Islandia rodzinnie (20 sierpień 2014 - 28 sierpień 2014)

Mija dokładnie rok od naszej dotychczas największej wyprawy rodzinnej - 7 tygodniowego wyjazdu do Azji, podczas którego odwiedziliśmy 5 krajów: Singapur, Malezję, Indonezję, Tajlandię oraz Japonię. Wspomnienia są przecudowne i nie żal w ogóle wydanych pieniędzy - choć przyznajemy to szczerze obciążenie dla rodzinnego budżetu było duże. Ale jak to w życiu - coś za coś. Poza tym wszyscy podróżnicy wiedzą, że wszelkie wyjazdy a już szczególnie tego typu są bezcenne i nie warto poświęcać zbyt dużo czasu na aspekty finansowe. To co się zobaczy, odkryje, pozna rekompensuje całkowicie wszystkie inne aspekty. Do tego podróżowanie z dziećmi daje możliwość otworzyć dodatkowe drzwi przedstawienia świata w nieco innej odsłonie niż to ma miejsce na co dzień. Do Azji z pewnością jeszcze wrócimy ale po kilku miesiącach pojawił się pomysł wyjazdu na północ Europy aby zakosztować nieco innych klimatów. Tym razem chodziło o jakiś tydzień, może 10 dni. Wybór padł na Islandię - kraj niby nam bliski kulturowo a jednak zupełnie odmienny, ciekawy, niedostępny i super atrakcyjny jeśli chodzi o krajobrazy, naturę oraz to wszystko czego nie możemy zobaczyć w innych krajach.

Poniżej flaga oraz geograficzne położenie Islandii, do której lecieliśmy bezpośrednim lotem z Berlina około 3 godzin. Zwróćcie uwagę na "sąsiada" Islandii - potężną Grenlandię, która oddzielona jest od Islandii jedynie Ocean Arktyczny (najkrótsza odległość między wyspami to 287 km)

 

Islandia to najmłodszy obszar kontynentu europejskiego położony na granicy płyt tektonicznych. Ilość gór wulkanicznych określa się na 130 z czego 18 wybuchała w długim okresie czasu od kiedy człowiek zaczął te zjawiska rejestrować. Islandia to kraj lodu (Iceland) gdzie około 11% powierzchni pokryta jest przez lodowce. Do tego dochodzą gorące źródła oraz gejzery (słowo islandzkie). Wyspa zamieszkana jest przez około 320 000 tysięcy ludzi z czego 120 000 mieszka w najbardziej wysuniętej na północ stolicy europejskiej - w Reykjaviku.

Ale dość o suchych faktach, czas na opis naszego wyjazdu

Samolot Air Berlin wystartował o 22.20 z lotniska Tegel. 3 godzinny lot był przysłowiową pestką po ostatnich wojażach i 12 godzinach w jedną stronę. Koszty lotów w obie strony z Europy kształtują się w granicach 300 PLN - 1000 PLN w obie strony w zależności skąd lecimy. Najtaniej chyba wychodzi Londyn jednak dodatkowe koszty dolotu, zmiany lotniska czy jeszcze noclegu grzebią całkowicie opcje zaoszczędzenia kilku złotych, nie mówiąc o utrudnieniach w podróżowaniu z dziećmi. My więc postanowiliśmy polecieć bezpośrednio ze stolicy Niemiec.

Po wylądowaniu w Keflaviku (50km od stolicy Islandii, tu ląduje większość zagranicznych turystów) pierwsze kroki skierowaliśmy w kierunku wypożyczalni samochodów. To ważny element podróżowania po tym pięknym kraju ponieważ przyjemność jazdy jest chyba największa spośród wszelkich innych państw. Drogi puste, wokół mnóstwo przestrzeni, jakość dróg bardzo dobra a do tego przecudowne krajobrazy. Zobaczcie zresztą sami jak powinno się jeździć z Elfisem (Elf + Is od Islandii)

http://www.drive.is/

Jest tylko jeden i to dość duży minus. Koszt wynajęcia auta jest zdecydowanie dużo wyższy niż w innych krajach. Za nowego Golfa (przejechane 13 tys. km) zapłaciliśmy około 2100 PLN - za okres 20.08 - 28.08. Co ciekawe koszt ten jest i tak stosunkowo niski ponieważ rezerwowaliśmy auto przez jedną ze stron globalnych, które mają zdecydowanie atrakcyjniejsze ceny niż rezerwując bezpośrednio w Hertz czy każdej innej tego typu. Z drugiej jednak strony nie może to dziwić bo Islandia jest jednym z najdroższych krajów świata. Spowodowane jest to min. odizolowaniem geograficznym od Europy czy Ameryki Północnej. Wysokie ceny dają w kość również Islandczykom. Nie zmienia to jednak faktu, że co roku coraz więcej turystów odwiedza ten kraj. W 2012 roku było to około 680 000 osób z zagranicy czyli praktycznie dwa razy więcej niż mieszkańców. Warto też dodać, że największą grupą emigrancką w Islandii stanowią Polacy. Tak jesteśmy już wszędzie :-)

O zgrozo na parkingu lotniskowym przekonałem się, że auto ma automatyczną skrzynię biegów a nie manualną o jaką prosiłem. Na parkingu więc odbyła się mała nauka czy raczej przypomnienie. Po pierwszych rondach i światłach zdecydowanie mogę potwierdzić (choć to żadne odkrycie), że przyjemność jazdy jest z pewnością dużo większa.

