aby dochować obietnicy upuściła swój naszyjnik z pereł. "To nie wystarczy" usłyszała. W odpowiedzi Saba wrzuciła skrzynię pełną skarbów, która uderzając o dno otworzyła się. Z klejnotów tam się znajdujących powstał rajski archipelag o nazwie Zanzibar. Tak głosi legenda.

My natomiast początkowo zastanawialiśmy się kiedy powinniśmy wyruszyć w jakiś ciekawy zakątek świata ale największym problemem okazał się dokładny termin. Z jednej strony plan był taki aby pojechać w trakcie ferii szkolnych Laury (2 tygodnie w styczniu) lub w trakcie urodzin, dodajmy bardzo ważnych - Joli, w lutym. Zdecydowaliśmy się na tą drugą opcję żeby spędzić urodziny w jakimś niezwykłym miejscu. Przez to również nasz wyjazd mógł być jedynie znacznie krótszy niż wszystkie dotąd - gdzie staraliśmy się wyjeżdżać na minimum 2-3 tygodnie. Tak więc tym razem nasz wyjazd to jedynie 8 dni tak aby Laura nie miała jakiś dużych zaległości szkolnych.

A dlaczego Zanzibar? Polowaliśmy tym razem wyjątkowo na oferty last minute samych przelotów. Jak pamiętacie bowiem podróżujemy indywidualnie i takiej koncepcji chcemy się trzymać. Coraz bardziej zaczęliśmy jednak spoglądać na oferty przelotów czarterowych polskich biur podróży - bo w stosunku do przelotów rejsowych można całkiem sporo zaoszczędzić, tym bardziej podróżując w czwórkę. Przez dłuższy czas na celowniku mieliśmy Gambię ale na horyzoncie finalnie pojawił się Zanzibar i to z "prawie" bezpośrednim przelotem z Wrocławia co dla nas jest sporym ułatwieniem. Lot ten bowiem ma 45 minutowy postój na tankowanie paliwa w Hurghadzie w Egipcie, w trakcie którego się nie wysiada z samolotu. Łączny przelot to mniej więcej 9 godzin lotu w jedna stronę.

Nasze bilety kupiliśmy na 4 dni przed wylotem. Cenę jaką można wtedy znaleźć to rząd około 1200 - 1900 PLN/osobę czyli znacznie taniej niż kupując bilety rejsowe, które kosztują przynajmniej na poziomie 3500 - 4000 PLN/osobę.

Na początek garść praktycznych informacji

  1. Zanzibar to afrykańska wyspa na Oceanie Indyjskim należąca do Tanzanii i posiadająca znaczną autonomię w stosunku do swojej kontynentalnej "matki". Tak naprawdę powinniśmy mówić o archipelagu o tej samej nazwie z ludnością głównie pochodzenia afrykańskiego, arabskiego oraz hinduskiego.

  2. Językami urzędowymi są suahili oraz angielski natomiast głównym miastem jest Zanzibar Town ze swoją słynną starą częścią - Stone Town, którą koniecznie trzeba odwiedzić przylatując na tą wyspę.

  3. Religią dominującą jest islam ale w zdecydowanie lżejszej odsłonie.

  4. Na miejscu możemy płacić zarówno szylingami tanzańskimi jak i dolarami amerykańskimi, które są w powszechnym użyciu. W lutym 2018 kursy były na takim poziomie:

    • 100 000 TNZ = 151 PLN

    • 100 USD = 225 000 TNZ

  5. Czas na Zanzibarze przesunięty jest w stosunku do polskiego o + 2h, co pozwala na dobry kontakt z rodziną i znajomymi.

    https://www.timeanddate.com/worldclock/tanzania/zanzibar-city

    Wiza na Zanzibar kosztuje 50 USD od osoby (płatne gotówką ale możliwe również kartą), którą otrzymujemy na lotnisku "visa on arrival". Przejście biurokratycznych zasad wymaga bardzo dużej cierpliwości. Pamiętajcie jednak, żeby mieć przy sobie długopis bo jak wysiada cały samolot i wszyscy muszą wypełnić absurdalne formularze to po prostu on się nam przyda. Wszystko trwa strasznie długo, stoimy w długiej kolejce. Na formularzu wizowym jest miejsce na fotografię ale ona nie jest konieczna. My je mieliśmy, żeby być bardziej spokojnym ale finalnie się nie przydały.

  6. Kiedy jechać? Pamiętajcie, że Zanzibar to klimat podrównikowy gdzie można przylecieć w trakcie całego roku jednak sezon główny to okres od czerwca do października, kiedy słońce daje w kość nieco mniej niż w innych miesiącach. My byliśmy więc w trakcie tamtejszego lata. Niezależnie kiedy jedziecie nie zapomnijcie absolutnie o bardzo wysokich filtrach ochronnych (my mieliśmy 30 i były zbyt słabe) oraz dobrych okularach przeciwsłonecznych. Dodatkowo Zanzibar stanowi wspaniałe miejsce odpoczynku po typowym safari w Parku Serengeti i wejściu na Kilimanjaro, w części kontynentalnej Tanzanii.

