Kanada, British Columbia z Vancouver
rok 2012


Kanada - drugi największy kraj na świecie, położony w Ameryce Północnej, w naszym wyobrażeniu nieco podobny do Stanów Zjednoczonych. Ten wyjazd był trochę nietypowy i wyszedł zupełnie nagle. Odwiedziłem (Dawid) swojego dawnego przyjaciela Michała ze studiów, który tam właśnie mieszkał. Poprzednie lata jakoś nie udało się go odwiedzić na Florydzie więc temat miał szansę wypalić tym razem.

Wiedząc już, że wybieramy się rodzinnie do Azji na wakacje w 2013 roku podjęliśmy wspólnie decyzję, że pojadę sam. Koszt biletu lotniczego oraz samego pobytu na miejscu potwierdził, że to jedynie słuszne rozwiązanie. Poza tym Daniel faktycznie był wtedy jeszcze zbyt mały a do tego wszystkiego wylot przypadł na październik 2012 z dużym ryzykiem pogodowym na miejscu. Szkoda więc było również ryzykować drogie wakacje z dziećmi nie mając pewności czy nie będzie zbytnio padał deszcz. Pogoda jest tam bardzo zbliżona do naszej. Dołączamy jednak ten wyjazd do pozostałej listy z racji tego, że Kanada wydaję się być bardzo ciekawym kierunkiem do podróżowania z dziećmi. A więc jak to wszystko było...

Tak się złożyło, że wielokrotnie myśląc o poznaniu Kanady myślałem właśnie o British Columbii oraz o Vancouver. Ten kanadyjski stan kojarzył mi się z piękną naturą a miasto (nie jest jego stolicą !) z wieloma możliwościami uprawiania turystyki od wspaniałego Oceanu Spokojnego po pobliskie góry. Dodatkowo jak wiemy miasto Vancouver było gospodarzem całkiem niedawnych zimowych Igrzysk Olimpijskich (12-28 luty 2010). Co ciekawe, a nie każdy o tym wie w tzw. "pobliżu" znajduje się wyspa o tej samej nazwie Vancouver, ze stolicą stanu Victoria. Miasto to uważane jest za najbardziej angielskie spośród wszystkich kanadyjskich.


Ale po kolei. Tak się składa, że lot do Vancouver niestety musi być długi. To zachodnia część Kanady czyli ta bardziej oddalona od Europy. Duża część lotów odbywa się przez USA jednak w moim wypadku nie było to możliwe. Lecąc przez Stany Zjednoczone na tą chwilę cały czas trzeba mieć wizę - nawet jeśli pozostajesz na lotnisku i zmieniasz jedynie samoloty. Taka sytuacja wzbudza z pewnością złość i demotywuje skutecznie aby wydawać jakiekolwiek pieniądze w tym kraju. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze kwestia szybkiego załatwiania wizy na co nie było i tak czasu. Finalnie skończyło się lotem z Niemiec do Vancouver z przesiadką w Ottawie (Kanada). Lot bardzo długi i męczący, szczególnie że osobiście nie śpię podczas podróży - istny koszmar, jak inni smacznie chrapią podczas lotu. Dla przypomnienia, my Polacy nie mamy wiz do Kanady (paszporty metryczne).

Tak się składa, że w pierwszym odwiedzanym mieście (po przylocie) jest odprawa paszportowa, nawet jeśli lecisz dalej tak jak było to w moim wypadku. Początkowo zaczęło się wszystko "nice" z typowymi pytaniami typu "po co pan przyjechał do Kanady", "co pan chce zobaczyć" etc. Miła pogawędka na lotnisku w Ottawie, nawet byłem zaskoczony bo słyszałem wiele innych doświadczeń z podróży znajomych. Niestety to był początek. Po chwili przy innym wyjściu zostałem "zaproszony" na kolejną "pogawędkę". Był to osobne duże pomieszczenie, w którym omawiano temat przyjazdu z wieloma osobami z różnych krajów. Część pytań się powtórzyła ale kolejne były już bardzo szczegółowe. Spędziłem tam dobre 30-40 minut. Być może jak to mi mówił mój znajomy lecący do Kanady wspomnienie "no english" spowodowałby znacznie krótszy czas całej odprawy. Trzeba jednak dodać, że wszystko odbywało się stanowczo i kulturalnie - więc chyba tak jak powinno to wyglądać na lotniskach. W końcu udało mi się przekonać, że przyjechałem tu do kumpla i w celach turystycznych. Zresztą zgodnie z prawdą ! :)