Wracając do dużych plusów podróżowania autem po wyspie warto wspomnieć, że bardzo duża część turystów okrąża wyspę autostradą, która biegnie dokładnie dookoła Islandii (1332 km). Podróżując w ten sposób można odwiedzić największe atrakcje kraju.

My jednak zdecydowaliśmy się na pobyt w Reykjaviku mieszkając w samodzielnym mieszkaniu u rodziny islandzkiej. Tutaj korzystaliśmy ponownie z serwisu "airbnb". W ten bowiem sposób uniknęliśmy wiecznego pakowania i wypakowywania plecaków i toreb. Z Reykjaviku w zdecydowanej większości można bowiem robić sobie jednodniowe wypady zwiedzając główne atrakcje wyspy. Do tego dochodzi aspekt finansowy. Najtańsze "pojedyncze" noclegi na booking.com wychodzą (pokój rodzinny) o zgrozo 500 PLN - 700 PLN. W stolicy Islandii za duży, wygodny i w pełni wyposażony pokój (dzielona kuchnia i łazienka) zapłaciliśmy za nocleg około 250 PLN. Kolejny raz przekonaliśmy się nad wyższością wynajmu mieszkań nad hotelami, szczególnie podróżując z dziećmi. Tym razem mieliśmy do dyspozycji niemal wszystko od pralki, mikrofalówki, TV po wszystkie niezbędne naczynia w kuchni czy nawet rowery z fajną przyczepką dla dzieci i ... trampoliną.

Właściciel całego domu - Gunnar co jakiś czas dopytywał się czy czegoś nie brakuje i czy może w jakiś sposób nam pomóc. To bardzo miłe i dzięki niemu Daniel miał fajne (nowe dla niego zabawki) pożyczone od syna właściciela, który również jest w wieku naszego syna. Swoją drogą pozdrawiamy serdecznie Gunnara i jego całą rodzinę.

Pierwszy dzień 20.08 rozpoczęliśmy od zwiedzania stolicy Islandii. Jest to bardzo ciekawe miasto nieco inne od typowych metropolii europejskich. Tu nie znajdziemy korków, tłoków etc. Reykjavik to taka większa wioska ale w pozytywnym aspekcie. Cicho, spokojnie i klimatycznie to pierwsze skojarzenia z tym miastem. Będąc w ścisłym centrum miasta wystarczy skręcić nieco na bok i już czujemy się niemal jak w małym europejskim miasteczku. Piękne drewniane kamienice, niemal puste uliczki powodują że można tu zdecydowanie się odprężyć i poczuć klimat tego skandynawskiego miasta. Warto dodać, że Reykjavik jest przy okazji bardzo czystym i zadbanym miastem. Tak samo zresztą jak cała Islandia.

Sama nazwa Reykjavik oznacza "zatokę dymów" a zdecydowana większość mieszkańców tej stolicy (80%) mieszka w domkach jednorodzinnych z zadbanym ogródkiem.

W samym sercu miasta położony jest najsłynniejszy kościół w Islandii - "Hallgrimskirkja" (budowany w latach 1945 - 1986). Nie miejcie wyrzutów sumienia język i nazwy islandzkie są czasami nie do powtórzenia. To naprawdę trudny język i nawet po odwiedzeniu wielu ciekawych miejsc mamy z tym dość duży problem. Poniżej zdjęcie przy kościele zrobione w dniu 23.08 w trakcie "culture night" odbywającej się raz roku imprezy kulturalnej, podczas której niemal cały Reykjavik się bawi. Wikingowie nie dziwią tu nikogo ponieważ Islandczycy są dumni z historii i swoich wojowniczych przodków.

Kościół widoczny na zdjęciu ma jeszcze jedną dużą atrakcję - z samej góry bowiem można podziwiać piękny widok na całe miasto. Koszt wjazdu windą na samą górę to 700 koron islandzkich co oznacza około 20 PLN oczywiście od osoby.

W stolicy koniecznie jeszcze trzeba odwiedzić "Old Harbour" czyli starą zatokę, gdzie można zobaczyć wiele różnej wielości statków oraz łodzi. Z pewnością fajne miejsce na rodzinny spacer.

To tutaj znajdują się klimatyczne knajpki oferujące wyśmienite dania rybne / owoce morza. Cena zupy rybnej (poezja) to min. 1500 koron czyli jakieś 42 PLN. Polecane klimatyczne knajpki to Sea Baron oraz Cafe Haiti. Stara zatoka to równie miejsce z którego można podziwiać liczne statki, które oferują oglądanie wielorybów. Wydawać by się mogło, że patrząc na reklamy można będzie zobaczyć takie obrazki jak poniżej :-)

To jednak natura i trzeba mieć wyjątkowe szczęście aby zobaczyć wieloryby w takiej odsłonie. Nam udało się zobaczyć jedynie te morskie ssaki w oddali. Nieco lepiej było z delfinami, które blisko płynęły przy naszym statku. Sam rejs trwa około 3 godzin podczas których pierwszy raz przekonaliśmy się o surowym klimacie Islandii, mimo, że podczas naszego całego pobytu było bardzo słonecznie. Wieje naprawdę na całego (szczególnie podczas wieczornego rejsu gdy niemal każdy zakłada specjalny kombinezon - zdjęcie 4)

