Mauritius 2010 z 3 letnią Laurą

Po 2007 roku i pełnym zachwycie nad Dominikaną cały czas chcieliśmy wrócić na Karaiby, tym razem już zupełnie jednak prywatnie. Początkowo wybór padł na Jamajkę oraz na wyspę z drugiej strony regionu Antiguę i Barbudę. Jeśli chodzi o to pierwsze rozwiązanie to dość szybko znaleźliśmy całkiem tanie bilety czarterowe z Niemiec jednak jak się w trakcie zgłębiania informacji okazało – na miejscu nie jest zbyt bezpiecznie, szczególnie podróżując prywatnie. Celem było przemierzyć wzdłuż i wszerz kraj a nie leżeć „plackiem” na plaży strzeżonej w jakimś kurorcie. Jamajka więc odpadła. Antigua i Barbuda odpadła z powodu wysokich kosztów związanych z ewentualnym pobytem. Po 1,5 miesięcznym zastanawianiu się nad kierunkami karaibskimi – wybór padł na … Mauritius, kraj – niewielką wyspę położoną nad Oceanem Indyjskim, zupełnie w innej części świata :)


Tak naprawdę pojawiła się przyzwoita cena biletów czarterowych, również z Niemiec, znacznie tańsza niż oczekiwaliśmy (Mauritius z lotami był zawsze bardzo drogi). Sama wyspa kojarzyła się nam oczywiście z rajskimi plażami, słońcem, mieszanką kultur oraz ze znaczkami pocztowymi (jeden z pierwszych krajów emitujących znaczki). W sumie z tej zamiany byliśmy bardzo zadowoleni ponieważ po długim karaibskim szukaniu byliśmy nieco tym faktem zmęczeni a i dodatkowo wydawało nam się wtedy, że Mauritius będzie nam w stanie zaoferować nieco więcej niż wspomniane wyspy. Nasz wylot mieliśmy z Frankfurtu. Przed jednak wylotem szukaliśmy prywatnych apartamentów do wynajęcia, których nie ma zbyt dużo. Mauritius bardziej słynie z pięknych hoteli a nam właśnie nie o to chodziło. Chcieliśmy min. robić zakupy w lokalnych sklepach, nieco bardziej zakosztować lokalnej kultury w stosunku do hotelowych możliwości. W końcu wybór padł na jeden z apartamentów znalezionych na niemieckiej stronie internetowej. Trzeba było wpłacić jakąś małą zaliczkę rezerwacyjną. Tak zrobiliśmy. Raj – wydawał się być blisko jak nigdy, wygląda na to, że mieliśmy wszystko co trzeba. Lecieliśmy liniami Condor z całkiem niezłymi wygodnymi.

Sam lot z 3 letnią wtedy Laurą przebiegł bardzo dobrze pomimo 12 godzin spędzonych na niebie. Lecieliśmy liniami Condor z całkiem niezłymi wygodnymi. Mimo, że czarter nie mogliśmy się do niczego przyczepić. Wylądowaliśmy około 4 nad ranem. Mauritius przywitał nas … ogromną i naprawdę paskudną ulewą. Było szaro buro, lało na maksa. Dodatkowy fakt zmęczenia po długim locie spowodował dość szybką zmianę naszych wyobrażeń o raju, który chcieliśmy zobaczyć. Na lotnisku (40 km od stolicy Port Louis) zjawił się wcześniej „nagrany” kierowca z apartamentu. W strugach deszczu jechaliśmy więc do naszego zarezerwowanego mieszkanka. Po drodze mijaliśmy wyspę i od razu można było dostrzec, że kraj nieźle sobie radzi, oczywiście za sprawą turystyki. Szczególnie zwróciły naszą uwagę bardzo dobrej jakości drogi, o których mogliśmy pomarzyć w naszym kraju. W końcu po około godzinie jechania dotarliśmy na drugi koniec wyspy (cały Mauritius ma zaledwie 65 km długości i 45 km szerokości). Sam budynek powiedzmy sobie szczerze odbiegał nieco od zdjęć z Internetu. Owszem wszystko było takie same, bliska odległość od Oceanu Indyjskiego ale otoczenie mocno kiepskie z niedokończonymi budowami w najbliższym sąsiedztwie. Wrota do naszego apartamentu w raju o nazwie Mauritius zostały otwarte… Powiedzmy sobie szczerze nie był to szczyt luksusu. Najważniejsze jednak było to, że było bardzo mrocznie a przede wszystkim czuć było niesamowicie wilgocią co nas bardzo zniechęciło ze względu na Laurę. Pościel czy raczej coś co nią było dawała również wiele do życzenia. Sam apartament znajdował się na parterze tak więc przy okazji w niektórych miejscach mogliśmy zaobserwować lokalne robaczki. Nasz kierowca odjechał a my usiedliśmy sobie na łóżkach i jedynie spojrzeliśmy na siebie. „Apartament” zupełnie nie nadawał się na zamieszkanie szczególnie z 3 letnim dzieckiem. Jako, że wpłaciliśmy jedynie małą zaliczkę padł pomysł ze strony Joli aby coś poszukać innego. Tak też zrobiliśmy mimo początkowych oporów ze względu na rezerwacje. Dawidowi udało się załatwić temat z osobą zarządzającą całym budynkiem (właściciel był w Wielkiej Brytanii). Jakoś nie spotkaliśmy się na szczęście z jakimiś negatywnymi komentarzami :)