  7. Na Zanzibarze standardem są braki w regularnym dostępie elektryczności - ale kto się tym przejmuje. Wierzcie mi, że nie zwraca się na to zupełnie uwagi - trzeba tylko pamiętać, żeby podładować na czas telefon czy komputer. Jeśli chodzi o wtyczki elektryczne to warto zabrać adaptery ale w hotelu, w którym mieszkaliśmy wtyczki polskie pasowały bardzo dobrze.

  8. Szczepienia. Wydaje się to trudny temat bowiem wszędzie przeczytamy o rekomendowanych szczepieniach i profilaktyce antymalaryjnej na terenie całej Tanzanii, łącznie z Zanzibarem. W praktyce jednak Zanzibar prowadzi od wielu już lat masową akcję antyawaryjne / antykomarową, która poskutkowała tym że odsetek malarii spadł tam do poziomu poniżej 1% a w niektórych ostatnich (listopad 2017 rok) publikacjach mowa jest o poziomie poniżej 0,003%.

    http://medicopress.media/2017/11/14/malaria-prevalence-in-zanzibar-cut-to-0-003/

    Zanzibar jest też wyspą wietrzną co dodatkowo powoduje, że komarów jest wyjątkowo mało. Szczerze w trakcie całego pobytu widzieliśmy 2 komary. Nie zmienia to faktu, że trzeba koniecznie zabrać ze sobą repelenty na komary z dodatkiem tzw. deet oraz długie rękawki aby uchronić się szczególnie wieczorami przed ewentualnym ukąszeniem. Co jakiś czas zmieniają się natomiast informacje na temat konieczności szczepienia na "żółtą febrę" (wtedy mamy tzw. "żółtą książeczkę" którą trzeba pokazać na lotnisku).


    Obecnie jednak nie ma takiej potrzeby i nikt nas o to nie pytał na lotnisku.

    Podsumowując jako rodzina nie szczepiliśmy się dodatkowo (robiliśmy to kiedyś) ani nie przyjmowaliśmy profilaktyki antymalaryjnej, która też ma mniejszy czy większy wpływ na nasze zdrowie. Pamiętajcie jednak, że nie jesteśmy lekarzami i każdy tego typu decyzję musi podjąć w pełni świadomie i samodzielnie a najlepiej po konsultacji z lekarzem od spraw tropikalnych. Dla tych, którzy chcą szczegółowo poczytać o kwestiach zdrowotnych polecamy:

    http://www.medycynatropikalna.pl/kraj/zanzibar/57

  9. Lekarstwa - tak, koniecznie i na 100 procent weźcie je ze sobą. Na Zanzibarze mało jest opcji szpitalno-lekarskich i po prostu lepiej nie chorować (co nie znaczy, że my nie chorowaliśmy a szczególnie Jola). Nie zapomnijcie o lekach przeciwgorączkowych, przeciwbólowych, na rozwolnienie - oraz na wszelki wypadek również pianki przeciw oparzeniom skórnym po przebywaniu na słońcu. Dodatkowo woda utleniona, plastry etc. Niby wszystko jest na miejscu ale jak jesteście daleko od miast - to lepiej mieć to przy sobie. Dodatkowo polecamy buty do wody, które uchronią Was przed jeżowcami, które może jakoś licznie nie występują (przynajmniej na południu wyspy) ale my w takowego i tak "wdepnęliśmy" a dokładnie Daniel w trakcie 1 kąpieli w pierwszym dniu. Wygrzebanie kolców jest bardzo trudne ale to osobny temat.
    Gdyby jednak sytuacja była zła i wymagała pomocy lekarskiej jedną z opcji jest:

    http://tasakhtaahospital.co.tz/about_us.html

  10. Ubezpieczenie - tak, zdecydowanie polecamy. Nie oszczędzajcie na tym. To Wasza gwarancja w razie kłopotów. Mamy taką zasadę, że na dalszych wyjazdach korzystamy z dużych, globalnych i przede wszystkim rozpoznawalnych firm. W naszym wypadku jest to Allianz - ale to oczywiście indywidualna kwestia i decyzja. Tym samym pozdrawiamy naszego kuzyna i wujka agenta - Radosława.

  11. Podróż z dziećmi - tak, jak najbardziej to ciekawy kierunek i całą rodziną możemy podziwiać tą piękną wyspę. Jednak nie znajdziecie tutaj za bardzo placów zabaw, aquaparków i dobrej infrastruktury dla dzieciaków. Raczej nastawcie się na plaże i po prostu poznawanie atrakcji na tej egzotycznej wyspie. Na wyspie można spotkać rodziny z dziećmi choć oczywiście nie tak często jak w innych krajach.

