Kanada 2018

Nasz wyjazd do Kanady poprzedzony był analizą - gdzie możemy połączyć dwie kluczowe kwestie: znakomite wakacje oraz możliwość dalszego szlifowania języka angielskiego przez Jolę oraz Laurę. Początkowo i przez długi czas braliśmy pod uwagę Maltę, jednak piękno natury i połączony z czasem letnim okres wakacyjny spowodował, że nasze kroki skierowaliśmy jednak ku zachodniej części drugiego największego kraju na świecie - a dokładnie ku prowincji "Kolumbia Brytyjska" w Kanadzie. Ta ponoć prowincja uważana za najbardziej atrakcyjną, oferującą oprócz wspaniałego miasta Vancouver oblanego wodami Oceanu Spokojnego również piękne góry z ośnieżonymi szczytami, niebiesko- zielone jeziora, lasy, a w nich dzikie zwierzęta. To też jak na razie pierwszy kierunek, do którego powróciłem – a świat postrzegamy tak, że warto mimo wszystko odwiedzać nowe miejsca. Kolumbia Brytyjska jest na tyle jednak inspirująca i oferuje tak wiele atrakcji, czy to w lecie czy w zimie, że nawet po spędzeniu 5 tygodni pojechalibyśmy tam ponownie. Bez żadnych wątpliwości. Ale zanim wejdziemy w szczegóły, zacznijmy tradycyjnie od bardziej praktycznych informacji:

  1. Mimo, że Kanada jest drugim największym krajem na świecie mieszka tu zaledwie 36 milionów ludzi - więc mniej niż w Polsce. Warto jednak zauważyć, że powierzchnia naszego kraju jest w porównaniu 30 krotnie mniejsza. Około 8% powierzchni kraju zajmują jeziora.

  2. Głową Państwa jest Królowa Brytyjska Elżbieta II, a w jej imieniu rządy sprawuje gubernator generalny.

  3. Klon i przede wszystkim liść klonu to symbol Kanady widoczny praktycznie na każdym miejscu. Swoją drogą nazwa państwa wywodzi się od słowa kanata, co znaczy w języku Indian Huron - właśnie klon. Swoją drogą to tu właśnie produkuje się największą ilość syropu klonowego na świecie. To chyba jednak nikogo nie zaskakuje.

  4. Językami urzędowymi są angielski i francuski. Drugim językiem posługuje się około 9 milionów Kanadyjczyków.

  5. Kanada podzielona jest na 10 prowincji (Ontario, Quebec, Nowa Szkocja, Nowy Brunszwik, Manitoba, Kolumbia Brytyjska, Wyspa Księcia Edwarda, Saskatchewan, Alberta, Nowa Funlandia i Labrador) oraz 3 terytoria: Terytoria Północno - Zachodnie, Jukon i Nunavut)

  6. Nasza ulubiona Kolumbia Brytyjska pokryta jest w 70% lasami, a dodatkowo:

    • posiada aż 1030 parków

    • stolicą nie jest największe Vancouver a miasto Victoria nazwane tak na cześć brytyjskiej królowej

    • uwielbiana przez turystów za możliwość uprawiania całej masy sportów i aktywności outdoorowych między innymi takich jak: kajakarstwo, nurkowanie, wspinaczka, narciarstwo, łowienie ryb zarówno w wodach Oceanu Spokojnego jak i licznych jeziorach, chodzenie po górach, sporty rowerowe oraz wiele innych

    • turyści przyjeżdżają tu by zobaczyć wiele dzikich i wspaniałych zwierząt, między innymi niedźwiedzie Grizzly, wieloryby, foki, lwy morskie, pumy, wilki i całą masę innych (niektóre lepiej zobaczyć jednak z daleka ;-)

  7. W 2018 roku w rankingu najlepszych miast na świecie do życia Vancouver zajęło 8 miejsce i za każdym razem jest w zdecydowanej czołówce w tego typu zestawieniach. No i oczywiście tutaj (i w okolicy) odbyły się Zimowe Igrzyska Olimpijskie w 2010.

  8. W Vancouver znajduje się największa w Kanadzie i jedna z największych w Ameryce Północnej dzielnica chińska - Chinatown. To tutaj właśnie ściągają chińscy bogacze, co przekłada się na widoczne w mieście sportowe i luksusowe samochody. Sami Chińczycy przyjechali tu jednak w przeszłości by budować drogi i kolej. Obecnie są bardzo widoczną mniejszością narodową.

