REJS PO OCEANIE ATLANTYCKIM
4 WYSPY KANARYSKIE, MAROKO i PORTUGALIA
rok 2011

Mijał powoli rok od naszego prywatnego wyjazdu na Mauritius, który tak dobrze wspominamy. Z pewnością teraz, tj. w 2011 nie mogliśmy sobie pozwolić (choćby finansowo) na podobną eskapadę. Dlatego też szukaliśmy czegoś niezbyt drogiego aby nie nadszarpnąć budżetu. W grę wchodziły różne bliższe wyjazdy tygodniowe i dwutygodniowe. Pewnego jednak dnia rozpoczęliśmy poszukiwania rejsów dużymi statkami wycieczkowymi. Był kwiecień i można było znaleźć naprawdę bardzo dobre oferty, głównie z racji terminu. Nigdy nie podróżowaliśmy w ten sposób, więc "why not!".

Tak się składa, że trafiliśmy na promocję hiszpańskiej linii "Pullmantur", która jako jedna z nielicznych oferuje rejsy "all inclusive". Mieliśmy małe wątpliwości jak to będzie. Wielokrotnie bowiem mówi się, że na takich statkach wieje nudą i często porównywane są do filmu "statek miłości". Pisząc to nawet teraz się z tego śmiejemy.

W sumie nasza oferta obejmowała rejs po Oceanie Atlantyckim. Wypłynięcie z Teneryfy, a potem po kolei Gran Canaria, Fuertaventura, Lanzarote, potem marokańska Casablanca oraz Agadir oraz na finiszu portugalska Madera, by ponownie powrócić do Teneryfy. Łącznie więc 7 dni i to w bardzo dobrej cenie 230 euro od osoby dorosłej. Była to faktycznie bardzo dobra cena patrząc na standard, który na takim statku obowiązuje.

Oprócz samej promocji rejsu pojawiła się kwestia przelotu. I tutaj rozpoczęły się poszukiwania by finalnie wylecieć w bardzo dobrej cenie z niemieckiego Erfurtu. Fajne, małe lotnisko, gdzie łatwo wszystko znaleźć. Lot swoją drogą był ok, no ale jakże miało być inaczej po naszych wcześniejszych 12 godzinnych ;-)

Teneryfa Południowa przywitała nas temperaturą niższą niż w tym czasie mieliśmy w Polsce. No cóż, w końcu był kwiecień. Naszym celem było teraz znalezienie autobusu jadącego na północ wyspy, bo stąd wypływały wycieczkowce, w tym nasz "Empress" (czyli "Cesarzowa"). Po przybyciu na miejsce, tj. do portu naszym oczom pokazał się naprawdę duży i robiący wrażenie statek.


Po krótkiej odprawie weszliśmy na statek i dopiero teraz okazało się jaki to olbrzym. W środku 9 pokładów pasażerskich, windy, teatr, kasyno, kilka restauracji i wiele innych atrakcji. Z pewnością na samym początku można się zgubić na tak dużych przestrzeniach. W sumie nie ma się co dziwić bo na statku "Empress" znajduje się 795 kabin, które mieszczą w sumie 2020 pasażerów + 680 członków załogi. Istny pływający moloch plusami i minusami.

Otrzymaliśmy kartę do własnej kajuty na 7 piętrze. Jako, że nasza promocja obowiązywała na opcję "kabina zewnętrzna z ograniczonym widokiem" mieliśmy widok na Ocean + nieco na szalupę ratunkową ;-) Poza tym Laura mocno się ucieszyła ponieważ w kajucie mieliśmy łóżka piętrowe, które od razu "zaklepała" dla siebie, oczywiście to górne. Była ona zresztą bardzo podekscytowana samym faktem płynięcia po Oceanie Atlantyckim tak wielkim statkiem. Nasz rejs właśnie zaraz miał się rozpocząć !

Cała trójką poszliśmy na pokład znajdujący się na samej górze, gdzie przy okazji można było się wykąpać w basenie czy w jacuzzi.


Było stąd też widać bardzo dobrze port na Teneryfie. Wypłynięcie było bardzo przyjemne i dostarczyło nam dużej frajdy. Celem była Gran Canaria, druga kanaryjska wyspa. To co ważne to statek tego typu posiada takie amortyzatory (jeśli się to tak nazywa), że praktycznie nie czuć, że jesteśmy na morzu, no akurat w tym przypadku na Oceanie Atlantyckim :-)

Gran Canaria przywitała nas zdecydowanie lepszą pogodą niż mieliśmy na Teneryfie. Poranne przypłynięcie i wieczorem dalszy rejs w kierunku trzeciej kanaryjskiej wyspy - Fuerteventury. Mając do dyspozycji cały dzień można wybrać sobie jedną z 3 opcji:

  • prywatne wyjście "na miasto" i powrót o ustalonej godzinie. Oczywiście wcześniej też jest to możliwe. Tą opcję my wybraliśmy
  • zwiedzanie organizowane przez załogę statku, koszty są jednak wysokie i nie opłaca się zupełnie tego typu rozwiązanie
  • można też przez cały czas przebywać na statku, na którym cały dzień (nie wspominając o nocy!) odbywają się przeróżne atrakcje.