Przylot do Vancouver i dojazd do miejsca zakwaterowania (mieszkanie w typowym kanadyjskim domu) przebiegł bez żadnego problemu. Z Michałem spotkałem się na lotnisku. Samo zakwaterowanie mieściło się dokładnie w North Vancouver, do którego trzeba było dotrzeć promem (dokładna nazwa to "sea bus"). Alternatywą był autobus, który jednak jeździ znacznie dłużej i zdecydowanie gorszą opcją dojazdu.


Samo North Vancouver jest osobnym miastem względem Vancouver jednak zalicza się do jego aglomeracji. Prom płynie pomiędzy tymi dwoma miastami jakieś 10 minut więc tak naprawdę nie czuje się różnicy. North Vancouver jest uważane za dość dobrą sypialnię dla ludzi pracujących w samym Vancouver. Można też tam zobaczyć całą masę przeróżnych knajpek z kuchnią całego świata. Restauracje indyjskie, perskie, japońskie, włoskie etc etc funkcjonują obok siebie idealnie. Dlatego też standardem jest jedzenie na "mieście". W lokalach tych można często zjeść taniej niż w standardowym McDonaldzie i innych tego typu podobnych fast foodach. Przyznam, że własnie w Kanadzie i też dzięki Michałowi zakosztowałem przeróżnych jakże wyśmienitych potraw z z całego globu. Koszt takiego obiadu to okolice 20 dolarów kanadyjskich ale można też zjeść znacznie taniej.

Generalnie British Columbia jako stan jest uważany za najbardziej drogi co niestety można odczuć na kieszeni. Nie zwalnia to jednak z faktu, że to jeden z ciekawszych regionów świata jaki odwiedziłem.

Warto dodać, że ludzie są naprawdę bardzo sympatyczni. Na każdym kroku słyszy się "hello", "skąd jesteś" i różne tego typu. Ludzie są zdecydowanie bardziej uśmiechnięci i wyluzowani w porównaniu do nas. Być może coś w tym jest sztucznego - ale działa skutecznie. To bardzo pozytywne i zdecydowanie to polubiłem.

Z okolicy gdzie odpływają promy do Vancouver znakomicie widać downtown i tamtejsze wieżowce. Zatoka "Burrand" wraz z nimi tworzą naprawę bardzo ładny widok. Po przypłynięciu do Vancouver znajdujemy się praktycznie w sercu samego miasta w tzw. "Canada Place". To właśnie wspomniane otoczenie wieżowców i ścisłego centrum miasta i nie tylko.


Bardzo charakterystycznym budynkiem jest konstrukcja z żaglami. Z pewnością jeśli chodzi o tego typu budowle może ona być konkurencją dla opery w Sydney. Można znaleźć pewne podobieństwa. Co ciekawe downtown w Vancouver jakoś nie przygnębia. Połączenie wieżowców, centrum miasta i również parków zieleni (chociażby słynny Stanley Park) powoduje, że czujemy się tu bardzo dobrze i wygodnie. Oczywiście wokół słychać angielski ale też z racji turystów języki z całego świata. Można też tu odpocząć. Ławki i skwery z widokiem na zatokę i oddalony North Vancouver powodują, że można tu znakomicie odpocząć i się zrelaksować. Znakomitym rozwiązaniem jest wynajęcie tutaj roweru i zwiedzanie właśnie miasta właśnie w ten sposób.