To fajne przeżycie zobaczyć takie obrazki w naturze choć z pewnością pozostało dużo niedosytu. Trzeba jednak przyznać, że firma oferująca tego typu atrakcje w wypadku braku sukcesu daje bilety gratis na kolejny rejs do wykorzystania w trakcie kolejnych 2 lat (i tak aż do skutku). Koszt jednego takiego rejsu na osobę dorosłą to 53 € oraz 25 € dla dziecka od 7 roku życia (maluchy płyną gratis). Firma godna polecenia to Elding - jeden z liderów na tamtejszym rynku oferujący liczne wycieczki rejsowe

http://www.whalewatching.is/schedule-and-prices.aspx

Inne atrakcje stolicy Reykjaviku to między innymi:

a) Harfa - nowoczesny budynek koncertowy i konferencyjny. Widoczny również z "Old Harbour". Wyjątkowa konstrukcja która otrzymała prestiżową nagrodę architektoniczną " Miesa Van Der Rohe".

b) Perlan - miejsce zaopatrujące stolicę Islandii w wodę wprost z gorących źródeł.

Swoją drogą warto dodać, że niemal cała Islandia (domy, mieszkania, biurowce) korzystają z wody podgrzewanej z naturalnie przez "matkę ziemię". Trzeba też się nieco przyzwyczaić do zapachu siarki. Dzieciaki miały z tym problem na samym początku bo kąpiąc się słychać było odruchy wymiotne ;-)

Ale to nic bo... woda w kranie i w ogóle woda w Islandii jest najczystsza na całym świecie. To wielki atut bo mało kto kupuje tu wodę w PETach (prawie ich w ogóle w sklepach nie ma). Po co - skoro krystaliczna woda leci nam w kranie.

Z tego miejsca (Perlan) rozciąga się piękny widok na Reykjavik. Na samej górze jest też restauracja, z której nie wiedząc czemu nie skorzystaliśmy ;-)

c) Są jeszcze inne atrakcje ale my będziemy kojarzyć Reykjavik z basenami termalnymi. To wręcz narodowa pasja Islandczyków aby codziennie chodzić na jeden z wielu basenów. My odwiedziliśmy 4 - za każdym razem inny. Wrażenia były niesamowite a dzieciaki bardzo zadowolone :-)

Ciekawostką jest fakt, że baseny są bardzo tanie jak na islandzkie warunki. Za wejście płaciliśmy bowiem 40 PLN za całą rodzinę przy czym nie ma żadnego limitu jeśli chodzi o czas pobytu. W środku znajdziemy bardzo często mniejsze i większe baseny z różnymi temperaturami. Tamtejsza etykieta "basenowa" karze koniecznie rozebrać się do naga w szatni (czy to męskiej czy damskiej) i dokładnie umyć we wskazanych miejscach :-)

Ja niczemu nieświadomy przy pierwszej wizycie poszedłem się "spłukać" w kąpielówkach. Oj trzeba było zobaczyć te spojrzenia ;-) No cóż - człowiek się uczy całe życie a już na pewno podróżując. Potem już zachowywaliśmy wszelkie wymagane standardy basenowe. Baseny wspominamy bardzo dobrze bo tu rozpoczynaliśmy kolejne dni i późniejsze zwiedzania. Dawało nam to dużo fajnej energii i po prostu radochy. Baseny termalne w Islandii można znaleźć na:

http://www.swimminginiceland.com/thermal-pools

d) Reykjavik będzie nam się kojarzył jeszcze ze świętem biegania w dniu 23 sierpnia (które poprzedza wspomnianą już "culture night"). W tym roku na różnych dystansach biegało w stolicy Islandii ponad 15 000 ludzi. Można pobiec w maratonie, pół maratonie oraz kilku innych biegach. My z Laurą pobiegliśmy w biegu "3 K" przeznaczonym szczególnie (ale nie tylko) dla dzieci i rodziców. Musimy przyznać, że atmosfera była wyjątkowa. Fajna, słoneczna pogoda i tańce i śpiewy poprzedzające 3 km bieg. Każdy z biegaczy otrzymywał medal za ukończenie biegu - możecie się domyślić jak Laura była zadowolona :-) :-)

Atrakcji w Reykjaviku jak widzicie jest cała masa a o wielu nie będziemy wspominać aby za bardzo nie przynudzać. Wielu turystów twierdzi, że nie warto odwiedzać stolicy Islandii. My się z tym nie zgadzamy bo poznaliśmy tu klimat i wiele ciekawych miejsc. Ale...

W pełni się zgadzamy, że prawdziwa Islandia jest do zobaczenia zupełnie gdzie indziej. Tu tutaj widoki, krajobrazy i natura powala na całego. Przestrzeń, konie, owce (jest ich więcej niż mieszkańców całej wyspy) powodują, że chyba nie ma nikogo który mógłby powiedzieć, że ten kraj jest mało interesujący. Fakt też jest taki, że nie spotkałem się w Internecie z negatywną opinią po wizycie w tym północnym kraju. Każdy chce tu wrócić ...

Pierwszą całodniową wycieczkę jaką sobie zrobiliśmy był "Golden Circle", który "Złoty Krąg". To trasa i atrakcje które można odwiedzić w trakcie kilkugodzinnej jazdy autem poza Reykjavik. Oczywiście sama już trasa dostarcza widoków "nie z tej ziemi" - pustkowia, góry, buchająca para z ziemi to obrazki, które w Islandii są standardem.