  12. Bezpieczeństwo. Zapewne internet dużo Wam powie na ten temat ale w naszym wypadku ani razu nie czuliśmy się zagrożeni czy w jakiś sposób zaniepokojeni. Zdarzało nam się wracać po plaży wieczorem i zawsze było wszystko ok a mijające osoby sympatycznie mówiły "Jambo" (cześć) lub Hakuna Matata ("nie martw się" - ale raczej powinniśmy to przetłumaczyć jako "głowa do góry").

  13. Robienie zdjęć: bardzo otwarci i zarazem uśmiechnięci są Masajowie, którzy docierają na Zanzibar z Tanzanii kontynentalnej aby sprzedać swoje rękodzieła. Nieco trudniej jest z lokalnymi mieszkańcami wyspy, którzy chyba za zdjęciami za bardzo nie przepadają. W takim wypadku należy poprosić o pozwolenie aby uniknąć jakiś niepotrzebnych nieporozumień.

  14. W każdym momencie swojego pobytu będziecie mieć styczność z dziećmi, które ucieszą się straszliwie jak dostaną od Was cukierki, długopisy, kredki czy inne drobne podarunki. My mieliśmy całą masę cukierków oraz lizaków firmy Mieszko (zupełnie nieprzypadkowo oczywiście). Bardzo się one przydały a uśmiechy i  podziękowania małych mieszkańców wyspy pozostaną nam w pamięci na bardzo długo. Pamiętajcie, że dzieciaki te bardzo często nie mają podstawowych rzeczy i słodycze są dla nich czymś niesamowitym. O pomocy lokalnym dzieciakom piszemy jeszcze później.

  15. Najtańsze wyjazdy zorganizowane na Zanzibar to rząd wielkości 3700 PLN – 5000 PLN od osoby uzależnione oczywiście od standardu hotelu i oferowanych tam atrakcji. Jeśli do ceny samych przelotów czarterowych dodacie hotel zarezerwowany samodzielnie – cały pobyt wyjdzie Was o grube kilka tysięcy PLN taniej – patrząc na czteroosobową rodzinę, taką jak nasza. A poza tym jak już mówiliśmy wcześniej zawsze wakacje organizowane samemu smakują najlepiej.

Tyle jeśli chodzi o bardziej formalne kwestie - pora przejść do naszej relacji.

Jak już wspominaliśmy wylatywaliśmy z Wrocławia czarterową linią Enter Air. Tutaj musimy bardzo pochwalić całą ekipę ponieważ zrobili na nas bardzo dobre wrażenie. Za profesjonalne podejście, uśmiech i pomoc w ważnym dla nas momencie – bijemy po prostu brawo.

Po długim bo 9 godzinnym locie dotarliśmy wreszcie na Zanzibar w późno popołudniowych godzinach. Po przebrnięciu przez formularze wizowe i po zakończeniu wszystkich niezbędnych (i bardzo długich!) formalności – wyszliśmy z lotniska. Na miejscu czekał już na nas kierowca zamówiony przez hotel, który zarezerwowaliśmy sobie przez booking.com.

Zmęczeni ale zadowoleni, że jesteśmy prawie na miejscu spoglądaliśmy po drodze na otaczające nas gwarne ulice. Przed nami mieliśmy około 1h jazdy autem z lotniska na południowo-wschodnią część wyspy – w okolice wioski Jambiani. Jakość dróg i naprawdę duże dziury uświadomiły nas szybko, że jesteśmy w Afryce.

Nasz hotel IFA BEACH RESORT (hucznie nieco nazwany) znajdował się przy samej wiosce Jambiani dlatego właśnie najpierw przez nią wjeżdżaliśmy. Początkowo zrobiliśmy duże oczy na bardzo skromne domostwa oraz biegające wszędzie dzieci. Do widoku tego jednak szybko przywykliśmy spacerując później często wśród lokalnych mieszkańców. Tego dnia mieliśmy jednak serdecznie dosyć i smacznie poszliśmy spać w nowych dla nas okolicznościach i pod ochroną moskitier zawieszonych nad każdym naszym łóżkiem, co jest standardem w tej części świata – nawet jeśli jak pisałem wcześniej malaria powoli staje się w tym miejscu historią.

Pierwszy, dodajmy bardzo wczesny poranek dał znać, że jesteśmy w klimacie podrównikowym. Było bardzo ciepło a słońce już dawało o sobie znać. Wyszliśmy na nasz balkon a naszym oczom ukazała się spacerująca po plaży krowa - wprawiając Laurę w entuzjastyczny wybuch radości. Jak wiecie bowiem nasza 11 letnia już córeczka uwielbia wszystkie zwierzaki.