Fakt faktem około 6.30 rano po wyczerpującym locie i przygodach z apartamentem stanęliśmy na drodze z małym dzieckiem i walizkami na drodze, nie do końca wiedząc co dalej robić. Wtedy nie było nam do śmiechu ponieważ nie wiedzieliśmy czy dobrze robimy i czego możemy się spodziewać w nowym zupełnie dla nas wtedy kraju. Umówiliśmy się, że zaczniemy szukać w najbliższej okolicy bliżej jednak od strony Oceanu Indyjskiego gdzie krajobraz i domy wydawały się być znacznie lepsze niż te „nasze”. Po półgodzinnym szukaniu Joli udało się „coś” znaleźć. Sama villa z basenem wyglądała całkiem atrakcyjnie. Na szczęście dla nas tamtejszy ogrodnik robił jakieś poranne porządki. Skontaktował się on natychmiastowo z właścielem a ten wyraził zgodę na ewentualne nasze zamieszkanie. Mieliśmy do wyboru 2 czy 3 osobne mieszkanka. W każdym z nich nie było zapachu wilgoci a co nas najbardziej ucieszyło wszędzie panował porządek a na łóżkach było widać czystą, białą pościel. Było to więc skrajne przeciwieństwo do zarezerwowanego przez Internet apartamentu. Co ciekawe cena była nieco tańsza i za noc (wzieliśmy 1 dość duży pokój z łazienką i balkonem – z ograniczonym, aczkolwiek jednak z widokiem na Ocean Indyjski) – jedyne 35 €/noc. Cena więc super, ze standardu byliśmy też bardzo zadowoleni. I coś takiego właśnie nam chodziło. Nasze wakacje w Trou Aux Biches (czyt. Trobisz) tak więc się zaczęły ? Sam fakt zamieszania z zakwaterowaniem – dzisiaj wspominamy z dużym uśmiechem.



Dzień później poznaliśmy kierowcę taksówki współpracującego z właścicielem „naszej” willi. Warto wspomnieć, że znakomicie mówił on zarówno po angielsku jak i po francusku. To standard na Mauritiusie z racji faktu, że wyspa historycznie przechodziła z rąk brytyjskich do francuskich i na odwrót (odkryta jednak przez Portugalczyków a zarządzana również przez Holendrów). Na co dzień fakt widoczne jest to min. poprzez telewizję w języku francuskim, artykułami mleczarskimi z Francji a z drugiej strony lewostronnym ruchem ulicznym (tu „ukłon” do Anglików). Tak więc z porozumiewaniem nie mieliśmy zupełnie problemu. Oficjalnym językiem urzędowym jest też język angielski.

Na samym początku pobytu kupiliśmy (zresztą nie ostatni raz) najpotrzebniejsze artykuły spożywcze w lokalnym mini markecie „Chez Popo” – czyli po naszemu „U Popo”. Zakładamy, że Popo to był właściciel ? Co ciekawe w sklepie można było dostać wszystko beż żadnych problemów. Tu też po raz pierwszy mieliśmy okazję zobaczyć wiele produktów serowarskich z Grupy Bongrain, w której Dawid pracuje.

