Karaiby o kształcie motyla na dowód osobisty - czyli nasza relacja z Gwadelupy

Sporo czasu minęło od naszych ostatnich wpisów i relacji – trzeba to koniecznie nadrobić!

Rok 2016 był okresem kilku ciekawych wyjazdów, między innymi Dawida i Joli do Hong Kongu ale to w połowie roku zapadła decyzja, że całą rodziną wybierzemy się na Karaiby - tym razem do mimo wszystko mało znanej w Polsce - Gwadelupy, miejsca o kształcie motyla, który stał się symbolem dla tego pięknego miejsca. Poniżej umiejscowienie Gwadelupy wśród licznych karaibskich wysp oraz mapa archipelagu z uwzględnieniem wysp takich jak min. Les Saintes, Marie Galante, które odwiedziliśmy.

Pozwólcie, że Wam nieco o tych wyspach opowiemy bo naprawdę wróciliśmy nimi oczarowani.

Bilety Air France kupiliśmy po cenach promocyjnych choć oczywiście nadal koszt przelotu stanowi bardzo istotną część budżetu na cały wyjazd szczególnie dla rodziny 2+2. Dlaczego Gwadelupa?. Hm - chyba nie ma jednoznacznej odpowiedzi, ale chodziło nam w tym roku aby nasze wakacje (oczywiście wciąż indywidualne) miały miejsce w ciepłym, egzotycznym ale i spokojnym i bezpiecznym miejscu. Chcieliśmy uniknąć dużych miast więc taki archipelag, bo o takowym trzeba mówić w wypadku Gwadelupy - wydawał się z jednym z ciekawszych rozwiązań, tym bardziej i to zdecydowanie podkreślamy brakuje to masowej turystyki i wielkich molochów hotelowych. Do tego doszła ciekawostka i fakt, że jest ona terytorium zamorskim Francji. Kolejnym plusem był fakt, że Gwadelupa jest bardzo różnorodna i nie oferuje tylko i wyłącznie możliwości leżenia na plaży. Wszelkich metod zwiedzania czy podróżowania jest tutaj naprawdę wiele.

Poniżej oficjalna (czyli francuska) oraz nieoficjalna flaga Gwadelupy.

W praktyce więc pomimo, że to daleka karaibska wyspa – jest ona częścią Unii Europejskiej, do której my Polacy możemy lecieć na … na dowód osobisty. Tak, do tego waluta €, francuskie wina i kultura oraz … dla chętnych możliwość pracy i zamieszkania. Byliśmy bardzo ciekawi jak tam jest.

Na początek jednak może kilka suchych faktów:

  • Gwadelupa to departament zamorski Francji w Ameryce Środkowej.

  • Językiem urzędowym jak i w powszechnym użyciu jest więc język francuski, na miejscu dość trudno porozumieć się w języku angielskim. Wśród lokalnej społeczności króluje język kreolski.

  • Ludność, ponad 400 000

  • Archipelag składa się z 8 wysp pochodzenia wulkanicznego z aktywnym szczytem wulkanu La Soufriere (ostatnia niewielkie erupcje wulkaniczne miały miejsce w 1976 zmuszając mieszkańców miasteczka Basse Terre do ewakuacji).

  • Waluta: EUR. Jest tu drogo, czasami drożej niż we Francji choć można sobie swobodnie poradzić samemu gotując i kupując produkty na lokalnych targach.

  • Gwadelupa otoczona jest z jednej strony Morzem Karaibskim a z drugiej Oceanem Atlantyckim (od strony Europy).

  • Klimat podrównikowy wilgotny z dużymi opadami szczególnie w miesiącach sierpień – listopad (okres huraganów oraz burz tropikalnych).

  • Co ciekawe nie ma tu żadnych poważnych chorób czy niebezpiecznych zwierząt (tu nie znajdziemy węży, rekinów czy innych drapieżników etc). Trzeba jak wszędzie w tego typu miejscach uważać na komary – co prawda nie roznoszą malarii ale wirus ZIKA można „załapać” (nawet jeśli w rzeczywistości dla większości z nas nie jest tak groźny jak się może wydawać).

  • Szczepienia więc generalnie nie są potrzebne.

  • Lasy tropikalne stanowią blisko 40% powierzchni Gwadelupy.

  • Zdarzają się trzęsienia ziemi choć na szczęście są małe czy nawet niewyczuwalne.