Ale po kolei wracając już do naszego wyjazdu....

Podróż do Vancouver z Polski to dość duże przedsięwzięcie jeśli chodzi o czas. Trzeba dolecieć do jednego z kilku dużych lotnisk europejskich i następnie spędzić kilkanaście godzin aby finalnie wylądować w tym pięknym mieście. My lecieliśmy z Krakowa by później linią Edelweiss (polecamy!) wystartować z Zurichu.

Jako, że to były nasze drugie najdłuższe rodzinne wakacje, tuż po 7 tygodniowym pobycie w Azji, zdecydowaliśmy się na rezerwację zakwaterowania dużo wcześniej. Jakże duże było nasze zdziwienie gdy okazało się, że noclegi w tym mieście są naprawdę drogie. Długi czas mieliśmy dylemat czy mieszkać na dalekich obrzeżach i codziennie dojeżdżać do centrum miasta (downtown) czy zdecydować się na ewidentnie droższą formę mieszkając blisko znanych atrakcji i przede wszystkim oceanu. Mimo bardzo nadszarpniętego budżetu wybraliśmy jednak droższą formę, a zrobiliśmy to chyba również po doświadczeniach z Tokio z 2013 roku gdzie mieszkaliśmy na prowincji a codzienne dojeżdżanie do centrum zabierało ale i tez utrudniało nam zwiedzanie codziennych atrakcji. Oczywiście mowa tu nie o dojazdach rzędu pół godziny ale raczej 1,5 h czy 2h w jedną stronę. Wybór downtown Vancouver okazał się znakomitym miejscem ze względu na naszą lokalizację. Nasz mały 2 pokojowy apartament znajdował się w sercu miasta pośród otaczających nas wieżowców i z oddalonym widokiem na wody Oceanu Spokojnego. Tu właśnie mieliśmy spędzić 5 tygodni naszego pobytu.

Nasze pierwsze kroki po długim locie z Europy skierowaliśmy do wizytówki Vancouver, którym jest miejsce zwane Canada Place. Oddalone od nas jakieś 15 minut na piechotę, to w zasadzie multifunkcyjny obszar w samym centrum miasta przeznaczony na wszelkiego rodzaju imprezy. To tutaj właśnie przypływają wielkie wycieczkowce i to tutaj można coś dobrego zjeść czy po prostu wypić kawę z widokiem na wody widocznego w oddali North Vancouver. Charakterystyczne 5 żagli symbolizują zarówno to miejsce ale i też całe miasto, bo ewidentnie Canada Place bardzo często pojawia się na pocztówkach tej 630 tysięcznej metropolii. Warto dodać, że stąd też można udać się w różne ciekawe zakątki Kolumbii Brytyjskiej zarówno drogą morską czy małymi samolotami z charakterystycznymi płozami do lądowania na wodzie.

Bardzo ciekawe miejsce z wieloma atrakcjami i możliwościami na fajne spędzenie czasu na świeżym powietrzu.

Cały, nieco zarwany dla nas, pierwszy weekend minął bardzo szybko co mogło oznaczać tylko i wyłącznie rozpoczęcie kursu językowego dla Joli (grupa + 30) i dla Laury (grupa nastolatków). Dziewczyny rozpoczynały zajęcia w szkole językowej Global Village zaczynając je o 9 rano i kończąc o 16. Warto dodać, że kurs Laury charakteryzował się tym, że typowe lekcje angielskiego miała do południa a później codziennie od godziny 13 miała wycieczkę w jakieś ciekawe miejsce tego miasta i najbliższych okolic. Bardzo fajna sprawa na połączenie wakacji i nauki. Samą szkołę możemy zdecydowanie polecić. I co najważniejsze studentami szlifującymi język angielski są ludzie z całego świata i wierzcie że rozpiętość wiekowa jest naprawdę duża. Uczą się, co jest oczywiste, ludzie młodzi, studenci ale też osoby powyżej 60 roku życia spełniające w ten sposób swoje marzenia zarówno językowe jak i podróżnicze. Wszystko w bardzo miłej i przyjacielskiej atmosferze. W samej szkole poznaliśmy też bardzo sympatyczną Panią Beatę, Polkę mieszkającą wiele lat w Kanadzie i pracującą w sekretariacie tej szkoły. Serdeczne pozdrowienia Pani Beato.

Poniżej szalona klasa z nauczycielką Ingalisą.