Mówiąc o odpoczynku w ... centrum Vancouver koniecznie muszę powrócić do Stanley Parku. Jest on w zdecydowanym TOP 3 do zobaczenia jeśli chodzi o to miasto. To przykład miejskiego dobrego zagospodarowania. Można do niego dojść (dłuższy spacerek) wzdłuż alejek idąc od Canada Place. Założony już w 1888 roku jest o około 10% większy od innego słynnego parku w Nowym Jorku "Central Park". Ponoć co roku odwiedza go około 8 milionów gości (turystów i "localsów"). Nie jest to więc jakiś tam po prostu park. To również najpopularniejszych, co z resztą nie dziwi miejsc do uprawiania joggingu czy do każdej podobnej aktywności ruchowej.

W Stanley Park znajdują się również dwie atrakcje zdecydowanie warte odwiedzenia. Pierwszym z nich jest największe akwarium w Kanadzie z ponad 70 000 różnych (wodnych) zwierząt. Robi to naprawdę wrażenie. Znajduje się tu też centrum badań nad zwierzętami morskimi. Naprawdę fajny klimat i oczywiście polecane miejsce dla rodzin z dziećmi. Dla mnie osobiście to też była atrakcje ponieważ to właśnie tutaj kręcono mój ulubiony film jak miałem nieco mniej lat "Niebezpieczna Zatoka". Pamiętacie? :)


Drugą atrakcją w Stanley Parku jest pole z indiańskimi totemami - przyciągają one dużą grupę turystów. Fajne miejsce na kilka fotek.


Oddalając się nieco od totemów (solidny ale fajny spacerek) można w oddali zobaczyć również atrakcję Vancouver - most "lions bridge", który ma 1,8 km długości. Wracając na piechotę do downtown - jakieś 20 minut - przechodzi się wzdłuż zatoki, przy której lądują małe turystyczne samoloty. Stąd bowiem można dolecieć min. do stolicy British Columbia - Victorii (wyspa Vancouver). Ceny w okolicy 100 CAD - 200 CAD za przelot w jedną stronę. Lot trwa około 30-40 minut. Jest to bardzo wygodny sposób aby odwiedzić stolicę regionu a przy okazji potężną wyspę - bo ma ona aż 460 km ! Zawsze jak spoglądam na mapę Kanady dziwię się jak jest ona mała na tle całej Kanady. Wyspa (i jak sądzę również miasto) wzięła swoją nazwę od niejakiego Georga Vancouver, który opłynął ją pod koniec XVIII wieku.

Kolejnym miejscem o którym wspomnę w Vancouver (mieście) są dwie dzielnice - bardzo blisko położone downtown i przystani gdzie przypływa "sea bus", czyli prom. Jeśli myślicie, że brakuje tu starego miasta to się mylicie. Oczywiście pojęcie "Old Town" ma zupełnie inne znaczenie niż w Europie. Początki "Gastown" - bo tak się owe stare miasto nazywa sięgają roku 1887. Dzisiaj to skupisko przeróżnych sklepów dla turystów. Tutaj właśnie kupuje się pamiątki z Vancouver czy ogólnie z Kanady. Co ciekawe przed wyjazdem obiecywałem sobie, że jeśli będzie okazja to kupię sobie drewnianą maskę indiańską - po każdym bowiem wyjeździe staramy się kupić maskę z danego regionu. Tym razem to nie było możliwe - koszty takich masek są wręcz powalające. W Gastown znajdował się wspaniały dwu piętrowy sklep z samymi tylko maskami i indiańskimi totemami. Przykładowy koszt dużego (ok. 1,5 m) totemu to 8000 CAD natomiast małej maski około 500 CAD. Małe więc szanse na zakup certyfikowanej maski wykonanej przez Indianina :) Niewątpliwą atrakcje Gastown jest zegar parowy "steam clock"