Na samym początku wycieczki wysiedliśmy aby podziwiać ... mech. Nawet on jest tutaj zupełnie inny. W otoczeniu wulkanicznych skał widać swojego rodzaju "dywan". Co ciekawe jak się na niego wchodzi to nogi się niemal zatapiają - fajna frajda i coś zupełnie innego / nieznanego.

W drodze do jednej z dwóch największych atrakcji zobaczyliśmy wspaniałe, piękne islandzkie konie. Są one niemal wszędzie i robią piorunujące wrażenie. Biegają po górach, przy drodze - wszędzie ! To zdecydowanie największa dla nas atrakcja. Nie wiedzieliśmy bowiem wcześniej, że konie można zobaczyć tak swobodnie biegające. Dzikie, półdzikie, ufne i mniej ufne. Białe, czarne - niezliczona ilość wręcz powala pięknem. Tak możemy to powiedzieć - zakochaliśmy się w nich i niemal co chwilę zatrzymywaliśmy auto aby je zobaczyć czy po prostu pogłaskać. Fajna frajda dla całej rodziny

W drodze na gejzer zobaczyliśmy również konie biegnące wzdłuż drogi, którą jechaliśmy. Trzeba było zobaczyć kierowców, którzy nagle zatrzymywali swoje auta i brali jak najszybciej swoje kamery i aparaty.

W końcu dojechaliśmy do Doliny Haukadalur, w której znajduje się gejzer Strokkur (Kocioł), który jest obowiązkowym punktem każdej wycieczki na Islandii. W rejonie tym znajdują się liczne bulgocące sadzawki i oczka wodne jednak każdy czeka na "wybuch" tego najważniejszego. Swoiste przedstawienie odbywa się co 4-8 minut więc niemal każdy w tym czasie trzyma kamerę lub aparat aby uchwycić ten spontaniczny wystrzał. Tryskająca woda na 30 metrów ma temperaturę 80 C - 100 C tak więc sam obszar jest odgrodzony aby każdy z turystów czuł się bezpiecznie. Można i tak zostać nieco opryskanym a w powietrzu czuć drobinki wody.

Pisząc o tych fenomenalnych pokazach natury nie należy zapomnieć o "emerytowanym" gejzerze tj. dokładnie konkretnym "Geysir" - ojcu wszystkich tego typu zjawisk, który jednocześnie zapożyczył nazwę swoim wszystkim "następcom". Kiedyś wybuchał na wysokość 60 metrów dzisiaj jedynie możliwe jest dodanie mydlin w gardziel staruszka aby go nieco pobudzić jednak nie jest to robione zbyt często (z tego co wiemy jest to zabronione) i prym wiedzie wspomniany już Strokkur.

Na miejscu nie płaci się żadnych opłat. Po prostu parkuje się samochód, przechodzi na drugą stronę ulicy i wchodzi się na ten nietypowy obszar geotermalny. Dla chętnych niedaleko znajduje się obozowisko gdzie można rozbić namiot (jakże polecany w Islandii!). W takim wypadku "poranne ptaszki" będą miały okazję zobaczyć pokazy bez licznych turystów i cyknąć wymarzone zdjęcia "sam na sam".

Drugą główną atrakcją jest wodospad Gullfoss, co w wolnym tłumaczeniu oznacza "złote wodospady". To około 10 km jazdy autem od wspomnianych wcześniej atrakcji. Tutaj również przyjeżdża się na okoliczny bezpłatny parking a następnie idzie się kawałek by finalnie zejść z długich drewnianych schodów. Wrażenia i widoki tutaj widoczne są wręcz bezcenne. Wodospad składa się z dwóch kaskad o wysokości 11 i 21 metrów. W każdej sekundzie przepływa tutaj 400 metrów sześciennych wody. Nieprzypadkowo wodospad ten określany jest "królową wodospadów na Islandii" a w rankingach top wodospadów świata zawsze znajdzie się na liście. Widoki rewelacyjne i wierzcie żadne zdjęcie nie odda tego co się tam widzi.

Podróżowanie z małymi dziećmi niesie za sobą oczywiście pewne ograniczenia. W wielu miejscach ale szczególnie tutaj wspólnie z Jolą powchodzilibyśmy na okoliczne skały aby jeszcze bardziej podelektować się tym pięknym wodospadem. Tutaj jednak to nie było możliwe ;-) Daniel - nasz 2,5 podróżnik podczas tego właśnie wyjazdu wszedł w tzw. okres "bunt dwulatka". Nigdzie ale to nigdzie nie dawał się przenieść, złapać za rękę etc. Daniel chciał iść tylko i wyłącznie sam, nawet jeśli trzeba było pokonać długie i wysokie wspomniane schody czy przejść po śliskich skałach w okolicy wodospadu. Jakakolwiek "interwencja" kończyła się rykiem i wrzaskiem który wydawało się był silniejszy od huczącego obok wodospadu. Okoliczni ludzie wykazywali się dużą cierpliwością jednak my czasami kipieliśmy w środku niczym odwiedzony niedawno gejzer. Metody na dobrego rodzica czy nieco bardziej drastyczne (ale nie do przesady oczywiście) zupełnie nie skutkowały. Tak więc "crazy family" miała też swoje słabsze chwile, które jednak są niczym w porównaniu do tego co było nam widzieć :-)

W drodze powrotnej do Reykjaviku zatrzymaliśmy się jeszcze w miejscu Skalholt - siedzibie pierwszego biskupstwa w Islandii założonego w 1056 roku czyli pół wieku po przyjęciu przez Islandczyków chrześcijaństwa. Dzisiaj to mała wioska z nielicznymi domami blisko których znajduje się ciekawy kościół określany mianem "współczesnej katedry". Został on zbudowany w XX wieku w miejsce pierwszego kościoła, który według podań został zbudowany w roku 1000. Ciekawe miejsce na krótki postój.