  • Mieszkańcami są Mulaci, Murzyni oraz Kreole plus oczywiście biali, w zdecydowanej większości z Francji. Bezrobocie jest wysokie. Biali mieszkańcy w dużej części prowadzą własne biznesy najczęściej w obszarze szerokorozumianej turystyki.

  • Główną gałęzią gospodarki jest turystyka.

  • Swoją nazwę Gwadelupa zawdzięcza Kolumbowi, który odkrył ją podczas swojej drugiej wyprawy w 1493 roku nazywając ją „Santa Maria de Guadeloupe de Estremadura”.

Ale dość encyklopedycznych informacji. Czas na relację:

Na Gwadelupę leci się najczęściej z Europy przez Paryż. Nieco problematyczna jest konieczność przesiadki w stolicy Francji z lotniska CDG na Orly. Lecąc co prawda Air France mamy zapewniony bezpłatny autobus między lotniskami ale i tak trzeba odebrać bagaże i niestety stracić dużo czasu. Innego jednak wyjścia nie ma więc trzeba było sobie z tym poradzić. Generalnie sam lot do stolicy Gwadelupy - Pointe a Pitre trwa ponad 8 godzin. Trzeba tutaj dodać, że podobnie jak przy poprzednich naszych długich lotach Laura i Daniel bardzo dobrze sobie radzili.

Mimo "ślimaczego" tempa odbioru bagażu i kolejek na lotnisku Port Caraibes (no już sama nazwa pobudza wyobraźnię) - można było odczuć, że jesteśmy w zupełnie innym świecie. Temperatura, wilgotność powietrza, wyczuwalny "luz" w powietrzu. Tak - to Karaiby!

Na miejscu odebrał nas zamówiony wcześniej kierowca, który zawiózł nas do wynajętego mieszkania w turystycznym miasteczku Saint Francois – niecałe 40 km. Jak się okazało był to Francuz, który rzucił wszystko u siebie i zaczął „wszystko od nowa” mieszkając i pracując na Gwadelupie. Takich jak on jest tu bowiem wielu i na pytanie czy myśli o powrocie uśmiechnął się i dodał, że nie ma zamiaru się z tego raju wyprowadzać.

Przyjechaliśmy fakt zmęczeni ale okazało się, że to wspaniałe miejsce, dosłownie kilka kroków od plaży. Mimo, że nasz apartament nie znajdował się przy samej plaży jak na załączonym zdjęciu apartamentów „Crystal Beach” ale i tak zachwycił nas swoim położeniem w tym ośrodku.

No cóż pierwsza pobudka i to zapewne skutek zmiany czasu odbyła się parę minut po 4 rano. Wszyscy niemal jednym głosem stwierdzili "idziemy na plażę" - nie zważając, że wszyscy okoliczni mieszkańcy śpią smacznie i jest praktycznie ciemno. Na miejscu okazało się, że cała plaża jest dosłownie nasza – zarówno ze względu na czas jak i na ogólny fakt, że plaże na Gwadelupie są niezatłoczone czy w niektórych miejscach zupełnie puste.

Mówiąc jeszcze o naszych pobudkach na Gwadelupie warto zaznaczyć, że każdy poranek zaczynał się głośnymi cykadami "świerszczy" oraz "śpiewem ptaków".

Przez pierwsze 2-3 dni praktycznie poznawaliśmy nasze otoczenie a przede wszystkim miasteczko, w którym mieszkaliśmy - Saint Francois. Bardzo nam się tam podobało. Przede wszystkim oferowało ono karaibski koloryt i mix egzotyki wraz z połączeniem europejskiej kultury oczywiście z francuskimi korzeniami. Jednym z częściej odwiedzanych miejsc należała Marina, na której można było zobaczyć piękne jachty. To tutaj lokalne w lokalnych restauracjach można było zjeść langustę, wypić rum (oj tak z tego słynie Gwadelupa!) czy skosztować jakiś rajskich owoców. Dla chętnych w okolicy było również pole golfowe.

W najbliższym otoczeniu Mariny można było zakosztować sportów wodnych czy po prosu poleniuchować na jednej z wielu otaczających plaż. Wszelkiego rodzaju małe szkółki windsurfingu, kitesurfingu można zobaczyć praktycznie na każdym kroku.