Warto zauważyć, że produkty importowane (min. wspomniany nabiał) były drogie w stosunku do artykułów lokalnych produkowanych czy rosnących na miejscu (ryby, owoce etc). Oczywiście w sklepach płaci się lokalną walutą – rupią mauritiuską. Pierwszy raz w pełni zauważyliśmy też słynny mix narodowości. Lokalni Kreole, Chińczycy, rdzenni Francuzi wydawać się mogło wspólnie robili zakupy. Kolejnego dnia przyszedł czas na zwiedzanie. Na „wypróbowanie” zdecydowaliśmy się na całodniowe (około 8h) zwiedzanie z naszym zapoznanym taksówkarzem. Ustalona cena wydawać się mogła atrakcyjna – 40 € za cały dzień wliczając jego usługi jako przewodnika. Była to bardzo trafiona decyzja ponieważ nasz kierowca był bardzo sympatycznym człowiekiem i opowiedział nam nie raz ciekawe historie związane z Mauritiusem. Po tym pierwszym razie kilkakrotnie bez żadnej wątpliwości decydowaliśmy się na wycieczki z nim.

Pisząc o Mauritiusie nie można zapomnieć o… pogodzie ? Tak, finalnie była naprawdę super. Byliśmy w kwietniu i przez cały nasz pobyt świeciło słońce, ale z drugiej strony nie było jakiegoś niewiadomo jakiego upału. Było więc idealnie jeśli chodzi o wakacje z małym dzieckiem. Laura z resztą doskonale sobie radziła i wydawała się być bardzo zadowolona z tego faktu podczas naszego całego blisko 4 tygodniowego pobytu.

Pierwszą wycieczką była wycieczka do najstarszej hinduskiej świątyni na Mauritiusie. Tak się składało, że wspomniany kierowca był Hindusem (najliczniejsza grupa na wyspie) i był w stanie nam dokładnie wszystko opowiedzieć. Sama świątynia była naprawdę bardzo ciekawa i po prostu ładna. Błękitne niebo łączyło się z biało – kolorowymi charakterystycznymi budynkami. Tu też nasz kierowca przedstawił nam hinduistyczne bóstwa. Opowiadał bardzo ciekawie i z pełnym zaangażowaniem. Było to nasze pierwsze spotkanie z tą kulturą.


Sama świątynia znajdowała się tuż przy najdłuższej wiosce na Mauritiusie – Triolet, która ma 11,3 km. Słynie ona głównie z plantacji trzciny cukrowej, która jest jednym z głównych produktów całej wyspy. Polecamy zdecydowanie sok z trzciny cukrowej. Smak niesamowity a dobrze przy okazji zobaczyć sam proces wyciskania z badyli tego bardzo dobrego napoju. Wracając jednak do kwestii świątyń – standardem jest fakt, że na Mauritiusie na jednej ulicy znaleźć można zarówno ośrodki kultu hinduistyczne, meczety oraz kościoły katolickie. To jeden z wielu plusów tej niewielkiej wyspy.

Kolejnym ciekawym miejscem, do którego zabrał nas nasz kierowca był słynny ogród botaniczny w Pamplemousses. Oczywiście jak można się spodziewać skupia ona naprawdę liczną oraz piękną roślinność, która dodajmy ma na Mauritiusie idealne warunki pogodowo-klimatyczne. Główną jednak atrakcją są jednak olbrzymie lilie, które ponoć są w stanie utrzymać małe dziecko. Nie zdecydowaliśmy się jednak na wypróbowanie tej informacji :)


Z pewnością wspomniany ogród botaniczny jest warty odwiedzenia. Naszym kolejnym celem była stolica Mauritiusa - Port Louis. To miasto liczące sobie około 150 000 populacji (na całej wyspie mieszka 1,280 mln) jest przy okazji największym portem tego kraju. Szczerze mówiąc bardzo je polubiliśmy. Ciekawą atrakcją był lokalny i słynny zresztą targ, na którym można było kupić przeróżne kolorowe owoce i warzywa oraz inne produkty. Czuć tam było egzotykę w tym pozytywnym ale i bezpiecznym sensie. Oczywiście i tutaj widać było mieszankę kulturową zamieszkującą wyspę. Blisko targu znajduje się również niewielka dzielnica chińska gdzie podobnie można kupić i sprzedać niemal wszystko. Kolejną atrakcją stolicy była historyczna cytadela z 1834 roku, z której widoczny jest piękny widok na całe miasto oraz Ocean Indyjski. Laura polubiła to miejsce jednak największą atrakcją stolicy był dla niej plac zabaw w kształcie dużego statku znajdujący się w samym centrum. Wielokrotnie chciała tam powracać. Dużą atrakcją Port Louis są wyścigi konne - to tutaj relaksują się obywatele Mauritiusa. Odbywają się one od maja do listopada, tak więc nie było nam ich niestety zobaczyć. Szkoda bo ponoć warto, szczególnie we wrześniu, kiedy odbywa się Maiden Cup - główna atrakcja sezonu. W stolicy dokonaliśmy również zakupów i pamiątek. Kupiliśmy min dużą maskę afrykańską wykonaną przez lokalnego artystę (wisi dumnie dziś na ścianie) oraz również dużego drewnianego ptaka "dodo". Jest on symbolem tej wyspy. Jak się zagłębimy nieco głębiej w temat - fakty nie są jednak takie wesołe. Ptak (nielot) - został całkowicie wytępiony w XVII wieku. Szkoda bo dzisiaj na każdym kroku można kupić pamiątki z nim związane. Dodo jest więc historią... Mówiąc o Mauritiusie przede wszystkim należy wspomnieć chyba o plażach. W końcu po to się tutaj przyjeżdża aby zobaczyć piękne widoki. Odwiedziliśmy w trójkę (jeżdżąc min. lokalnymi autobusami) kilka z nich min:

  • W naszej lokalizacji Trou Au Biches - niezbyt duża plaża.
  • Grand Bay - główny kurort turystyczny z wieloma sklepami oraz agencjami turystycznymi, stąd też wypływaliśmy na jedną z cudownych okolicznych wysepek.
  • Flic en Flac - najdłuższa plaża, bardzo fajna i przyjemna. Jedna z naszych ulubionych. Tu też widzieliśmy najbardziej luksusowe hotele w okolicy.
  • Blue Bay – plaża na samym południu wyspy, bardzo lubiana przez lokalnych mieszkańców.
  • Cap Malheureux, z którego to rozciąga się widok na okoliczne wysepki. To tutaj chyba byliśmy najbardziej zachwyceni widokiem mimo, że plaża jest bardzo mała. Do tego płytka krystalicznie czysta woda stanowiła niesamowitą atrakcję dla Laury, która kąpała się wspólnie z lokalnymi dziećmi o ciemnej skórze. Warto dodać, że tutaj też znajduje się najsłynniejszy niewielki kościółek z czerwonym dachem, z którego rozpościera się przepiękny widok na Ocean Indyjski. Po prostu super miejsce z dużym klimatem.

Ciekawym doświadczeniem była wycieczka z naszym kierowcą po środkowej części wyspy. Podczas tej wycieczki odwiedziliśmy kilka słynnych atrakcji Mauritiusa:

  • Charakterystyczną czerwoną ziemię czy bardziej poprawnie mówiąc po angielsku "seven coloured earths".
  • Piękny wodospad "Chamarel", prawie 100 metrowy – naprawdę super miejsce i przede wszystkim widok.
  • Największy posąg Shivy na całej wyspie, robiący spore wrażenie (33 metry).

Podczas jednej z takich wycieczek wróciliśmy zadowoleni do naszego apartamentu. Jako, że zostawialiśmy nasze komórki pierwszą rzeczą jaką robiliśmy było sprawdzenie komórek. Tym razem mieliśmy całą masę smsów i jakieś telefony. Pierwszym smsem była wiadomość przesłana przez Radka, kuzyna Dawida. Mowa była o samolocie i o fakcie, że zginęła para prezydencka oraz wielu z kluczowych polskich polityków. Zaczęliśmy czytać kolejne … No zrobiło nam się gorąco. Włączyliśmy BBC i niestety fakty się potwierdziły. Główne wiadomości w telewizji niestety pochodziły z naszego kraju. Był 10 kwietnia 2010. Czuliśmy się bardzo nieswojo czy wręcz kiepsko słuchając tych powalających wieści. Wielokrotnie później po tym fakcie ludzie na wieść, że jesteśmy z Polski składali nam kondolencje i dopytywali o szczegóły. Było to bardzo wzruszające. Dodać warto, że mieszkańcy Mauritiusa (mimo tak dużej odległości od Polski) zaskakująco dużo wiedzieli o naszym kraju. Naprawdę nas to zaskoczyło i chyba nigdy w dalszych destynacjach się nie powtórzyło.