Blisko tej miejscowości po raz pierwszy zobaczyliśmy domki Elfów - można je z resztą zobaczyć w wielu miejscach w Islandii. Mieszkańcy tej wyspy (i to nie jest jakiś żart) w zdecydowanej większości wierzą w istnienie elfów, krasnoludków czy innych niewidzialnych trolli, które zamieszkują okoliczne skały i pustkowia. Elfy przykładowo znane są z wyjątkowej prywatności oraz specyficznych ubiorów. Krasnoludki są z kolei kapryśne ale prym wiodą zdecydowanie trolle, które są najpotężniejsze ze wszystkich istot. Przykładem jak ważne w życiu Islandczyków są elfy jest fakt (dodajmy jeden z wielu) gdzie sąd wstrzymał budowę drogi z Reykjaviku na półwysep Álftanes. Dlaczego? Otóż sąd uznał, że droga wkraczać może w regiony zamieszkałe przez wspomniane elfy. Nie ma co się jednak dziwić gdyż według oficjalnych statystyk w elfy wierzy uwaga 80% Islandczyków. Dlatego też zrobiliśmy domkom szybkie zdjęcie aby nie przeszkadzać ich lokatorom :-)

Po wyczerpującym dniu i przejechaniu około 300 km wróciliśmy do swojego apartamentu aby w kolejnym dniu nieco odpocząć i oczywiście rozpocząć dzień na stołecznym basenie termalnym :-)

Drugą dużą wycieczką był wyjazd na południe Islandii, która skrywa również niezliczone atrakcje, które stanowią obowiązkowy punkt odwiedzin każdego podróżnika / turysty przybywającego do tego kraju.

Podobnie jak wcześniej można się tu dostać do większości atrakcji jadąc autostradą "1", która biegnie dokładnie dookoła Islandii. Trasa jest długa bo patrząc na odcinek Reykjavik - Jokulsarlon (kry lodowe) do przejechania jest 377 km w jedną stronę. Pocieszające jest jednak to, że cała droga jest wygodna a jedzie się naprawdę bardzo komfortowo.

Pierwsze atrakcje to ponownie wodospady. Tak cała Islandia jest nimi wręcz pokryta. Jadąc do jakiegoś celu widać w oddali liczne wodospady niemal na każdym kroku. To nieprzypadkowo kraj ten jest uważany za jeden z najpiękniejszych na świecie, również pod tym względem.

Pierwszy z nich to Seljalandsfoss widoczny już ze wspomnianej autostrady "1". Tu również nie ma żadnych opłat. Podjeżdża się po prostu na okoliczny parking by delektować się kolejnym cudem natury Islandii. Wodospad ma 60 metrów wysokości a woda spada z wysokiego klifu. Ciekawostką jest ścieżka prowadząca dokładnie za wodospadem (od tyłu). Niecodziennie bowiem można oglądać takie atrakcje z innej perspektywy. Tutaj też przydadzą się wododoodporne kurtki bowiem drobinki wody są niemal wszędzie. Woda bowiem "buzuje" na całego co z kolei może prowadzić do problemów ze sprzętem elektronicznym. Dlatego tutaj robiliśmy zdjęcia i kręciliśmy film na szybko. Trzeba też uważać bo jest ślisko wokół wodospadu a błąd może dość dużo kosztować, patrząc na dość dużą wysokość ;-) Tym razem Daniel miał tzw "kryzys" i był w pełni zadowolony, że tata w tym momencie go niesie na rękach. Świetnie sobie radziła natomiast Laura, która była pod dużym wrażeniem tego potężnego wodospadu.

Drugim wodospadem na naszej trasie był Skogarfoss, który również należy do największych wodospadów Islandii (szerokość 25 metrów i wysokość 60 metrów). Równie ciekawy jak poprzednik. Podobnie dojazd autem jest bardzo wygodny. Pierwsze jednak kroki skierowaliśmy ku malowniczym domkom z typową jak na Islandię trawą na dachu. Takie widoki można zobaczyć całkiem często. To muzeum folkloru położone niemal przy samym wodospadzie. Można więc obie atrakcje połączyć ze sobą. Poniżej wejście do muzeum oraz okoliczny wodospad Skogarfoss

Niemal pod samym wodospadem można rozbić namiot mając do dyspozycji tego typu widok. Fajna sprawa i trochę szkoda, że nie spróbowaliśmy tym bardziej, że pogoda była całkiem ładna jak na Islandię. Skogarfoss można również podziwiać z góry bowiem po prawej stronie prowadzą drewniane schody. Widok ponownie niesamowity.