A że Gwadelupa jest istnym rajem dla osób kochających tego typu sporty można zobaczyć na filmie jednej z tych szkół, do których przyjeżdżają ludzie spragnieni szaleństw na fal.

Nie ukrywamy, że zazdrościmy i to bardzo tym wszystkim, którzy czasem specjalnie po to tu przyjeżdżają by poszaleć na falach. Może kiedyś :)

Nie dane mam było zakosztować sportów wodnych ale jakże ciekawy powiew egzotyki można było odczuć na lokalnym targu, który można znaleźć praktycznie w każdym większym mieście „Gwada” (często stosowany skrót od Gwadelupy). To tu można było kupić kreolskie jakże smaczne potrawy, posmakować karaibskie przyprawy czy kupić 30% procentowy „punch” na bazie rumu z pestkami tropikalnych owoców w przeróżnych wersjach smakowych i kolorystycznych.

Będąc w Saint Francois koniecznie jednak trzeba też odwiedzić targ rybny i zobaczyć jak wyglądają codzienne obowiązki rybaków wypływających w te bogate i egzotyczne dla nas wody. Koloryt ryb, ich kształt, wielkie langusty powodowały nie tylko nasz zachwyt ale również zdziwienie. Ciekawe było również zobaczyć jak zręcznie rybacy radzą sobie z nimi i jak wygląda lokalny handel. Daniel na sam widok naprawdę dużej langusty stwierdził tylko jaki to wielki paskudny robal :)

Podczas pierwszego tygodnia odwiedziliśmy wiele ciekawych miejsc. Jednym z nich jest "Pointe des Chateaux". Przeglądając wcześniej informacje o atrakcjach Gwadelupy wielokrotnie to miejsce było wspominane, że jest w top 3 a niektóre przewodniki mówią, że to jest tzw. "must see". To miejsce, które odwiedza corocznie około 500 000 osób. Niby zwykłe a jak się jest na miejscu to naprawdę może się podobać.

Wracając po drodze odwiedziliśmy wiele ciekawych miejsc oraz dość nietypową galerię z lokalnymi pamiątkami jednak ich ceny przyprawiały o zawrót głowy. Zdarzały się tam nawet unikaty za kilka tysięcy EUR więc tym razem sobie odpuściliśmy. Nie zmienia to faktu, że samo miejsce był bardzo klimatyczne i ciekawe.

Warto dodać, że Gwadelupa to zdecydowanie rekomendowane miejsce aby podróżować autem. Tutejsze drogi i ogólnie infrastruktura pozwala bardzo dobrze radzić sobie za kółkiem. Królują auta francuskie ale pewnym zaskoczeniem była duża ilość Dacii. W sumie to marka należąca do Renault więc to oczywiste ale wcześniej myśląc o Karaibach jakoś byśmy na to nie wpadli. Osób, które decydują się na przyjazd na Gwadelupę bez auta jest raczej mało. Można liczyć na lokalną komunikację autobusową z tym, że na przystankach nie ma rozkładów jazdy. Dla tutejszych to nie problem ale dla niecierpliwego Europejczyka czy Amerykanina może to być utrudnienie. I to właśnie niestety pokazuje różnice kulturowe. Tu bowiem na Karaibach wszystko odbywa się powoli, leniwie i można powiedzieć, że na wszystko jest czas. Nie widać ludzi pędzących, śpieszących się gdzieś czy denerwujących. Widząc to człowiek zaczyna się zastanawiać czy pęd, stres i przede wszystkim tempo, w którym żyjemy jest tym czego powinniśmy się trzymać (tu serdecznie pozdrawiamy takich jak my tj. jak mówi Jola "Skorporaciałych":)). A tak bardziej na poważnie to tu widać, że ludzie żyją i czerpią radość z życia. To tak wygląda zarówno wśród tych, którzy się tu przeprowadzili i świadomie zmienili swój styl życia ale również wśród tubylców. Wizyta w takim miejscu jak Gwadelupa składania do pewnych refleksji.

Powróćmy jednak do naszej relacji w aspekcie podróżniczym. Zdecydowanie miasteczkami wartymi odwiedzenia są Sainte Anne oraz Le Gosier. W obu znajdziemy typowe atrakcje turystyczne, wspaniałe plaże i wiele niezwykłych miejsc.