Mimo, że typowa nauka trwa od poniedziałku do piątku to życie szkolne odbywa się praktycznie przez cały tydzień. W weekendy bowiem szkoła organizuje dodatkowo płatne wycieczki do ciekawych miejsc w Kolumbii Brytyjskiej jak również nieco dalsze, chociażby do okolicznej Alberty na zwiedzanie Rocky Mountains.

Jako, że kurs Laury zawierał cotygodniową, całodniową sobotnią wycieczkę zdecydowaliśmy się dołączyć do wyjazdu do stolicy prowincji Kolumbia Brytyjska - Victorii. Podróż odbyła się tradycyjnym szkolnym autobusem rodem z Ameryki Północnej, który dał nam naprawdę dużą radochę.

Po mniej więcej godzinie dotarliśmy na odprawę promową, ponieważ Victoria znajduje się na wyspie o tej samej nazwie co miasto - Vancouver Island. To naprawdę spora wyspa i wymagałaby poświęcenia osobnego urlopu aby ją poznać - a do zaoferowania ma naprawdę bardzo dużo, szczególnie jeśli chodzi o piękną naturę i dzikie zwierzęta.

Stolica Kolumbii Brytyjskiej jest ponoć najbardziej europejskim miastem Kanady, mimo, że leży od niej mocno oddalona.

Jak mówią Kanadyjczycy tutaj jest właśnie idealne miejsce na emeryturę. I nie ma w tym stwierdzeniu nic złego. To tutaj bowiem, w najstarszym mieście Kolumbii Brytyjskiej, jest zielono i człowiek czuje się niczym w wielkim ogrodzie pełnym kolorowych kwiatów. Poza tym jest bardzo czysto, a otoczenie naprawdę zadbane. Możemy powiedzieć, że Victoria zrobiła pod tym względem na nas bardzo dobre wrażenie. Mimo, że kosmopolitycznym Vancouver byliśmy zachwyceni to, jeśli ktoś szuka bardziej relaksujących klimatów to właśnie miasto jest naprawdę bardzo dobrym wyborem.

W ciągu zaledwie jednego dnia pobytu w tym ponad 300 tysięcznym mieście mieliśmy okazję poznać kilka naprawdę ciekawych miejsc, między innymi Królewskie Muzeum Kolumbii Brytyjskiej. Samo miejsce jest zrobione w bardzo nowoczesny sposób i z pewnością zachęca do pozostania w nim dłużej. Jeśli nasze dzieciaki nie za bardzo chciały wychodzić to coś w tym jest. Oprócz typowych eksponatów związanych z regionem bardzo ciekawa wystawa dotyczy starożytnego Egiptu. Historyczne rekwizyty mieszają się z nowoczesną i komputerową aranżacją. Nam najbardziej podobały się totemy nawiązujące do historii First Nation, czyli plemion indiańskich zamieszkujących pierwotnie te ziemie.

Victoria to również wspaniałe budowle i parki, które zachęcają do relaksu i rodzinnego spędzenia czasu.

Z Victorią żegnaliśmy się z pewnym niedosytem i pewnością, że na to miasto trzeba poświęcić znacznie więcej czasu niż jeden dzień. Z drugiej jednak strony byliśmy bardzo zadowoleni, że to piękne i kolorowe miasto mogliśmy poznać.

Przez 5 tygodni to jednak Vancouver było miastem, które udało nam się niemal poznać wszerz i wzdłuż. Staramy się kierować zasadą, że każdy dzień takiego pobytu trzeba maksymalnie wykorzystać i zwiedzać wszystko tak jakby się już tutaj miało nie powrócić. To dość intensywna forma, którą jednak zawsze staramy się dostosować do dzieci. Uważamy bowiem, że z takiego wyjazdu frajdę mają mieć zarówno one jak i rodzice.

Mówiąc o dzieciach warto zauważyć, że Vancouver oferuje przeróżne atrakcje. Wspominamy zaledwie o kilku, ale uważamy, że to chyba najlepsze duże miasto przyjazne maluchom jakie dotąd poznaliśmy. Poniżej jedynie niektóre warte odwiedzenia:

  1. Dzielnica i basen Kitsilano.

    Sama dzielnica jest bardzo zadbana z ciekawą i willową architekturą wraz z ciekawym parkiem z infrastrukturą sportową - położona przy samej plaży nad Oceanem Spokojnym. Tutaj właśnie można zobaczyć ludzi grających w siatkówkę plażową czy koszykówkę. Nam bardzo spodobał się charakterystyczny basen z pięknym widokiem.