Drugą dzielnicą wartą wspomnienia jest dzielnica chińska - jest położona bardzo blisko Gastown i samego downtown. Należy zauważyć, że w Vancouver i tej części Kanady naprawdę dużo jest azjatów, szczególnie chińczyków. Przybyli oni wraz z budową kolei w Kanadzie a dziś stanowią ... 30 % (!) populacji całej aglomeracji miasta Vancouver liczonej na 2,1 mln mieszkańców. Tu więc znajduje się największa dzielnica chińska w Kanadzie i zarazem trzecia największa w Ameryce Północnej. Jedną z największych atrakcji dzielnicy chińskiej jest Ogród Doktora Sun Yat Sen. Stworzony z wyjątkowymi detalami został na wystawę Expo w 1986 roku. Był to pierwszy tego typu ogród zbudowany poza Chinami - naprawdę warty odwiedzenia.

Niewątpliwą atrakcją North Vancouver i okolic jest słynny most "Capilano Bridge". To most znajdujący się w prywatnym parku ściągający rocznie około 800 000 turystów. Rozciąga się on na 136 metrów długości i zwisa 70 metrów nad rzeką Capilano. Osoby mające lęk wysokości mogą tu mieć mały problem :) Na szczęście jakoś mi się udało zobaczyć późniejsze atrakcje w parku choć historycznie były przypadki kończące się tragicznie. W pobliżu Capilano Bridge jest również znana góra "Grouse Mountain" (1200m), z której widać piękny widok na miasto Vancouver. Stąd też w zimie można pozjeżdżać na nartach.


No i właśnie o Vancouver tak można pisać i pisać. Dlatego też miasto to jest zaliczane do jednych z najpiękniejszych w świecie. Coś w tym jest. Połączenie Oceanu Spokojnego i przepięknych otaczających gór robi niesamowity klimat. Wspomnę, że to właśnie Vancouver zajmuje zaszczytne pierwsze miejsce jako "the most livable city in the world". W wielkim skrócie to najlepsze miasto na świecie do zamieszania! Ach - szczęśliwcy Ci Kanadyjczycy :)

Kończąc o Vancouver ostatnia ciekawostka – kolejka /metro „sky train” którą jeździ się bardzo sprawnie po mieście oraz po aglomeracji. Szybko, pewnie i bez problemów. Może dziwić jedynie fakt, że jeździ ona automatycznie i bez motorniczego. Z tego czytałem ten system funkcjonuje od 20 lat w Vancouver i nigdy nie zdążył się wypadek czy wykolejenie. Podobna kolejka automatyczna jeździ też w Dubaju


Nie samym Vancouver jednak człowiek żył podczas 2 tygodniowego pobytu. To co na mnie osobiście zrobiło jednak największe wrażenie to daleko idące otoczenie tego miasta. Któregoś dnia z Michałem zrobiliśmy sobie wycieczkę do miasteczka Hope oraz do górskiego kurortu Whistler, oddalonym jakieś 125 km na północ od "najlepszego miasta na świecie". To właśnie tutaj odbywała się olimpiada zimowa w 2010 roku.

Dlaczego postanowiliśmy odwiedzić małe miasteczko "Hope"? Otóż w dniach 5-8 października odbywała się tam ... 30 rocznica kręcenia filmu Rambo 1 ))) Tak, tak - nawet jeśli nie jestem jakimś fanem tego filmu nie można było odpuścić sobie tej okazji. Dopiero w Kandzie dowiedziałem się, że film ten był kręcony w British Columbia, a nie w USA. Rambo 1 a dokładnie "First Blood" chyba najlepiej przez każdego faceta kojarzona zrobiła z tej niewielkiej mieściny całkiem znany region na filmowej mapie drugiego największego kraju na świecie. Samo Hope położone jest otoczeniu pięknych gór, które wspaniale otaczają miasto i całą okolice. W centrum oprócz typowej zabudowy można spotkać znaki ostrzegawcze przed niedźwiedziami - tak tak jest ich cała masa w Kanadzie i tego typu informacje wcale nie należą do wyjątków. Każdy więc dalszy spacer w lesie i w górach powodował nieco szybsze bicie serca. Stety / niestety nie miałem okazji zobaczyć na żywo dzikiego niedźwiedzia. Oczywiście samo miasteczko Hope bardzo dobrze przygotowało się do przyjęcia pasjonatów filmu. Oprócz lokalnych atrakcji powiązanych z filmem min. na restauracjach można było przeczytać na dużych szyldach "Welcome Rambo Fans 30 years ago filmed in Hope". Może jedynym minusem całej fety był ...brak samego Rambo, czyli Sylwestra Stallone. No cóż może przyjedzie na 40 rocznicę )))