W tym pierwszym zdecydowanie króluje co prawda popularna ale również wspaniała plaża La Caravelle. Tu przychodziliśmy bardzo często bo czuć tu niesamowity karaibski klimat. Co ciekawe w pobliżu jest jeden z nielicznych typowych hoteli Club Med - ale uwaga na Gwadelupie wszystkie plaże są ogólnodostępne. Nie ma więc sytuacji takich aby hotel miał swoją plażę prywatną.

Tak w wielu miejscach wygląda kolor wody. Ponownie "na żywo" mieszający się odcień błękitu i turkusu sprawia, że można to podziwiać naprawdę godzinami. Wspólnie z Jolą stwierdziliśmy, że takiego koloru nie widzieliśmy w żadnym innym miejscu na świecie czy to w Azji czy w Australii.

Pierwszy tydzień naszego pobytu przypadł na Święta Bożego Narodzenia. Pierwszy raz dane nam było spędzać ten wyjątkowy czas w tropikach. I fakt atmosfera w Polsce możemy śmiało powiedzieć jest niepowtarzalna ale też święta na plaży są niezwykłym przeżyciem.

Ciekawą choć nieco inną wycieczką był wyjazd do 28 tysięcznej stolicy Gwadelupy Pointe a Pitre położonej nad Morzem Karaibskim.

Mimo, że miasto nie jest duże widać było, że jest inne od wcześniej przedstawianych. Posiadało wiele ciekawych miejsc jednak można było tutaj odczuć drugą stronę Gwadelupy - pamiętające odległą świetność budynki czy wiele malowideł ulicznych nawiązujących do czarnych korzeni tego miejsca.

Z pewnością miejscem, które jest tutaj odwiedzane jest Katedra Świętego Piotra i Pawła zbudowana 1807 roku. W najbliższej okolicy znajduje się targ kwiatów.

Pointe a Pitre jest nie tylko miejscem gdzie przylatują samoloty na Gwadelupę. Jakieś 10 minut piechotą od katedry jest port, do którego przypływają potężne statki, tzw. "wycieczkowce" przywożące kilka tysięcy turystów. Mimo, że ten sposób podróżowania też nieco znamy to możemy powiedzieć, że wizyta na Gwadelupie a tym bardziej w stolicy na parę godzin jest kompletnym nieporozumieniem. Zbyt dużo się traci nie mając możliwości zobaczenia tych wszystkich atrakcji w sercu tego archipelagu.

Wracając odwiedziliśmy główny La Place de la Victoire (Plac Zwycięstwa) z historią sięgającą 1764 roku oraz targ, na którym kupiliśmy przywiezione do Polski punch’e, o których wcześniej mówiliśmy.

Wracając do Saint Francois mieliśmy świadomość, że kończy się nasz pierwszy tydzień podczas którego objechaliśmy sporą część wyspy. Teraz bowiem w planie była Basse Terre zupełnie inna część głównej wyspy Gwadelupy.

Po opuszczeniu naszego mieszkania pojechaliśmy w kierunku północnej części Basse Terre nie mając zarezerwowanego noclegu. Byliśmy spokojni patrząc na nasze dotychczasowe doświadczenia. I tu się pomyliliśmy – jak to mówią człowiek uczy się na błędach. Nasza wizyta bowiem miała miejsce w okresie Bożego Narodzenia i okazało się, że wszystko – a sprawdzaliśmy naprawdę wiele opcji jest zarezerwowane. Ale po kolei. Dojeżdżając do Basse Terre – miasta o tej samej nazwie co część wyspy mijaliśmy i odwiedzaliśmy kilka atrakcji turystycznych o widokach nie wspominając: ogród botaniczny w Deshaies czy „La Maison Du Cacao” – czyli dom kakao, w którym można było zobaczyć ziarna kakaowe, poznać nieco proces i lepiej zrozumieć skąd tak naprawdę bierze się czekolada.

No cóż jako osoba pracująca w branży czekoladowej mogę jedynie powiedzieć, że ciekawie było zobaczyć rosnące ziarna kakaowe choć daleko było temu miejscu do typowych plantacji z Afryki Zachodniej (głównie Wybrzeże Kości Słoniowej, Ghana) skąd zaopatruje się głównie Europa.