  2. Science World i okoliczny plac zabaw

    Tutaj wracaliśmy z dzieciakami wiele razy. Po pierwsze sam Science World to specyficzna kulista budowla, wewnątrz której znajdują się wszelkiego rodzaju eksponaty naukowe dla młodszych i starszych. Coś podobnego jak nasz "Kopernik" w Warszawie. Wszystko zrobione w sposób nowoczesny i przede wszystkim zachęcający do wszelkiej interakcji.

  3. Przeróżne parki wodne, - jakie by one nie były zawsze dostarczają dzieciakom wiele atrakcji i radochy - Water Park na wyspie Granville (w Vancouver) - niewielki plac zabaw z dominującymi atrakcjami wodnymi. Nie jest to basen a raczej atrakcje wodne.

    Niewątpliwym plusem jest lokalizacja niemal w środku miasta z bardzo dobrym dojazdem. Warto dodać, że sama wyspa Granville jest miejscem gdzie możecie kupić ciekawe kanadyjskie rękodzieła czy napić się dobrego piwa w restauracji, która sama produkuje ten złoty napój.

    Polecamy również parki wodne oddalone nieco od Vancouver:

    http://www.bigsplashwaterpark.ca/home/

    https://www.cultus.com/

    https://harrisonwatersports.com/water-park/

    Gdyby jednak ktoś chciał doświadczyć ekstremalnych doznań w największym parku wodnym w Kanadzie i ponoć w całej Ameryce Północnej trzeba byłoby się udać do miasta Edmonton (nam się go nie udało zobaczyć).

Mówiąc o atrakcjach dla całej rodziny, w Vancouver z pewnością na liście must see musi się znaleźć Stanley Park. To przestrzeń powyżej 400 hektarów w otoczeniu Oceanu Spokojnego, w którym możemy zobaczyć między innymi wspaniałe akwarium, most Lions Bridge, Girl in a Wet Suit (taka nasza syrenka) czy wspaniałe totemy indiańskie. Jest jednym z największych parków tego typu w Ameryce Północnej. Generalnie to miejsce gdzie mieszkańcy miasta i turyści przychodzą wypocząć i się zrelaksować. Tutaj więc zobaczymy całą masę ludzi biegających, jeżdżących na deskach czy grających w przeróżne gry zespołowe. Co ciekawe Stanley Park można dokładnie obejść dookoła, a dystans wynosi 9 km. Udało nam się to zrobić kilka razy podziwiając jednocześnie wiele otaczających nas atrakcji. Warto dodać, że odbywają się tutaj przeróżne imprezy organizowane przez mniejszości narodowe czy inne organizacje.

Szczególnie urokliwe są letnie zachody słońca w tym miejscu.

Wracając ze Stanley Park w kierunku Canada Place i samego centrum Vancouver można przejść kilkukilometrową promenadą podziwiając uroki downtown oraz zacumowane łódki i jachty.

W trakcie każdego kolejnego weekendu staraliśmy się odwiedzać jakieś interesujące miejsca. Jednym z takich wypadów była wizyta w górskim miasteczku Squamish oddalonym 50 km od samego Vancouver.

Bardzo ciekawy zakątek otoczony takimi wspaniałymi miejscami jak góra Garibaldi można też tu dotrzeć bezpośrednio busem jeżdżącym z Vancouver - Park Bus)

https://www.parkbus.ca/

Jeśli lecicie do Kanady warto zapamiętać tą stronę, gdyż jest to to firma, która oferuje dojazd z głównych miast do otaczających atrakcji, także tych do których transport publiczny nie dociera.

W wypadku tej konkretnej góry (jak i całego obszaru British Columbia) trzeba się liczyć z ryzykiem spotkania niedźwiedzi.

My dotarliśmy jednak do Squamish rejsowym autobusem linii Greyhound, którą można zwiedzić praktycznie całą Kanadę. Linia ogólnie w porządku, choć zaliczyliśmy z nimi również solidne spóźnienie. Ale co tam. W końcu to wakacje.

https://www.greyhound.ca/

W miasteczku tym bowiem 4 sierpnia odbywała się coroczna kolorowa parada oraz mistrzostwa drwali. Dzień ten rozpoczęliśmy więc bardzo wcześnie by dotrzeć na publiczne śniadanie i naleśniki serwowane mieszkańcom i przybyłym turystom. Nie było to coś wielkiego, ale fajne przeżycie w nieco jeszcze chłodnych porannych temperaturach.