Południowa część wyspy to również inne atrakcje związane z naturą. Przykładem może być Dyrholaey - niewielki półwysep położony niedaleko miejscowości Vik i Myrdal. Tu bowiem znajdują się niesamowite formacje skalne wychodzące z Oceanu. Jedna z nich posiada charakterystyczny łuk tworzący bardzo ciekawy krajobraz. Tutaj też znajdują się tzw. "czarne plaże", które kilometrami ciągną się wzdłuż tego regionu. Były one niejednokrotnie ujmowane w zestawieniu top 10 najpiękniejszych plaż świata - przy czym jako jedyna nie tropikalna. Warto dodać, że okoliczne klify zamieszkują liczne ptaki, które są pod ochroną ale stanowią niezwykłą atrakcje dla ornitologów.

Jadąc dalsze 211 km autostradą "1" dojeżdża się do Jökulsárlón czyli do "laguny lodowcowej". Powstaje ona z topniejącego lodowca Vatnajökull "http://pl.wikipedia.org/wiki/Vatnaj%C3%B6kull". To jedno z najchętniej odwiedzanych miejsc w Islandii.

Na miejscu można wybrać sobie jedną z firm i popłynąć na krótki rejs (tym razem płatny około 6500 koron islandzkich czyli jakieś 180 PLN / osoby).

Wspomniane miejsca na południu to jedynie wąski wycinek tego co widzieliśmy w tym regionie Islandii. Mimo, że trasa jest długa a my musieliśmy patrzeć również na potrzeby naszych małych podróżników - warta jest zdecydowanie odwiedzenia. Po drodze bowiem krajobrazy rekompensują cały wysiłek włożony w dotarcie do tych atrakcji.

Zanim opowiemy o krótkiej i trochę zwariowanej wycieczce na północ kilka słów o kuchni islandzkiej. Tak jak w wielu innych punktach izolacja geograficzna tego kraju poskutkowała kilkoma "perełkami" kulinarnymi:
 

a) Hákarl - czyli gnijące mięso rekina (do spróbowania tylko dla odważnych). Danie to jednak nie jest zbytnio popularne również wśród Islandczyków ponieważ uważają je za... okropne ;-)

b) Kiviaq - czyli zgniłe algi w foczej skórze produkowane z tego co wiemy na Grenlandii.

c) Powracając do dań nieco normalniejszych wymienić zapewne należy "SKYR" czytany jako "skir". To typowo islandzki produkt. Ponoć był przysmakiem Wikingów a teraz współczesnych Islandczyków. Staje się również bardzo popularny za granicą - szczególnie w USA. Jest produkowany z odtłuszczonego mleka, jest bogaty w białko i witaminy natomiast całkowicie bezpieczny jeśli chodzi o niepotrzebne kalorie. Dzisiejsze sklepy oferują skyry w różnych wersjach smakowych i pojemnościowych. Prawdziwy jednak produkt jest naturalny jednak dla chętnych dostępne są niemal wszystkie wersje smakowe (np. bananowy czy czekoladowy). Produkt ten w smaku przypomina coś pomiędzy serkiem homogenizowanym a jogurtem. Nie jest więc produktem dziwnym o jakimś nietypowym smaku.

d) Tego produktu nie będziemy przedstawiać. Jest on niezwykle popularny również w Islandii od wielu już lat. Dodajmy bardzo.

e) Wieloryby i ptaki Maskonury (ptaszek na zdjęciu ;-) w restauracyjnych menu. Niektóre z reykjavickich restauracji serwują takie "przysmaki". Nie próbowaliśmy bowiem nie śpieszno nam próbować tego typu potrawy. Koszt takiego pełnego menu (do wyboru jak widzicie to niecałe 6000 koron islandzkich czyli jakieś 164 PLN).

Ciekawe jest przy okazji to, że firmy które oferują oglądanie wielorybów na otwartym morzu są przeciwne spożywaniu tych ssaków. Można więc zobaczyć napisy - korzystaj tylko i wyłącznie z restauracji które nie oferują takich produktów. To przykład jak marketing i biznes się łączą. Przecież jakby tak wieloryby stały się jakimś wyjątkowo popularnym przysmakiem w Islandii - to co te firmy by pokazywały ...

f) Przez krótki pobyt można teoretycznie i praktycznie żywić się również fastfoodami. Przykładowa cena małych frytek w centrum stolicy Islandii kosztować nas będzie około 700 koron islandzkich czyli niecałe 20 PLN. Ciekawą opcją jest również Arctic Slider (hamburger rybny), za którego o zgrozo należy dać około 1500 koron czyli jakieś 42 PLN. Dodajmy jest on mały ;-) Fakt - smaczny.

g) Dlatego biorąc wyjątkowo wysokie koszta wyżywienia najczęściej sami przyrządzaliśmy sobie jedzenie w naszym apartamencie. Szczególnie polecana pod względem cen (ich atrakcyjności) jest sieć Bonus z naprawdę wieloma sklepami w Islandii. To taka nasza "Biedronka" gdzie ceny są tylko "ciut" wyższe od tych które znamy w Polsce. To logo więc towarzyszyło nam dosyć często. Daniel z resztą wypatrywał sklepów krzycząc na cały głos " świnka bonus" ;-)

To tutaj właśnie kupowaliśmy wszelkie skyry czy wyśmienite ryby aby później przyrządzić je w naszej kuchni. Tutaj też słyszeliśmy niejednokrotnie polską mowę wśród zatrudnionych pracowników.