Chcą cokolwiek przez cały dzień zobaczyć na Gran Canarii zdecydowaliśmy się na jazdę piętrowym autobusem zatrzymującym się przy największych atrakcjach turystycznych.

Nie wiedzieliśmy wtedy, że do tych atrakcji zaliczymy tu i w kolejnych portach - place zabaw. Laura była przeszczęśliwa i widząc z autobusu kolejny... i kolejny krzyczała entuzjastycznie, że chce tam iść. Jako, że podróżowanie z dziećmi jest pewnego rodzaju kompromisem to i w tym wypadku rodzice ulegli swojej córeczce. Śmialiśmy się z Jolą, że po tak licznych wizytach napiszemy przewodnik po placach zabaw na Wyspach Kanaryjskich ;-)


Na szczęście dla nas udało nam się trafić na czas przed wypłynięciem. Inaczej statek raczej by na nas chyba nie czekał. Choć… ciekawostką jest fakt, że kapitanem statku był Polak. Bardzo miły akcent, szczególnie gdy były podawane informacje - językiem obowiązującym był właśnie język polski (obok hiszpańskiego i angielskiego).

Z Gran Canarią żegnaliśmy się by obrać kierunek na Fuerteventurę, która okazała się nieco inną wyspą niż dwie pozostałe. Osobiście się w niej nie zakochaliśmy bo przypominała nieco powierzchnię wulkaniczną ze znacznie mniejszą roślinnością. Wydawało się również, że jest tu mniej turystów a sama wyspa jest bardziej "dzika" i mniej dostępna niż niż położone niedaleko pozostałe wyspy. Generalnie też jest druga największą i jednocześnie najdłuższą sposób kanaryjskich. Ponoć słynie z pięknych plaż choć tego akurat nie mieliśmy okazji sprawdzić.

Kolejną wyspą było Lanzarote, położona najbardziej na północ sposób wszystkich kanaryjskich. Również i ona słynie z wręcz księżycowych krajobrazów, które jednym mogą się podobać a drugim mniej. My tradycyjnie przelecieliśmy przez wszystkie napotkane place zabaw aby później napisać ten przewodnik ;-) Ciekawostką z pewnością jest fakt, że w turystyce oraz w rolnictwie wykorzystywane są tu wielbłądy, które z pewnością będą atrakcją dla dzieci. Warto też - i chyba nie sposób ominąć udać się do Arrecife, stolicy Lanzarote. Znajdują się tu między innymi forty z XVI oraz XVIII wieku, które też okazały się dla nas fajną atrakcją.


Tu też Laura odkryła istny raj jeśli chodzi o sklep z zabawkami, w którym mogła znaleźć tak wiele gadżetów związanych z "Dorą" i "Sponge Bobem" (ulubione kreskówki), że nie bardzo wiedziała na czym się koncentrować. Finalnie "zainwestowali" w dziecięcą kolorową walizkę ze słynnym panem Gąbką.

Mijały kolejne dni i noce na statku. Teraz to już czuliśmy się jak u siebie. Wiadomo było co, gdzie i kiedy się odbywa i na jaką atrakcję się wybrać. Z pewnością ułatwiała to dostarczana codziennie do kajuty gazetka informująca o wszystkich szczegółach danego dnia. Jedną z największych zalet była też kuchnia i znajdujące się na statku restauracje. Można było wybrać sobie jedną z nich i zjeść np. kolację "na luzie" lub jak kto wolał w bardziej eleganckiej, z wykwintnymi potrawami. Raz nawet się do takiej wybraliśmy. Jako, że była otwierana około 20 godz. to po jakimś czasie od zamówienia nasza Laura smacznie sobie zasnęła. Pod względem jednak jedzenia możemy wypowiedzieć się jedynie w samych superlatywach. Świetna kuchnia i mnóstwo smakołyków do wyboru. Tak było przez cały nasz rejs.

Atrakcjami na jakie sobie niezbyt często mogliśmy pozwolić były wieczorno - nocne imprezy w dyskotece, teatrze czy kasynie. No tu to jedynie może popatrzeć choć nie brakowało gości ostro grających min. w ruletkę.

W dzień z kolei nie brakowało również całej masy atrakcji dla dzieci. Od przebierania się po wszelkiego rodzaju atrakcje skierowane dla dzieci. Dla dorosłych codziennie czekała też sala fitness czy SPA (w tym wypadku akurat dodatkowo płatne).

Kolejnym i przez nas najbardziej oczekiwanym miastem była słynna Casablanca w Maroku - jeden z największych portów Afryki. Przyciąga ona nadal wielu turystów pamiętających film o tej samej nazwie. Z jednej strony chcieliśmy ją zobaczyć z drugiej strony mieliśmy świadomość, że jeden pełen dzień na tak potężną metropolię to zbyt za mało. Oczywiście podróżując w ten sposób trzeba uwzględnić fakt, że nie poznaje się faktycznego kraju czy miasta a jedynie ma się możliwość poczuć czy dotknąć jego "smak".