Głównym punktem dnia była jednak wspaniała, kolorowa parada, która dostarczyła nam naprawdę wielu wrażeń. Ten barwny przejazd organizowany jest przez mieszkańców, ale i mniejszości narodowe.

Drugą atrakcją były odbywające się w ciągu kilku sierpniowych dni - mistrzostwa drwali - Loggers Sport Festival.

http://squamishdays.ca/

To naprawdę ciekawa impreza z wieloma konkursami dla całej międzynarodowej ekipy drwali, a także z wieloma sportowymi atrakcjami wokół.

Ze Squamish żegnaliśmy się dość zmęczeni, ponieważ ten weekend był wyjątkowo gorący a rozsiane po okolicy różne atrakcje dostarczyły nam wielokilometrowych spacerów. Byliśmy jednak z tego wyjazdu bardzo zadowoleni.

Mówiąc o górskich miasteczkach z pewnością numerem jeden jest Whistler, które od wspomnianego Squamish znajduje się niecałe 60 km na północ (około 120 km bardzo widokową trasą Sea to Sky z Vancouver). To niekwestionowana stolica górskich, ale i rowerowych sportów. Co ważne to tutaj właśnie odbywały się liczne zawody sportowe podczas olimpiady zimowej w Vancouver w 2010 roku. Prestiż lokalizacji powoduje, że nawet sami Kanadyjczycy mówią, że tu jest drogo - szczególnie jeśli chodzi o noclegi. W wielkim więc skrócie - w drogiej Kolumbii Brytyjskiej tu jest jeszcze drożej :)

Warto jednak nadszarpnąć budżetu bo jak niemal każde miasteczko tego typu oferuje całą masę atrakcji. W tym również typowo outdoorowych, z których do końca nie skorzystaliśmy (na tym jednak oszczędzaliśmy) ale z pewnością możemy polecić.

https://whistlerbungee.com/

https://tagwhistler.com/

W trakcie naszej wizyty w Whistler odbywała się największa impreza związana z jazdą górską na rowerze - Crankworx, w trakcie której można podziwiać niesamowite zjazdy górskie i wszelkiej maści figury w trakcie skoków. Całe to niewielkie miasteczko zapełnione było rowerami.

https://www.crankworx.com/festival/whistler/

Whistler to również, a może i przede wszystkim szczyty górskie Whisler (2182 mnpm) & Blackcomb (2240 mnpm).

https://www.whistlerblackcomb.com/explore-the-resort/activities-and-events/summer-activities/peak-2-peak-360-experience.aspx

Oprócz szczytów to tak naprawdę są 2 kurorty, które zostały połączone w jeden - stając się tym samym największym kurortem w Ameryce Północnej. Jeśli chodzi o naszą wizytę na wspomnianych szczytach mieliśmy nieco pecha bo w ten dzień była bardzo duża mgła i niestety nie było nam dane zobaczyć to co oferują - wspaniałe widoki. Może kiedy indziej.

Zrobiliśmy sobie natomiast drugie zdjęcie, tym razem na samym szczycie, z kołami olimpijskimi.

Wracając z Whistler odwiedziliśmy dwa znane wodospady, które na trasie Sea to Sky są również obowiązkowe: Shannon Falls oraz Aleksander Falls.

https://www.whistler.com/blog/post/2012/05/17/a-guide-to-sea-to-sky-waterfalls/

Wróćmy jednak do Vancouver, gdyż ilość atrakcji w ciągu lata jest wręcz niewyobrażalna. Trzeba wybierać co konkretnego chce się zobaczyć. Jedną z flagowych i corocznych imprez jest Honda Celebration of Light będąca faktycznie konkursem fajerwerków dla międzynarodowych zespołów. Piękne pokazy ogląda się na plaży z widokiem na otaczającą miasto wodę.

http://hondacelebrationoflight.com/

W miejscach takich jak Park Stanleya czy innych centralnych punktach miasta odbywają się z kolei liczne i barwne festiwale między innymi Thai Festival, Summer Art. Festival czy Anime Revolution. Najbardziej jednak znaną imprezą jest Vancouver Pride Parade, której może nie będziemy opisywać ale wierzcie można się naprawdę naoglądać.

Pozostając przy różnych wydarzeniach warto wspomnieć o czymś co towarzyszyło nam niemal codziennie, kiedy przechodziliśmy koło Vancouver Art Gallery. Na placu przed budynkiem tańczyli wszyscy chętni w rytm latynoskich dźwięków. Fajna sprawa bo widać było jak przypadkowi przechodnie w rytm muzyki zmieniali się w całkiem niezłych tancerzy. I takie właśnie jest Vancouver - dostarcza niesamowitą ilość atrakcji i możliwości, tak że każdy coś dla siebie z pewnością znajdzie.