Ostatnią dużą podróżą był wyjazd na północ wyspy do miasta Akureyri oraz okolicznych atrakcji. Początkowo zastanawialiśmy się nad lotem z Reykjaviku (tu bowiem jest lotnisko oferujące wewnętrzne loty po wyspie oraz na Grenlandię oraz położone na południu Wyspy Owcze). Cena nas jednak skutecznie odstraszyła. Za lot bowiem w dwie strony należałoby zapłacić min. 2000 PLN za całą rodzinę a do tego należałoby wynająć auto z kolejnym kosztem min. 300 PLN za dzień wynajmu. Poniżej znajdziecie link do przewoźnika, który oferuje takie przeloty:
 
http://www.airiceland.is/

Oprócz samych przelotów można wybrać również opcję "day tour", która polega nam tym, że pasasażer ma zapewniony nie tylko przelot (w trakcie np. 1 dnia) ale również transport do atrakcji i głównych punktów turystycznych. Oczywiście ceny są islandzkie.

Z pewnością ciekawą opcją również dla klientów z większymi możliwościami finansowymi są loty na Grenlandię. Przykładowo opcja lotu w dwie strony z Reykjaviku do miasta Nuuk kosztuje około 700 EUR za osobę. Tak więc bardzo dużo szczególnie, że jak pisałem wcześniej dystans między obiema wyspami nie jest taki duży. Dokładnie między stolicą Islandii a stolicą Grenlandii (autonomiczne terytorium zależne od Danii) jest 1428 km co daje blisko 2 godzinny lot.

Na Grenlandię więc póki co się nie wybieramy. Póki co ;-)

Podobnie zresztą na wspomnianą północ Islandii. Wybraliśmy więc długi dystans samochodem jadąc ze stolicy Islandii blisko 400 km co w praktyce oznacza blisko 5 godzin jazdy. Oczywiście podróżując w ten sposób z maluchami zatrzymywaliśmy się co jakiś czas na krótsze czy dłuższe odpoczynki na okolicznych polanach czy po prostu placach zabaw.

Główne atrakcje jakie chcieliśmy zobaczyć to najpotężniejszy wodospad Europy, prawdziwy potwór - Detifoss, inny ciekawy wodospad Godafoss (wodospad bogów). Warto dodać, że lokalna stolica, którą jest miasto Akureyri jest ważnym portem morskim, z którego pochodzi około 30% zasobów rybnych całej Islandii. Tutejsze okolice oprócz podróżników przyciągają przede wszystkim wulkanologów oraz biologów. Jednym z "okolicznych" czynnych wulkanów jest Krafla, która ostatnio wybuchła w 1984 roku.

Dużym zaskoczeniem w miasteczku Akureyri była pogoda. Patrząc na fakt, że jest ono oddalone jakieś 100 km od koła podbiegunowego - temperatura 18 C może faktycznie zaskakiwać. Ponownie bowiem w Islandii chodziliśmy w krótkim rękawku i to jeszcze na północy wyspy. Panuje w tym miejscu jednak specyficzny mikroklimat powodujący, że nawet w zimie nie jest tutaj jakoś wyjątkowo zimno. Samo miasteczko (18 000 mieszkańców) przedstawia ciekawą często drewnianą architekturę typowo skandynawską. Jest tutaj między innymi uniwersytet oraz ogród botaniczny.

Nasz nocleg zarezerwowaliśmy w typowym gesthousie "Petursborg" znajdującym się nad samym fiordzie w otoczeniu pięknych krajobrazów oraz koni :-) To rodzinny biznes prowadzony przez rodzinę. Wokół biegają więc dzieciaki. Dla nas to był duży plus ponieważ na każdym kroku można było pożyczyć zabawki, poskakać na naprawdę dużej trampolinie (oj Jola szkoda, że nie mam zdjęcia jak skaczesz, he he). Do tego parę zwierząt stanowiło może nie dużą frajdę ale jednak dla naszych dzieciaków: króliki, kury, kot i inne tego typu.

Koszt jednego noclegu (skromny ale czysty i wygodny rodzinny apartament składający się z 2 pokoików) to 577 PLN. Do tego proste ale smaczne śniadanie. Przy okazji bardzo fajni, sympatryczni oraz pomocni właściciele. To od nich dowiedzieliśmy się, że nie możemy jechać zobaczyć wodospad Dettifoss (ten najpotężniejszy w Europie). Oj szkoda bo mocno się na to nastawiliśmy. Poniżej zdjęcie - jednak nie nasze. Niech będzie więc punkt, który pozwoli nam kiedyś jeszcze powrócić do tego pięknego kraju. Tutejsza sceneria posłużyła swoją drogą przy produkcji filmu "Prometeusz" reżysera Ridleya Scotta w 2011 roku.