Gdy przyjechaliśmy do miasta Basse Terre było już praktycznie ciemno a my nadal nie mieliśmy żadnego noclegu. Po głowie chodziło nam spanie w naszym Clio choć wiadomo, że szczególnie w 4 osoby to niezbyt dobre rozwiązanie. Jadąc przez centrum zobaczyliśmy McDonald’s (tak też ich jest tutaj kilka) gdzie zdecydowaliśmy się pójść licząc na Internet, z którym na Gwadelupie jest różnie. Niestety i tutaj okazało się, że sieci brakuje a my nadal nie mamy rozwiązania. Ratując się przy mocno zmęczonych już dzieciach zapytaliśmy siedzącą obok czarnoskórą parę o pomoc. Jak się okazało byli bardzo chętni nam pomóc. Po pierwsze sprawdzili a potem jeszcze z nami pojechali kilka kilometrów załatwiając dla nas hostel. Było to bardzo miłe z ich strony bo w sumie nie musieli tego robić. Tym bardziej, że okazało się jeszcze, że po klucze do 4 osobowego pokoju trzeba jechać do właścicielki, która mieszka na drugim końcu Basse Terre. I oni znów pojechali. Kurcze super i pokazuje jak lokalni ludzie potrafią pomóc w tego typu sytuacjach. Nie mając za bardzo nic pod ręką oprócz wielokrotnego "Merci" i rozmów łamanym językiem francuskim (o angielskim trzeba zupełnie zapomnieć) daliśmy breloczki "Poland", które kupiliśmy tuż przed wyjazdem. Ucieszyli się i po wzajemnej wymianie zdań, trochę śmiechu pożegnaliśmy się z nimi. Nie znamy ich imion ani namiarów ale tak bardzo nam pomogli wtedy i za to jesteśmy im bardzo wdzięczni. Tą jedną noc mieszkaliśmy więc w hotelu gdzie mieszkali "lokalisi" - choć jego cena wcale nie była tak niska (kilkadziesiąt EUR). Standard, co cóż też był specyficzny ale co tam liczyło się, że mamy gdzie spać. Nawet wielki karaluch w kuchni nas nie zniechęcił. Z drugiej jednak strony widok na morze wciąż mieliśmy więc co tu narzekać.

Potem udało nam się zarezerwować bez booking.com kilka noclegów w tej części wyspy. Wybraliśmy tzw. "Gites" czyli coś w rodzaju domku letniskowego, z tym że zazwyczaj z ciekawym widokiem na morze.

To miejsce jednak zapamiętamy zupełnie z innego powodu. Jednym z właścicieli był Kreol, który pasjonował się swoim ogrodem. Byliśmy nawet zdziwieni jak niemal "na siłę" porwał nas aby pokazywać swoje rośliny. Na początku to był dla nas tylko ogród ale jak zaczął opowiadać (nawet jeśli po francusku) o wszystkich kwiatach i owocach to musimy powiedzieć, że nas to bardzo zainteresowało. To była prawdziwa pasja. Pokazywał nam na przykład roślinę, której po dotknięciu natychmiast zamyka swoje małe listki. Inne z kolei ja te poniżej są barwnikiem wykorzystywanym w kuchni.

Inne rośliny, owoce czy kwiaty naprawdę wyglądały zjawiskowo w tym tropikalnym raju. Jola z Danielem mieli jeden dzień aby im się dobrze przypatrzeć podczas gdy my z Laurą zdobywaliśmy wulkan - ale o tym za chwilę.

Poniżej z kolei rosnące często na Gwadelupie banany. Zwróćcie uwagę, że ich kiście są chronione poprzez umieszczenie ich w workach.

W tym samym czasie wspólnie z Laurą wybraliśmy się aby zdobywać okoliczny wulkan i do tego aktywny - La Soufriere. Można bowiem na niego wejść. Jest to jedna z okolicznych atrakcji, które będąc w części Basse Terre po prostu trzeba zaliczyć.

Guadeloupe volcano peak from Dawid Dwernicki on Vimeo.