Ciekawostka miała jednak miejsce jakieś 2 godziny później kiedy wyszliśmy na pierwszy spacer a ku naszemu zdziwieniu Ocean Indyjski był widoczny jedynie na horyzoncie. Po zgłębieniu tematu okazało się, że odpływy na Zanzibarze to coś bardzo charakterystycznego. Można spokojnie przez co najmniej 1 – 1,5 km wejść w głąb morza dochodząc do bardzo płytkich raf koralowych. Zdecydowanie polecamy tutaj specjalne buty do wody z odpowiednią podeszwą bo podczas tego pierwszego spaceru nasz Daniel wszedł w jeżowca nakłuwając sobie w piętę kilka kolców. A jak ciężko te kolce później wyciągnąć to możecie nam jedynie uwierzyć – nie wspominając o krzykach Daniela ;-)

Idąc jednak w głąb morza jesteśmy w stanie zobaczyć koralowce, muszle oraz kraby, które same stanowią charakterystyką tego miejsca – będąc sporą atrakcją dla dzieciaków. Generalnie jednak co około 6 godzin w okolicach Jambiani można spodziewać się odpływów i późniejszych przypływów.

Pisząc o porannych odpływach warto przy okazji wspomnieć o starszych kobietach z lokalnej wioski, które wchodzą w głąb odsłoniętego znacznie oceanu zbierając algi z morskich poletek w charakterystycznie kolorowych ubraniach – kangach. To co z pewnością przychodzi do głowy to wyjątkowo ciężka praca tych pań, które pracują w naprawdę dużym upale. Na sam koniec dnia wracają jednak spory kawałek do brzegu zanoszą je do wioski aby wysuszyć je na słońcu. Mimo, że jest to bardzo widoczny obrazek na Zanzibarze to hodowle alg prowadzone są tutaj dopiero od końca lat 80 zeszłego stulecia. Trafiają one później między innymi na europejski rynek.

Ten dzień jednak miał jednak zupełnie inny priorytet.

12 luty 2018 to wyjątkowo ważne urodziny Joli. Na godzinę 16 zaplanowany był obiad w najbardziej znanej restauracji na wyspie – „The Rock”. Znajduje się ona na morzu (oddalona jakieś 50 metrów od plaży) i jest bardzo ciekawym miejscem do odwiedzenia i popróbowania morskich i mięsnych rarytasów. Całą rezerwację zrobiłem jeszcze w Polsce zamawiając stolik z widokiem na morze – tu trochę żartuję bo poniekąd w takim miejscu to oczywiste :). Co ciekawe do restauracji można dotrzeć na nogach gdy jest odpływ lub łódką jeśli jest przypływ. My wybraliśmy wersję pośrednią wchodzą po prostu do wody.

Po naprawdę smacznym obiedzie popijanym przez dorosłych lokalnym piwem Kilimangaro przyszła pora na zmianę lokalizacji na bardziej wypoczynkową – oczywiście również w tej samej restauracji. Jola jeszcze nie wiedziała, że to również pora na urodzinowy tort uzgodniony również z restauracją jeszcze z Polski. Kiedy wszyscy odpoczywaliśmy z nienacka podeszła do nas cała załoga "The Rock" i odśpiewała "Happy Birthday Jola" (możecie to zobaczyć na naszym video). Drobny akcent ale bardzo sympatyczny.

Najedzeni oraz w pełni zrelaksowani wróciliśmy z kierowcą, którego zorganizowała nam również restauracja. Mają bowiem w ofercie taką usługę. Atrakcji jednak nie był koniec bowiem nasz IFA BEACH RESORT przygotował również małą niespodziankę dla Joli. Ponownie to małe rzeczy ale takie, które się pamięta. Do tego wszystkiego było jeszcze wino "Made in Africa".

Ten dzień zakończyliśmy w bardzo fajnym nastroju – stosownym również do tego specjalnego dnia.

Następny dzień i również każdy kolejny zaczynaliśmy od bardzo dobrego wręcz wyśmienitego śniadania. I absolutnie ten posiłek to nie żadne all inclusive z bardzo szerokim wyborem. Był on nawet nieco monotonny ale mimo to określiliśmy, że takie śniadania moglibyśmy jeść codziennie w domu. Głównym powodem dlaczego cała nasza czwórka z wielką chęcią pędziła na śniadanie były świeże i wyśmienite owoce - zarówno te nam znane jak i te zupełnie egzotyczne, o które musieliśmy nieco się dopytywać. Do tego świeże soki plus inne dobroci powodowały, że początek dnia by bardzo smaczny i pozytywnie nastawiał nas na kolejne atrakcje.

Opisując Zanzibar nie sposób pominąć ludzi i tego co nam towarzyszyło na co dzień. Po pierwsze wspaniałe i długie plaże oraz bawiące się tam dzieciaki. Warto wspomnieć, że ze wszystkich naszych wyjazdów w tym właśnie miejscu morze było najcieplejsze. Do tego bardzo czyste i przejrzyste.