Mówiąc o Vancouver nie można oczywiście zapomnieć o sporcie. Tu bowiem gospodarzami są znane lokalne zespoły takie jak BC Lions (football kanadyjski), Vancouver Canucks (jakże uwielbiany przez Kanadyjczyków hokej) czy najbardziej nam jednak bliska piłka nożna czyli soccer reprezentowany przez lokalną drużynę Vancouver Whitecaps. Wspomniane zespoły grają na bardzo fajnym obiekcie BC Place o pojemności lekko powyżej 50 000 miejsc.

Oczywiście każde rozpoczęcie meczu zaczyna się odśpiewaniem hymnu kanadyjskiego.

https://www.bcplace.com/

Po zwiedzaniu Vancouver i korzystaniu z wszelkich miejskich atrakcji powracamy do okolicznych wycieczek.

Z pewnością warto się wybrać do Północnego Vancouver (North Vancouver), które formalnie jest osobną miejscowością. Można tutaj dotrzeć bardzo prosto z Canada Place, z której odpływają tak zwane Sea Bus’y - promy regularnie pływające pomiędzy tymi dwoma miejscami.

Przypływa się do urokliwej przystani i miejsca o nazwie Lonsdale Quay. Tu też jest bardzo fajna hala, w której kupimy przysmaki czy owoce kuchni niemal całego świata. Lonsdale Quay jest również miejscem, z którego roztacza się piękny widok na największe miasto Kolumbii Brytyjskiej.

Stąd też można wybrać się również do innych bardzo atrakcyjnych turystycznie miejsc takich jak słynny wiszący Capilano Bridge. Warto jednak zauważyć, że w trakcie lata są tu naprawdę wielkie tłumy ludzi.

https://www.capbridge.com/

Z racji faktu, że Laura miała tu wycieczkę ze szkoły, a ja odwiedzałem ten most w 2013 roku, zrezygnowaliśmy z pójścia tam na rzecz bardzo podobnej bezpłatnej atrakcji Lynn Park, w którym ... również znajduje się most wiszący.

https://lynncanyon.ca/

To również jest bardzo fajny park, w którym można się solidnie nachodzić i pokosztować kontaktu z naturą.

Całkiem niedaleko stąd jest najsłynniejsza góra Vancouver - Grouse Mountain. Można się również tutaj dostać darmowym autobusem z Canada Place (podobnie z resztą jak do Capilano Bridge). Na samą górę można się dostać na dwa sposoby wybierając wjazd nowoczesna kolejką albo na nią wchodząc.

https://www.grousemountain.com/

Nasz team podzielił się - Jola z dziećmi wjechała natomiast ja wchodziłem na własnych nogach. Postanowiłem sobie, że trzeba skorzystać z tak wielu możliwości wspinaczki jaką daje Kolumbia Brytyjska oraz okolice Vancouver. Z tym wejściem to w ogóle było dosyć śmiesznie, gdyż czytając o nim pojawiała się informacja, że wejście należy do łatwych. Absolutnie tak nie jest i naprawdę można nieźle się zmęczyć, przede wszystkim ze względu na wysokie stopnie na trasie. Porównując to wejście do innych wspinaczek określanych jako średnio trudne - tutaj dostałem najbardziej w kość. Peak of Vancouver jak nazywana jest ta góra - do zdobycia jest w ten sposób w trakcie średnio 1,5h - 2h wspinaczki. Ponoć w trakcie całego roku wspina się tutaj około 100 000 ludzi, a trasa obejmuje 2,9 km. Warto spróbować wejścia by później już zjechać kolejką (ze względu na dużą stromość nie można schodzić).

Na samej górze znajduje się schronisko z restauracjami i sklepem z odzieżą górską oraz kilka innych atrakcji, z których największą są chyba 2 niedźwiedzie: Coola i Grinder. Mimo, że największą atrakcją i to szczególnie w Kanadzie jest zobaczyć je w naturalnym środowisku - Laurze i Danielowi bardzo się one podobały.

Ostatnim miejscem na północ od Vancouver (choć mamy świadomość ile jeszcze nie widzieliśmy), które chcemy opisać jest Deep Cove. To bardzo ładna część dystryktu północnego Vancouver z plażą i górą, czy raczej skałą do wspinaczki. Można tu odpocząć zarówno aktywnie, jak nieco leniuchując na plaży.