Do pewnego momentu można podjechać samochodem choć zdobycie wolnego miejsca graniczy z cudem. Najlepiej wybrać się tam z samego rana lub w okolicy 12-13 godziny, kiedy to schodzą poranne grupy. Samo wejście i zejście trwa około 3,5 h idąc całkiem energicznie. Warto dodać, że wejście możliwe jest również dla dzieci ale w pełni samodzielnych. Maluchy takie jak Daniel, nawet 5 letnie miałyby tam zbyt ciężko. Wspinaczkę można określić jako średnio ciężką oczywiście dla osób, które z tego typu aktywnościami mają ograniczony kontakt. Laura na samym początku tak pewnie wystartowała, że po jakiejś godzinie miałem już serdecznie dosyć nie wspominając o zadyszce przy ciągłym wspinaniu się. Potem już było tylko lepiej tym bardziej, że temperatura znacznie malała i zaczynało się robić wręcz chłodno. Śliskie kamienie i lekki deszcz z pewnością nie ułatwiały sprawy. Konieczne jest bowiem zabranie na tą wspinaczkę kurtki przeciwdeszczowej i butów z twardą, chropowatą podeszwą. O zgrozo okazało się w aucie tuż po przyjeździe, że moja kurtka została w naszym domku. Wspinając się więc miałem okazję zmarznąć na całego będąc na Karaibach. To co się jednak działo na samym szczycie doprowadziło do tego, że Laura chciała schodzić możliwie najszybciej. Nie dość, że dość intensywnie było czuć siarką to było tak zimno, że ledwo mogliśmy wytrzymać tym bardziej, że wiatr był naprawdę bardzo silny. Na tyle, że trudno było nam utrzymać polską flagę, którą rozwinęliśmy na znak naszego zwycięstwa po wspólnej wspinaczce.

Mimo, że widok tego dnia był znacznie ograniczony przez chmury i mgłę na szczycie byliśmy bardzo zadowoleni. Tego dnia z Laurą szybko zasnęliśmy.

Dwa dni później zdecydowaliśmy się na całodzienną wycieczkę na Le Saintes, wyspy znajdujące się na południe od zwiedzanego wtedy Basse Terre. Wyspy słyną z urokliwego piękna i wspaniałych widoków. Płynie się tam z min. z miasta Trois Riviere i po kilkudziesięciu minutach dociera do portu. Fakt, na miejscu bardzo nam się podobało. Jest mocno klimatycznie i czuć tu wyjątkowo karaibski luz. Mnóstwo tu małych uliczek, kolorowych chatek oraz sklepów z pamiątkami. Ciekawostką może być fakt, że rdzennymi mieszkańcami wysp są również osoby o jasnej karnacji i niebieskich oczach. To potomkowie Anglików, którzy tutaj kiedyś przybyli. Dodatkowo jakże nasze duże było zdziwienie gdy na jednej ze wzgórz obiegły nas kozy. To już było wszystko co trzeba bowiem Laura (no dobra my wszyscy jesteśmy pasjonatami wszelkich zwierzaków). Spędziliśmy tam dużo czasu a dzieciaki miały frajdę na całego.

Tutejsza zatoka określana jest w wielu rankingach jaka jedno z najpiękniejszych na świecie. Możemy się z tym z pewnością zgodzić.

To właśnie również na Les Saintes zobaczyć można przedstawiciela tutejszej fauny czyli iguany, które wygrzewają się na piasku lub wchodzą szybko na okoliczne drzewa. Oczywiście na pierwszy rzut oka można się przestraszyć (niektóre są dość duże) ale tak naprawdę nie są w ogóle niebezpieczne. Zdarza się ponoć jednak, że wścibscy turyści chcący zrobić zdjęcia z kilku centymetrów otrzymują solidny cios ogonem. Robią niezłe wrażenie tym bardziej jak spoglądasz w górę na drzewo a okazuje się, że siedzi tam taki okaz. Kilka razy tak mieliśmy ale po jakimś czasie można już do nich przywyknąć :)

Wracając z Les Saintes do Trois Riviere i później autem odwiedziliśmy jeszcze kilka ciekawych miejsc, które z pewnością pozostaną nam w pamięci. Naszym ostatnim miejscem była ponownie Grand Terre oraz Saint Francois gdzie mieliśmy wynajęty apartament w ośrodku przy plaży Anse de Rocher. Jak się okazało całkiem blisko względem poprzedniego w tej lokalizacji. Wielkim atutem był duży basen, z którego Laura i Daniel korzystali po kilka razy dziennie.

Na sam koniec pobytu skorzystaliśmy z możliwości odwiedzenia kolejnej wyspy - Marie Galante. Jako, że Gwadelupa jest bardzo różnorodna tak i ta wyspa jest inna od pozostałych. Zdecydowanie najbardziej rolnicza i dziewicza. Nie dość, że na Gwadelupie czas płynie wolno to tutaj praktycznie się zatrzymał. Co ciekawe zaraz po dopłynięciu (godzina od Saint Francois) można wynająć samochód i praktycznie objechać wyspę w ciągu 2-3 godzin. Ma w sumie 158 km2 więc szybko można ją objechać.