Przy dawaniu cukierków czy innych małych prezentów uważnie musieliśmy patrzeć czy nikt nie pozostaje poszkodowany. Gdy dzieciaki bowiem widzą, że Mzungu (biały człowiek) dzieli się z nimi jakimiś przysmakami – nagle i trochę nie wiadomo skąd pojawiają się kolejne dzieciaki oczekujące tego samego. To co jednak Laura zauważyła – takiej szczerej radości jak tam w takich sytuacjach ciężko będzie szukać w naszej rzeczywistości.

Zanzibar to oczywiście nie tylko plaże i związane z tym szaleństwa wodne. Możemy skorzystać z wielu atrakcji na wyspie. Na plażach (tu jest jak widzicie jednak początek) spotkać można wiele lokalnych osób, które namawiają nas na zakup różnych wycieczek. Początkowo byliśmy mocno sceptyczni ale finalnie zdecydowaliśmy się na zakup wycieczki na farmę przypraw, tzw. Spice Tour. Nasz człowiek – okazał się tak precyzyjny, zorganizowany i przede wszystkim uczciwy, że zdecydowaliśmy się na kilka kolejnych wycieczek właśnie z nim. Po dokładnym poznaniu okazało się, że po plaży chodzą tylko i wyłącznie osoby, które są mieszkańcami wioski Jambiani i wszelkie wpływy idą na rozwój lokalnej społeczności. Idea nam się bardzo spodobała i umocniła w przekonaniu, że pieniądze idą na właściwy cel.

Przygotowując się jeszcze do wyjazdu na Zanzibar wiele czytaliśmy o tym, że to wyspa przypraw. Na tzw. "Spice Tour" możemy zobaczyć jak rosną znane nam bardzo dobrze różne przyprawy, które stosujemy w naszych kuchniach. Są one często kolorowe i pachnące. To tutaj właśnie w tej części świata możemy zobaczyć w naturze rosnącą wanilię, pieprz czy gałkę muszkatołową. Na miejscu jest wiele tego typu farm natomiast my odwiedziliśmy "Hakuna Matata" - co jak pisałem wcześniej jest bardzo popularnym zwrotem na Zanzibarze.

Prawdziwym hitem był jednak przewodnik po farmie mówiący po polsku. Początkowo, nie znając go jeszcze wytłumaczyliśmy sobie, że to może jakiś Polak tam mieszkający. Okazało się, że bardzo otwarty i uśmiechnięty pan nauczył się języka polskiego i czeskiego z Internetu. Tak po prostu. Jak zapytałem go jak to możliwe to odparł, że ma taką aplikację w komórce i codziennie się uczy. Byliśmy bardzo ale to bardzo pod wrażeniem bo chyba każdy z nas ma jakieś niedociągnięcia językowe - a tu masz - można się wszystkiego nauczyć mając jedynie aplikację w komórce. A jak to wygląda w praktyce oceńcie sami :)

Sama farma okazała się bardzo ciekawym doświadczeniem. Niestety nie zawsze znając zapach danej przyprawy byliśmy w stanie powiedzieć co to jest. A odpowiedź była jak się później okazywało tak oczywista. Poniżej przykładowo gałka muszkatołowa będąca zarazem lokalnym afrodyzjakiem ale również środkiem uspokajającym. Swoją drogą ciekawe połączenie działania :)

Po poznaniu wielu przypraw na sam koniec przyszedł czas na pokazowe zerwanie kokosów z naprawdę wysokiej palmy. Szybkie wejście i zejście młodego chłopaka plus dodatkowo śpiew zrobił na nas duże wrażenie. To wszystko było oczywiście częścią całej naszej wycieczki ale nie ukrywamy, że świeże mleczko kokosowe ugasiło nasze pragnienia po ponad godzinnej wycieczce po lesie, dodajmy w dużym upale.

 

Na sam koniec zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia z całą naszą ekipą tj. "polskim" przewodnikiem (tu akurat robi fotę) i jego dwoma pomocnikami. Przez cały czas jeden z nich robił nam ręcznie kapelusze / korony z liści i roślin, które po drodze odwiedzaliśmy. Z praktycznych rzeczy, o których trzeba pamiętać są drobne napiwki, które może nie są koniecznością ale 1 czy 5 dolarów bardzo tutaj każdego ucieszy.

Kolejną wycieczką kupioną u naszego "plażowego" sprzedawcy była wizyta w Parku Narodowym Jozani (powierzchnia 50 kilometrów kwadratowych), w którym można między innymi zobaczyć małpy endemiczne – gerezy trójbarwne, żyjące jedynie na tej wyspie. Choć jesteśmy w Afryce Wschodniej to na Zanzibarze to największe dzikie zwierzęta - nie spotkamy tu bowiem ani lwów i słoni. Małpy żyją na wyspie ponad 1,5 tysiąca lat a żywią się owocami w tym między innymi kokosami, liśćmi figowców czy mango. Bardzo ciekawie się je obserwuje bo wystarczy wejść nieco w głąb lasu a po drzewach szybko i bardzo sprawnie skaczą z gałęzi na gałąź. Sam spacer przypomina z resztą prawdziwą dżunglę.