W przedostatni weekend naszego pobytu wybraliśmy się sami z Laurą ponownie na Vancouver Island. Naszym celem było skosztować dzikiej natury, z której znana jest Kolumbia Brytyjska. Na potężną wyspę (460 km długości) można się dostać na kilka sposobów. My jednak wybraliśmy chyba najlepszy - bowiem lot małym samolotem, który sam w sobie jest niesamowitym przeżyciem. Lot na trasie Vancouver - Nanaimo, a później transportem publicznym do Campbell River.

https://www.harbourair.com/

A dlaczego właśnie Campbell River? To niewielkie miasteczko jest bowiem znakomitym miejscem wypadowym aby zobaczyć wszystkie skarby natury jakie oferuje wyspa Vancouver. Zaraz po przyjeździe okazało się, że to miejsce będzie niesamowite.

Na całą sobotę jednak mieliśmy zaplanowaną wycieczkę zorganizowaną przez jedno z lokalnych biur podróży specjalizujących się w oglądaniu wielorybów oraz niedźwiedzi. Na miejscu możecie znaleźć kilka takich biur:

https://campbellrivergrizzlybeartours.com/

http://www.adventurewhalewatching.com/

https://www.eagleeyeadventures.com/

Koszty takich wycieczek może nie są niskie ale z pewnością warte są ich poniesienia. To co było nam dane zaobserwować w trakcie tych dwóch dni było wręcz niesamowite i szczerze mówiąc przekroczyło nasze wyobrażenia. Ale po kolei...

Dzień dedykowany oglądaniu niedźwiedzi rozpoczyna się wcześnie rano na jednej z okolicznych przystani. Stąd bowiem odpływa się nowoczesnymi łodziami w kilkugodzinny rejs, który sam w sobie jest atrakcją. Po zaledwie godzinie płynięcia dociera się na obszar zapełniony wszelkimi możliwymi zwierzętami morskimi. Są tu orki, wieloryby, foki, lwy morskie i wiele, wiele innych, które możemy zobaczyć w naturze. Sama trasa bowiem wiedzie przez liczne wysepki i miejsca, które otoczone niewielką mgłą dawały wrażenie parku jurajskiego. To co zrobiło na nas największe wrażenie to możliwość podpłynięcia całkiem blisko do tych wszystkich morskich stworzeń.

Po około 3 godzinnej podróży łodzią dopływa się miejsca bardzo oddalonego od cywilizacji tj. do Orford River, które jak widzicie znajduje się poza wyspą.

Tam właśnie swoją lokalizację ma First Nation - Homalco.

https://www.homalco.com/

Podpływa się do niewielkiej przystani, w której witają nas rdzenni mieszkańcy tej ziemi. Fajny klimat całego miejsca i czuć tutaj łączność między otaczającą dziką naturą a ludźmi.

Na miejscu znajduje się również małe muzeum sztuki indiańskiej, w którym można kupić ciekawe pamiątki. Stąd też wyjeżdża się busami na 2 godzinną wycieczkę, żeby zobaczyć niedźwiedzie. Warto podkreślić, że jest tu na tyle dziko, że na każdym niemal kroku widać znaki ostrzegające przed tymi olbrzymami - mowa jest bowiem o Grizzly (choć są tu również nieco mniejsze niedźwiedzie czarne).

Mogłoby się wydawać, że temat jest błahy, ale co ciekawe cała wycieczka rozpoczyna się podpisaniem oświadczenia, że jesteśmy świadomi zagrożeń i wszystkich z tym związanych konsekwencji, w tym również śmierci. Podróż wiedzie przez otaczające lasy i rzeki górskie gdzie niedźwiedzie często podchodzą aby znaleźć łososie. Podróżuje się busami i dojeżdża mniej więcej do platform widokowych położonych nad samą rzeką.

Kiedy podjeżdża się do takiej platformy najpierw wychodzą tylko i wyłącznie przewodnicy mając w razie potrzeby przy sobie specjalny gaz na niedźwiedzie. Rozglądają się wokół busa i sprawdzają w absolutnej ciszy czy w najbliższym otoczeniu nie znajdują się niedźwiedzie. Warto wiedzieć, że taki gaz nie jest 100% gwarancją obrony ponieważ zwierzęta te potrafią biegać w szybkością 50 km na godzinę co oznacza, że uciekający człowiek nie ma najmniejszych szans.