Jako, że od początku zamierzaliśmy przejechać wszerz i wzdłuż cały Mauritius postanowiliśmy odwiedzić południową i wschodnią część. Tu też dowiedzieliśmy się o ... wybuchu wulkanu w dalekiej Islandii. Niby nic ale zaczęły napływać do nas wieści o problemach z samolotami lecącymi z Mauritiusa do Europy. Faktycznie w dniu, w którym miał startować nasz samolot do Niemiec na lotnisku była pustka i usłyszeliśmy, że mamy czekać na informację kiedy loty będą wznowione. Możecie sobie wyobrazić przedziwne uczucie posiadania biletu lotniczego w ręku z konkretną datą powrotu podczas gdy my siedzieliśmy na plaży Blue Bay patrząc na samoloty na niebie.. ale lecące jedynie do RPA. Byliśmy zmuszeni zostać kolejne 6 dni czekając na telefon ze strony linii lotniczej. Sytuacja z jednej strony stresująca ale z drugiej strony: kolejny tydzień na Mauritiusie :) - why not ?! Tu też mieszkaliśmy 3 noce z budżetowym hoteliku położonym przy samej wspomnianej plaży. Było to jedyne i wynegocjowane przez naszego taksówkarza lokum ponieważ jak się okazało wszyscy turyści mający wylecieć do Europy zostali "uwięzieni" w tej lokalizacji. Każdy więc szukał jakiegoś zakwaterowania. Sam apartament w hotelu był całkiem przestrzenny ale z pewnością można go nazwać budżetowym. Odstawał on znacznie od naszego poprzedniego. Absolutnym hitem było przebudzenie w nocy słysząc jakieś dziwne dźwięki. Zapaliliśmy światło i w kuchni ukazały nam się harce przeogromnych karaluchów. Widok pozostawiający w pamięci :) Oczywiście w trakcie dnia zupełnie nie było ich widać.

Nie wiedząc czemu :), mając jak się zapowiadało kilka dodatkowych jeszcze dni, postanowiliśmy odwiedzić wschodnią część wyspy. Różni się ona zupełnie, szczególnie od tej zachodniej obleganej przez turystów. Oczywiście tutaj jest bardziej dziko i naturalnie - co z resztą nam się podobało. Pewnym zaskoczeniem była wtedy trudność w znalezieniu zakwaterowania. Przez dłuższy czas jeździliśmy z innym już taksówkarzem aby znaleźć jakieś zakwaterowanie. Po drodze mieliśmy małe przygody. Jako, że droga była naprawdę bardzo kręta a nasz nowy taksówkarz jechał jak szalony prosiliśmy 2 czy 3 krotnie o zwolnienie, przecież nigdzie się nie śpieszyliśmy. Niestety nas nie posłuchał i zapewne za to spotkała go kara. Laura poczuła się kiepsko i w jednej chwili na cały samochód puściła… przeogromnego pawia :) Taxi driver okazał się jednak na szczęście wyrozumiały i wspólnie doprowadziliśmy auto do nazwijmy to użyteczności. Finalnie wylądowaliśmy w luksusowej potężnej willi lokalnego biznesmena. Zaoferował nam fajne zakwaterowanie za 20 euro raczej z chęci pomocy niż zarobku. Jak stwierdził później chciał pomóc rodzinie z dzieckiem czekającej na powrót do domu. Był to bardzo fajny człowiek u którego spędziliśmy kilka dni. Ciekawie, popijając rum rozmawialiśmy wieczorami na temat wyspy i jego biznesów. Tutaj Laura poznała swojego ulubionego czworonoga na Mauritiusie - wiekowego i starszego już psa "Lulu". Sama willa znajdowała się bardzo blisko niewielkiej lokalnej plaży w wiosce o nazwie… (zwalimy to na wiek :)).

Któregoś dnia zadzwonił telefon z firmy Thomas Cook informujący, że loty do Europy zostały przywrócone. Mieliśmy już konkretną datę powrotu, wszystko wróciło więc do normy.
Nasze wakacje na Mauritiusie wspominamy dziś bardzo dobrze. Przede wszystkim to co zachwyca to mieszkanka kultur i ludzi mieszkających na małej wyspie koło siebie. Podróżując z dzieckiem warto wspomnieć, że chyba tutaj czuliśmy się najbezpieczniej, mogliśmy wejść w każdą niemal lokalną dziurę. Zaskakująco ciekawe było wnętrze wyspy z wieloma atrakcjami. Co ciekawe plaże nie były jednak tak ciekawe jak zakładaliśmy. Mimo, że ładne to nie mogły się równać z plażami Punta Cana na Dominikanie.

To jednak nic bo miejsce w które bez wahania byśmy się przeprowadzili jest właśnie Mauritius. Nie bez powodu. Jak stwierdził Mark Twain: "Bóg stworzył wyspę Mauritius, a potem stworzył na jej podobieństwo Raj".

PRZEJDŹ DO GALERII „MAURITIUS”

do góry