No właśnie, a dlaczego nam się nie udało tam pojechać, mimo że przejechaliśmy około 400 km? Przyczyną był oddalony całkiem daleko wulkan Bardanbunga, swoją drogą jeden z najpotężniejszych czynnych wulkanów na wyspie. W trakcie naszego pobytu okazało się bowiem, że jest on bardzo bliski erupcji, która spowodować miała czasowy paraliż lotniczy w Europie - dokładnie tak samo jak w 2010 roku - inny wulkan Eyjafjallajökull "http://pl.wikipedia.org/wiki/Eyjafjallaj%C3%B6kull_%28wulkan%29", który ówcześnie spowodował przedłużenie o tydzień naszych wakacji na Mauritiusie. Cześć dróg w tym na wspomniany wodospad Dettifoss była więc zamknięta ponieważ wulkanolodzy ostrzegli, że północ wyspy jest szczególnie narażona na ewentualne skutki wybuchu. Poniżej lokalizacja Bardanbungi - wcale nie tak blisko północy Islandii jak widzicie.

Na dziś tj. 31 sierpnia najwyższy alarm czerwony został jednak odwołany.

Na szczęście mogliśmy natomiast zobaczyć drugi zaplanowany w planach wodospad Godafoss z okolicznymi krajobrazami.

Północ Islandii i okoliczny wydawać by się mogło mroźny Ocean Arktyczny (najmniejszy z Oceanów wliczany czasami jako część Oceanu Atlantyckiego) zadziwił nas pod względem pogody. Wspominamy o tym raz jeszcze bo trafiliśmy wręcz wyśmienicie z pogodą. Nabraliśmy niestety zbyt dużo grubszych rzeczy. Byliśmy pewni, ze kalosze dla dzieciaków to będzie podstawa - a tu nie założyły ich ani razu. Pogoda w Islandii jest ogólnie bardzo zmienna i w trakcie jednego dnia może wielokrotnie przechodzić od słońca po intensywne deszcze. My praktycznie deszczy nie zaznaliśmy co jest naprawdę wyjątkowe jak na tą szerokość geograficzną.

Ostatni dzień spędziliśmy w Reykjaviku "na spokojnie" aby nieco dać dzieciom i sobie odpocząć. Daniel wyspał się na całego, natomiast ja (Dawid) pojeździliśmy po Reykjaviku wynajętym od naszego gospodarza rowerem z przyczepką

Po powrocie nasz Golf przeszedł dokładne szorowanie, czyszczenie i odkurzanie. Otrzymany czysty i wręcz pachnący nowością zamienił się w nieco inne auto po naszych wojażach. Na szczęście udało się przywrócić mu świetność po przejechaniu blisko 1700 km. Przy oddaniu auta w wypożyczalni usłyszeliśmy "OK" :)

Przed oddaniem jednak auta jadąc już na lotnisko w Keflaviku (wylot do Berlina mieliśmy o 0:45) zaliczyliśmy już ostatnią atrakcję tj. "Blue Lagoon" czy z polskiego "Błękitną Lagunę". W otoczeniu naprawdę księżycowych krajobrazów można się wykąpać w najbardziej znanym kąpielisku termalnym w Islandii (około 50 km od stolicy Islandii). To najpopularniejsza atrakcja tego kraju z wizytą około 400 000 gości rocznie. National Geographic umieścił "dymiące baseny o turkusowej wodzie" wśród 25 cudów świata. Tripadvisor natomiast przyznał nagrodę najlepszego SPA w Skandynawii. Woda w lagunie zawiera bowiem tam dużą ilość minerałów, która to z kolei jest naturalnie podgrzewana przez "matkę" Ziemię. Nam się podobało ale definitywnie brakowało nam miejsc przeznaczonych dla dzieci. Fajnie wykąpać się w takim kąpielisku termalnym jednak cena 40 € za osobę dorosłą (dzieci do 13 roku życia gratis) skutecznie ostudziły nasz maga entuzjazm.

Z pewnością warto to miejsce odwiedzić ale definitywnie stwierdzamy, że Islandia ma całą masę bardziej ciekawych miejsc do odwiedzenia. Możecie sobie wyobrazić, że po całym ostatnim dniu oraz gorących kąpielach zasnęliśmy w samolocie niemal natychmiastowo tak by obudzić się w Berlinie o 6:00 rano (dwugodzinna różnica czasu).

Żegnając się z Islandią chcemy powiedzieć, że krajem jesteśmy oczarowani. Natura wręcz powala pod każdym względem czyniąc ten kraj swoistą jeszcze nie do końca odkrytą perełką. Chętnie tutaj wrócimy jednak bardzo wysokie ceny mogą ten proces nieco wydłużyć...

Na sam koniec kilka ciekawostek o Islandii za polskim portalem "islandia.pl"
 
http://www.islandia.org.pl/ciekawostki_islandia.html
 
oraz najlepszy model Joli w trakcie naszego pobytu :)

On bowiem dostał największą ilość "lików" z Joli zdjęć na facebookowej grupie "Iceland - The fotographers paradise". Gratulacje żona

Swoją drogą to niesamowite jak w trakcie 7-8 dni można wykorzystać czas i jak dużo rzeczy zobaczyć. Ten sam tydzień wygląda zupełnie inaczej pracując. Nawet go praktycznie nie zauważamy, tak szybko mija.

Pozdrawiamy serdecznie. Mamy nadzieję, że przybliżyliśmy Wam nieco Islandię.
 
Do następnego razu. Wasza "Crazy Family"
Dawid, Jola, Laura i Daniel.
31.08.2014

PRZEJDŹ DO PRYWATNEJ GALERII ZDJĘĆ
 
PRZEJDŹ DO VIDEO RODZINNEGO
 
PRZEJDŹ DO FILMÓW O ISLANDII Film 1, Film 2