Wracając jednak do natury - bo o tym miało być, to coś co wręcz porywa gdy jeździ się po Kanadzie, w moim wypadku po British Columbia. Sama trasa pomiędzy Vancouver i Whistler zawiera tak wiele pięknych widoków, że nawet nie wiadomo na czym się koncentrować. Wysokie góry, piękne lasy, jeziora "atakują" na każdym kroku podczas całej trasy. Jako, że w pierwszym tygodniu mojego pobytu w BC (październik) pogoda była rewelacyjna - można było zobaczyć ośnieżone szczyty gór i spacerować w krótkim rękawku. Podczas wycieczki do Whistler miałem okazję podziwiać "Indian summer", czyli taką jesień z cudownymi kolorami i słońcem - coś na kształt naszej "polskiej złotej jesieni". Te wszystkie widoki zostaną w mojej pamięci na zawsze - myślę, że nawet nie warto o nich dalej pisać - trzeba to po prostu zobaczyć.

Samo Whistler to górska stolica stanu British Columbia z olimpijskimi już tradycjami. Zdecydowanie typowo górsko kurortowe klimaty miasteczka ściągają tutaj turystów oraz mniejszych czy większych snobów do zamieszkania. Faktycznie rezydencje pięknie komponują się w górskie prześliczne krajobrazy. W centrum miasteczka znajdują się koła olimpijskie i tak zwany "ludzik olimpijski" - symbol olimpiady zimowej z 2010 roku. Oczywiście jak to przystało na ten region świata Whistler (i okolice) odwiedzane jest sporadycznie przez niedźwiedzie.


Wokół miasta znajdują się czynne ośrodki sportowe. My mieliśmy okazję podziwiać lokalne zawody w saneczkarstwie (Whistler Sliding Center - jeden z najszybszych torów na świecie) choć znajdują się tu też główne trasy kolarstwa górskiego i narciarstwa alpejskiego. Jak podaje wikipedia kurort odwiedza corocznie milion turystów. Górskie atrakcje, spływy kajakowe, "Olimpic Park", możliwość uprawiania wspinaczki wysokogórskiej i wiele innych możliwości zdecydowanie potwierdza zasadność odwiedzenia tego górskiego kurortu.

W British Columbia (jak i w całej Kandzie) zdecydowanie warte odwiedzenia są Parki Narodowe i Parki Prowincjonalne. To tutaj możemy zaobserwować przepiękną przyrodę tego kraju - ale tak jak pisałem wcześniej, to po prostu trzeba zobaczyć. Słowa tego nie opiszą, naprawdę.

Kanada, a w zasadzie w moim wypadku Kolumbia Brytyjska potwierdziła, że to miejsce warte odwiedzenia za wszelką cenę. Połączenie Oceanu Spokojnego, wysokich gór oraz pięknej przyrody powoduje, że z pewnością wrócimy tutaj któregoś dnia z całą rodziną najlepiej w okresie wakacyjnym. Tym razem jednak oprócz wspomnianych atrakcji przejedziemy jedną z najpiękniejszych tras świata "Vancouver - Calgary". Tak więc CDN...

PS. Pozdrowienia dla Jo-Ann oraz Dave’a – sympatycznych Kandyjczyków, znakomitych ambasadorów swojego kraju. Odpowiedzieli na każde z moich nawet najdziwniejszych pytań :)

PRZEJDŹ DO PRYWATNEJ GALERII "KANADA"

do góry