Zaskakująco wygląda wypożyczalnia samochodów - ta po prawej u góry. Otwiera się ona i zamyka na chwilę przed wypłynięciem lub przypłynięciem statku. To trochę komiczne bo parę chwil jak statku już nie ma - drzwi zostają zamknięte i na skuterku właściciel odjeżdża by za parę godzin ponownie na chwilę wrócić odbierając klucze. To jest biznes!

Marie Galante często nazywana jest wyspą stu wiatraków (przetwarzały cukier trzcinowy)

... ale tak naprawdę jednym produktem "must have" jest tutejszy rum sięgający blisko 60% zawartości alkoholu. Spotkaliśmy się również z pojęciem, że tutejszy rum należy do jednych z najlepszych na świecie. Do dzisiaj zresztą można zobaczyć tu jego wytwarzanie w tradycyjnych destylarniach.

Marie Galante jako wyspa rolnicza oferuje przy okazji możliwość spotkania wielu zwierząt czasami nawet takich dobrze nam znanych ale i w tym wypadku szczególnie Laura była przeszczęśliwa i za każdym razem musiał być obowiązkowy postój w naszej wycieczce dookoła wyspy.

Sama wyspa może nie jest jakoś wyjątkowo ciekawa (choć oczywiście każdy szuka czegoś innego) ale jest coś co nas zupełnie powaliło. To tutejsze dziewicze, długie na kilka kilometrów dodajmy puste plaże. Już trochę miejsc na świecie odwiedziliśmy ale kolor morza jaki tutaj widzieliśmy był wręcz nieprawdopodobny. Nie mogliśmy wręcz uwierzyć bo zawsze myśleliśmy, że podobne kolory są możliwe jedynie dzięki photoshopowi. A jednak nie, to jest możliwe na Karaibach, na Marie Galante. Dodajmy tylko, że żadne zdjęcie tego zupełnie nie oddaje. To po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy.

Po powrocie z Marie Galante został nam ostatni dzień pobytu (tak tak wyobraźnia o powrocie dawała się we znaki ;-)

Te ostatnie chwile oczywiście też spożytkowaliśmy bardzo miło tym bardziej, że samolot do Paryża mieliśmy o godzinie 21.

Odwiedziliśmy między innymi wodospad „Casade aux Ecrevisses” w Parku Narodowym w części Basse Terre z… naprawdę zimną wodą. Na tyle, że mimo dużej ilości osób raptem kilka się zdecydowało.

...szkółkę konną, tutaj Laura wpadła w zachwyt mając kontakt z tymi zwierzakami na co dzień. Do tego ta sceneria.

...ale kilka ostatnich godzin przed wylotem spędziliśmy na kolejnej również nie znanej nam wcześniej plaży w Basse Terre. Dodajmy niemal pustej.

Te właśnie wszystkie wspomnienia zostały z nami kiedy lądowaliśmy w Warszawie 6.01.17 parę dni po Sylwestrze spędzonym na plaży (szczególnie tym o czasie europejskim bo później nasze dzieci smacznie zasnęły a my razem z nimi). Na miejscu po wcześniejszych 30 stopniowych upałach przywitał nas śnieg i mróz z temperaturą - 15 C. Różnica wynosiła więc aż 45 stopni. Ciężko było przywyknąć do tego wstając po ciemku do pracy. Ale to już zupełnie inna historia.

Na tym będziemy powoli kończyć dziękując tym wszystkim, którzy dotrwali do końca. Jako, że to początek roku to Życzymy Wam zdrowia i spełnienia marzeń, również tych podróżniczych.

I jeszcze jedno. TAK, Gwadelupa to wspaniałe miejsce na wakacje z dziećmi. A na tym nam zależało najbardziej.

Jak zawsze Wasza Crazy Family. Krapkowice 31.01.2017

Ps. See you soon :)

Ps2 Tak, przyznajemy się czasami nam palma odbijała - to już nieoficjalnie poza relacją ;-)

Wkrótce galeria fotografii.
 
PRZEJDŹ DO VIDEO RODZINNEGO
 
do góry


PRZEJDŹ DO STRONY GŁÓWNEJ