Niekiedy nawet ciężko je sfotografować choć zdarza się również, że podchodzą całkiem blisko. Wszyscy jednak odradzają jakikolwiek bliski kontakt z nimi a miejscowa ludność wierzy, że przenoszą niebezpieczne choroby. Lepiej wiec nie ryzykować ale z pewnością zobaczyć je warto.

Inną atrakcją Parku Narodowego Jozani jest las namorzynowy. Do tej atrakcji najlepiej dojechać autem (jakieś 5 km) więc warto za to dodatkowo zapłacić aby w słońcu nie przemierzać całkiem solidnego kawałka drogi. Tutaj bowiem zobaczymy ogromne baobany czy fikusy. W całym jednak parku zobaczymy całą masę egzotycznych roślin i drzew, które przy okazji są domem dla licznych na Zanzibarze ptaków.

Po całym dniu atrakcji i chodzenia jednak w mocnym słońcu – każdy nasz dzień kończył się tak samo tj. wizytą w okolicznym ośrodku z bajkowym molo oraz naszym basenem. Mimo, że nie byliśmy formalnie gośćmi nie było problemu z korzystaniem ze znajdujących się tutaj atrakcji jeśli oczywiście dokonamy jakiś zakupów i zamówimy sobie np. lunch czy wypijemy drinka. Co ciekawe na końcu molo jest restauracja ze schodkami do morza aby się wykąpać.

Idąc na wspomniany basen szliśmy jakieś 10 minut plażą z naszego hotelu. Jak już pisałem wcześniej po drodze spotykaliśmy zawsze uśmiechniętych ludzi. Co prawda część z nich chciała nam sprzedawać różne rzeczy i atrakcje – jednak nigdy nie odbywało się to nachalnie. Zawsze z uśmiechem na twarzy z początkowym "Jambo" (cześć) lub Hakuna Matata (nie martw się). Z całej tej jednak grupy ludzi zdecydowanie najsympatyczniejszymi byli Masajowie charakterystycznie ubrani w czerwone kangi i obowiązkowym kijem w ręku. Ich pogodne nastawienie było od razu można zauważyć. Oczywiście komunikacja odbywala się w języku angielskim ale jakież zdziwienie było kiedy Masaj podchodził do nas i słysząc polski język mówił "Siema" lub "Dzień Dobry". Zawsze wprawiało nas to w dobry humor, którym ewidentnie zarażali.

Masajów na Zanzibar przyciąga z kontynentalnej Tanzanii możliwy zarobek. To tutaj właśnie na plażach sprzedają swoje rękodzieła. Kupiliśmy od tego na zdjęciu kilka drobnych pamiątek pytając kto je zrobił. Z dumą odpowiadał "moja mama". Bardzo pozytywni ludzie i świetnie się z nimi rozmawiało.

Jednym z powodów dlaczego niektórzy Masajowie mówią nieco po polsku jest fakt, że nasi rodacy na Zanzibarze są na wyspie bardzo widoczni.

Dodatkowo poznani Masajowie mówili nam, że mieszkają "U Marka" – bezbłędnie wypowiadając imię po polsku. Jak się okazało kilkaset metrów od naszego hotelu znadują się tuż obok siebie hotele i restauracje prowadzone przez Polaków. Jeden z nich to Vanilla House – guesthouse prowadzony przez Panią Dorotę Katende, którą niestety nie udało nam się poznać. Sam hotelik leży praktycznie w środku wioski Jambiani i bezpośrednio nad samym morzem. Poniżej znajdziecie link

http://vanillahouse.info/

Czasami nam dorosłym udawało się się również wyrwać z hotelu na chwilę, kiedy Laura i Daniel odpoczywali po intensywanych wojażach - grając w swoje ulubione gry na komórkach :) Czas ten wykorzystywaliśmy na bardzo dobre czy wręcz wyśmienite drinki robione ze świeżego mango. One były po prostu rewelacyjne. Kupowaliśmy je w barze nad samym morzem również u Polaka prowadzącego ten biznes. Niestety nie mamy zdjęcia tego żółtego cuda w wielkim słoju ze słomką ale polecamy go każdemu, kto będzie miał okazję się tutaj pojawić.