Jeśli chodzi o Casablancę to zdecydowaliśmy się wynająć taxi (lokalne "petit taxi") na kilkugodzinne zwiedzanie. Po wynegocjowanej dobrej cenie wybraliśmy się ... do Mc Donalda, ponieważ znajdował się tu jakże fajny i kolejny plac zabaw, na którym Laura spędziła jakieś 2 godziny. W końcu podróżujemy z dzieckiem ;-)

Głównym jednak celem turystycznym w Casablance był słynny i potężny meczet Hassana II. Faktycznie robi on niesamowite wrażenie pod każdym względem i chyba każdemu z nas, łącznie z Laurą się bardzo podobało.


Później zrobiliśmy sobie małe "tour de Casablanca" odwiedzając jeszcze kilka lokalnych atrakcji, między innymi tor wyścigów konnych. Podczas przejazdu przez miasto widać było i przy okazji słychać odgłosy typowe dla dużej metropolii Afryki Północnej.

Po Casablance kolejnym portem była stolica Maroka - Rabat (oddalonej od niej o 90 km). Tu też mimo pozornej niezbyt ładnej pogody postanowiliśmy wybrać się na plażowanie. Wydawało się, że jest chłodny wiatr a słońce schowane a mimo to Laura poparzyła plecy i miała później dość duży bolesny problem.

Ostatnim portem przed powrotem na Teneryfę była portugalska wyspa Madera. Okazała się ona hitem całego rejsu. Już samo wpłynięcie do portu robiło bardzo duże wrażenie. Wschód słońca połączony ze wzniesieniami na wyspie tworzyły bardzo fajny widok. Sama wyspa nazywana jest wyspą kwiatów i faktycznie to widać na każdym kroku.


Jak się też mówi panuje tu wieczna wiosna. Tutaj też zdecydowaliśmy się na zwiedzanie wyspy turystycznym, odkrytym autobusem z tłumaczeniem również na język polski. Widok był niesamowity i naprawdę Madera przypadła nam do gustu.


Jedną z atrakcji Madery jest kolejka linowa, która zawozi w Funchal (stolica) na górę, z której widać wspaniały widok na całą wyspę. Pięknie też wyglądał nasz statek "Empress" czekający na nasz powrót. Warto też zafundować sobie zjazd z góry saniami Monte kierowanymi przez "carreiros". Maderę żegnaliśmy z przekonaniem , że z pewnością tu wrócimy. Być może na któregoś sylwestra choćby z faktu, że odbywa się tu jeden z największych na świecie pokaz ogni sztucznych na świecie.


Po ostatniej nocy spędzonej na statku powróciliśmy do Teneryfy aby spędzić tu kolejne 7 dni. Sam rejs statkiem wspominamy tylko i wyłącznie bardzo dobrze. Widoków na morze w trakcie rejsu nie zastąpi żaden hotel z "sea view". Ilość atrakcji jest tak przeogromna, że na pewno nie sposób się nudzić. Z pewnością więc śmiało obalamy przekonanie, że na tego typu statkach może być nudno. Przeciwnie, w nocy płyniesz, w dzień jesteś w innym, nowym miejscu. Możemy więc spokojnie polecić tą formę podróżowania dla wszystkich, którzy chcą połączyć wypoczynek zorganizowany a wypoczynkiem prywatnym.


Po rozstaniu się ze statkiem Teneryfa przywitała nas zalanym pokojem hotelowym po niedawnej ulewie. Sam hotel jednak znajdował się jednak w ścisłym centrum, co akurat nam odpowiadało. Wyspa oferuje całą masę atrakcji dla dzieci w postaci przeróżnych parków rozrywki i innych tego typu. My zdecydowanie polecamy Loro Park - niesamowite zoo na tej wyspie posiadające również dużą ilość pingwinów.

Dla dorosłych zdecydowanie warta odwiedzenia (autem) jest wioska Masca, położona w Parku Krajobrazowym Teno. Panoramiczne widoki a przede wszystkim kręte i bardzo wąskie drogi robią niesamowite wrażenie.


Tu też można zobaczyć najwyższy szczyt Hiszpanii - Pico del Teide o wysokości 3 718 m.

Po 2 tygodniach wróciliśmy do domu również zadowoleni. Z pewnością bardzo dużo widzieliśmy choć pozostał pewien niedosyt jeśli chodzi o krótki czas odwiedzanych destynacji. Tak jak już wspomnieliśmy możemy jednak śmiało polecić rejs dużym wycieczkowcem jako ciekawy sposób na wakacje z dzieckiem.

REJS WYCIECZKOWCEM - WYSPY KANARYJSKIE, MAROKO, MADERA
ROK 2011

do góry