Jeżeli w najbliższym otoczeniu nie ma tych groźnych zwierząt, bardzo cicho wychodzi się z busa i od razu wchodzi do platformy, która zamykana jest na kłódkę aby niedźwiedź nie wszedł do środka. Taka sytuacja powoduje naprawdę sporą adrenalinę bo jesteśmy zdani praktycznie na siebie.

Będąc na takiej platformy mieliśmy szczęście zobaczyć te olbrzymy z bezpiecznej odległości. Nie było ich jednak tak dużo przy rzece ponieważ był to dopiero początek sezonu, co oznaczało skromną ilość ryb w rzece. Ponoć najlepszym okresem na oglądanie niedźwiedzi w naturze (przynajmniej w tym miejscu) jest połowa września.

Po skończonej wycieczce wróciliśmy do osady First Nation, żeby zjeść smaczny lunch. Wracając ponownie zobaczyliśmy wiele wspaniałych zwierzaków.

Niedziela przyniosła bardzo podobne wrażenia. Zobaczyliśmy między innymi lwy morskie i foki. Tym razem płynęliśmy szybką łodzią - prędkość dawała się mocno we znaki dając nam w tym jeszcze większą frajdę.

Jak widzicie ostatnie zdjęcie zapowiadało z kolei późniejsze kłopoty. Okazało się bowiem, że w Kolumbii Brytyjskiej płoną lasy na wielkiej przestrzeni i od tego już czasu, przez mniej więcej ponad tydzień, - niebo było zamglone co uniemożliwiało dobrą widoczność. Sytuacja była na tyle skomplikowana, że nasz lot powrotny został odwołany. W to miejsce kupiliśmy jednak bilety na prom. Finalnie po tak wspaniałych przeżyciach dotarliśmy do Vancouver, żeby dołączyć do Joli i Daniela.

Ostatnią wspólną wycieczką całej naszej rodziny było wypłynięcie promem na wyspę Bowen (Bowen Island). Sama w sobie nie jest może jakoś wyjątkowo spektakularna, ale wrażenia też są bardzo fajne. Dużo tu ... oczywiście natury, która tak kojarzona jest z Kolumbią Brytyjską.

https://www.tourismbowenisland.com/

Zakończone kursy dziewczyn wskazywały, że nasz czas powoli się kończył. W trakcie ostatnich dni Jola wybrała się na całodniową wycieczkę, żeby podziwiać dzikie zwierzęta (należy pamiętać, że dzieci w wieku Daniela nie mogą uczestniczyć w oglądaniu niedźwiedzi). Dlatego takich wyjazdów nie mogliśmy realizować całą czwórką.

Definitywnie ostatnią moją wycieczką był wyjazd do jezior Joffre (Joffre Lakes)

https://www.joffrelakes.ca/

Również i tutaj dotarłem busem zorganizowanym przez firmę Park Bus, o której pisaliśmy wcześniej. Wycieczka całodniowa ale dostarcza niesamowitych wrażeń. Dlaczego? Po około 2 godzinnej jeździe z Vancouver przyjeżdża się na małą wspinaczkę gdzie po drodze można zobaczyć najbardziej niebieskie jeziora Kolumbii Brytyjskiej. Trzy jeziora położone są na różnych wysokościach, do których prowadzi fajna i lekko wymagająca trasa. W ten dzień jednak padał mocno deszcz co nie spowodowało jednak, że owe jeziora były mniej niebieskie. Kolor powalał :)

W otoczeniu kosmopolitycznego Vancouver oraz wspaniałej natury nasz 5 tygodniowy pobyt dobiegł końca. Jola i Laura były bardzo zadowolone z doszlifowanego języka oraz poznanych nowych znajomych niemal z całego świata. Gdzie my nie mamy teraz zaproszeń... Japonia, Peru czy Meksyk to tylko wybrane kierunki. Może kiedyś skorzystamy. Na sam koniec musimy to powiedzieć - tak serdecznych i otwartych ludzi jak Kanadyjczycy dawno nie spotkaliśmy. Praktycznie na każdym kroku widać było uśmiechy i serdeczność, którą zapamiętamy z tego wyjazdu.

No i jeszcze jedno. TAK - chcemy tu definitywnie kiedyś wrócić. Bardzo ciężko się wyjeżdża z takiego miejsca.

Pozdrawiamy Was serdecznie i mamy nadzieję do następnego razu.
Wasza Crazy Family :)
Wrzesień 2018

Przejdź do video rodzinnego
Przejdź do galerii
 
do góry
PRZEJDŹ DO STRONY GŁÓWNEJ