Po intensywnych wycieczkach mieliśmy też dni bardziej spokoje, kiedy szliśmy z całą rodziną snorklować (maska z rurką). Całkiem blisko brzegu popływając łódką można było zobaczyć kolorowe akwarium z naprawdę przepięknymi i kolorowymi rybkami. Cała atrakcja dla dzieciaków to karmienie rynek z ręki lokalnym chlebem. Rybki masowo podpływały tworząc piękny spektal tuż przy nas w wodzie. Z takiej formy relaksu Laura i Daniel byli na każdym wyjeździe bardzo zadowoleni. Pływa się do woli – czyli w zasadzie do zmęczenia, które też nadeszło wraz ze słowami skrajnie wyczerpanego i nieco złego już Daniela – "A my to co dzisiaj tylko pływać z rybkami będziemy?!" :)

Naszą kolejną wycieczką był wyjazd do Stone Town (Kamienne Miasto), które jest słynnym starym miastem Zanzibar Town. Jest ono wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Zanim jednak zaczęliśmy zgłębiać to ciekawe miasto udaliśmy się małą drewnianą łodzią na Prison Island (Więzienną Wyspę) znajdującą się jakieś 30 minut od Kamiennego Miasta. To wycieczka półdniowa podczas której można dowiedzieć się o historii tego miejsca oraz odwiedzić gigantyczne żółwie.

Co ciekawe wybudowane w XIX wieku więzienie nigdy ostatecznie nie spełniło swojej roli. Szybsza była panująca cholera i potrzeba stworzenia kwarantanny dla przybywających na Zanzibar. Samo więzienie nieco straszy i z pewnością wymaga renowacji a co ciekawe można tu zjeść różne ciekawe przysmaki w restuaracji więziennej.

Największą atrakcją wyspy jak wspomniałem wcześniej są potężne żółwie. Niektóre z nich mają ponad 200 lat więc są starsze niż pokolenia naszych pradziadków. Jest ich naprawdę bardzo dużo i jeszcze do lat 90 chodziły tutaj swobodnie jednak w chwili obecnej są one ogrodzone na dość dużym obszarze. Wbrew pozorom nie są tak wolne jak mogłoby się wydawać a ich ulubionym zajęciem jest jedzenie listków z gałęzi podwanych przez turystów. Żółwie można pogłaskać dotykając ich twardej i charakterystycznej skóry. To w guncie rzeczy bardzo miłe zwierzaki i z przyjemnością spędziliśmy tam dość dużo czasu.

Po wizycie wróciliśmy molem na wyspie w oczekiwaniu na naszą drewnianą łódź, która zawiozła nas z powrotem do Stone Town.

Samo Stone Town jest bardzo ciekawym i energicznym miastem. Tuż po przypłynięciu widać całą masę młodych ludzi, którzy skaczą do morza z okolicznych murków. Blisko promenady można odwiedzić gwarny targ, na którym można kupić przeróżne potrawy w lepszym czy gorszym stanie sanepidowskim. Widać, że to stolica bo jest znacznie gwarniej ale również nowocześniej w stosunku do naszej wioski Jambiani.

Kolejną nieoczekiwaną atrakcją był festiwal tańca gdzie spędziliśmy chyba najwięcej czasu oglądając "walczące" ze sobą zespoły. Fajny klimat wszystkim się podobał a zebrana publiczność szalała miejscami po energicznych tańcach. Ciężko było nam wychodzić ale czekała na nas nasza przewodniczka.

Stone Town zaoferował nam jeszcze jedną niespodziankę. Nie wiem czy wiecie ale właśnie tutaj 5 września w 1946 roku urodził się niejaki Farrokh Bulsara, znany już nam wszystkim jako Freddie Mercury. Mimo, że sam dom nie jest jakiś wyjątkowy piękny to przyciąga jak magnez całą rzeszę turystów – pamiętających tego wybitnego artystę. Nad drzwiami wisi złota tabliczka "Mercury House".

Stone Town to również a może przede wszystkim klimat miasta na historycznym rozdrożu kilku różnych zakątków świata. Wąskie uliczki pamiętają przybyszy z Afryki Wschodniej, Persji, Indii, Arabii, Chin i oczywiście z Europy. Wpływy z każdego z tych miejsc widać niemal na każdym kroku. Miasto przez to robi niepowtarzalne wrażenie i chyba trochę żałujemy, że nie mogliśmy tu spędzić więcej czasu.

Jedną z cech charakterystycznych na niektórych domach są poteżne masywne drzwi dawnych bogatych kupców arabskich, którzy ryzwalizowali ze sobą budując coraz to piękniejszą rezydencję. Pod koniec XIX wieku Stone Town uchodziło bowiem za jedno z najbogatszych miast świata. Wszystko to było spowodowane znakomitym umiejscowieniem na mapie dzięki czemu handel kwitł w najlepsze.

Zanzibar a szczególnie Stone Town ma swoją również mroczną przeszłość. Tu tutaj właśnie działał jeden z największych targów niewolników na świecie. Ludzie porywani z Afryki kontynentalnej trafiali na tutejszy targ w ciężkich łańcuchach i kajdanach. W ciągu roku szacuje się, że trafiało kilkadziesiąt tysięcy niewolników, którzy trzymani początkowo w nieludzkich warunkach i ciasnych lochach – trafiali w końcu do tych, którzy zaoferowali najlepszą za nich zapłatę. Wielu jednak niedoszłych niewolników umierało w nieludzkich i ciasnych transportach na wyspę. Mimo, że niewolnictwo próbowano wyeliminować od 1807 roku poprzez zakaz wydany przez Wielką Brytanię – faktyczny jego kres miał miejsce dopiero w 1897 roku, kiedy wyspa przeszła pod protektorat brytyjski. Tutejsza katedra stoi dokładnie w miejscu, w którym kiedyś był targ niewolników. Można tu pozwiedzać wiele miejsc przypominających te mroczne czasy.

Stone Town to również miasto, w którym kupiliśmy sobie pamiątkę. Ci co nas lepiej znają wiedzą, że z podróży wracamy często z drewnianymi maskami i ciekawymi lokalnymi rękodziełami, które przypominają nam później odwiedzane miejsce. W Stone Town odwiedziliśmy jeden ze sklepów gdzie kupiliśmy popiersie Masaja wykonane z ciężkiego i twardego drewna hebanowego

Kamienne Miasto żegaliśmy w jednej z polecanych restuaracji serwującej głównie lokalne dania a więc mix kuchni afrykańskiej, arabskiej oraz hinduskiej. Tym samym pożegnaliśmy się również jedząc wspólną kolację z naszą bardzo sympatyczną przewodniczką. Dzięki niej dowiedzieliśmy się wiele cennych informacji. Do naszego hotelu znajdującego się na drugim końcu wyspy wróciliśmy późnym wieczorem.

Na następny dzień w związku również ze zbliżającym się powoli końcem naszego pobytu – postanowiliśmy odwiedzić ponownie naszą wioskę Jambiani. Po drodze poczęstowaliśmy dzieciaki cukierkami a w okolicznym sklepie wymieniliśmy dolary na szylingi.

Atrakcją dnia było jednak co innego. To wizyta w przedszkolu oraz w szkole podstawowej, w której uczą się lokalne dzieciaki z wioski. Sama szkoła oddalona była o mały spacer od głównych domostw i na pierwszy rzut oka z daleka wyglądała całkiem przyzwoicie porównując niektóre domostwa z okolicy. Wewnątrz jednak okazało się, że jest naprawdę bardzo skromnie. Najmłodsze (około 3-4 lat) siedziały praktycznie na ziemi bez żadnych ławek czy krzeseł. Starsze klasy różniły się praktycznie tym, że można było zobaczyć w nich ławki szkolne. Trzeba jednak powiedzieć, że wychowacy i dzieci przyjęły nas bardzo ciepło mówiąc różne wierszyki i śpiewając po angielsku. To miejsce, z resztą jak wiele innych na Zanzibarze, które trzymają mocno za serce – wiedząc o niedostatkach jakie tu panują. Wiele osób odwiedzających tą szkołę dofinansowuje ją oferując zarówno pieniądze jak i inne potrzebne rzeczy. My zostawiliśmy 100 USD, całą reklamówkę słodyczy oraz kilka długopisów, które z pewnością się tam przydadzą. Szkoła cały czas się rozbudowuje i wymaga inwestycji – dlatego turyści dokładający się ze swoimi "cegiełkami" są bardzo potrzebni.

Nasz powrót powoli się kończył. To co opisaliśmy to jedynie mały wycinek tego co widzieliśmy i co udało nam się poznać w tym dalekim i egzotycznym dla nas zakątku świata. Wróciliśmy z dużo lżejszymi walizkami bo zrobiliśmy dokładnie to samo co czytaliśmy przed wylotem na Zanzibar. Oddaliśmy 2 reklamówki ubrań Daniela i Laury dla dzieci z wioski Jambiani. Dla nas to były rzeczy, z których mogliśmy po prostu zrezygnować a dla nich to było coś bardziej potrzebnego. Jak będziecie tutaj czy w innym podobnym miejscu radzimy zrobić tak samo pomagając lokalnej społeczności. A sam Zanzibar zapamiętamy z pięknych i długich plaż z wyjątkowo białym piaskiem. Do tego uśmiech małych mieszkańców i ich rodziców często pracujących w naprawdę ciężkich warunkach. Wracamy do siebie – do zupełnie innego świata. Do zobaczenia Zanzibar!

Wasza Crazy Family, przełom lutego i marca 2018. Do następnego razu!

Pozdrawiamy serdecznie.
Dawid, Jola, Laura i Daniel

Przejdź do video rodzinnego
Przejdź do galerii
 
do góry
PRZEJDŹ DO STRONY GŁÓWNEJ