AZJA 2013
TYDZIEŃ 6 i 7: LANGKAWI & PENANG (MALEZJA), TOKIO (JAPONIA)

Wróciliśmy więc do naszego ulubionego AB Motel na malezyjskiej Langkawi i domku na plaży, w którym wcześniej mieszkaliśmy. Do Tajlandii jechaliśmy tylko z jednym, ale jak pamiętacie ciężkim plecakiem. Drugi oraz zakupiona na Bali maska drewniana przeczekały spokojnie na tutejszej recepcji. Ponownie więc byliśmy na plaży Cenang, którą tak bardzo polubiliśmy, również poprzez poznanych tu ludzi. O nich z resztą nieco więcej w tej relacji, bo nasze wspomnienia z nimi się właśnie łączą.

Laura wracając uściskała swoje ulubione kotki ("Tiger" oraz "Snowhite"). Faktycznie są one hotelową atrakcją dla przyjeżdżających tutaj dzieciaków. Laura jednak zdecydowanie przejęła rolę przewodnią w opiece i karmieniu tych zwierzaków ;-)

Mieszkając w naszym domku, z resztą o dobrze znanej nam nazwie "A4" poznaliśmy całą masę przesympatycznych ludzi. Warto o tym znowu wspomnieć. Malezja bowiem jak już wcześniej pisaliśmy jest krajem wielokulturowym. Najliczniejszą grupę stanowią Malajowie, których jest ok. 60%, następnie Chińczycy ok. 25% i Hindusi ok. 8%. Łączna populacja Malezji to 29 mln mieszkańców.

Tak więc w jednym kraju spotyka się kilka religii, z których islam jest dominujący. Tak ciekawe połączenie różnych kultur było również jednym z powodów poświęcenia Malezji największej ilości czasu biorąc pod uwagę cały nasz 7 tygodniowy azjatycki wyjazd. Na co dzień więc widzimy muzułmanki ubrane w tradycyjne chusty, kupujemy w sklepie u Chińczyka a jedziemy taxi z Hindusem. Tak w wielkim skrócie życie tutaj wygląda. Wszyscy zgodnie ze sobą żyją w jednym kraju co czyni go jednym z najchętniej odwiedzanych na świecie. Ciekawe jest to, że każda z nacji / kultur ma swoje święta - dlatego więc wszyscy w tym czasie w Malezji mają wtedy wolne. Chiński Nowy Rok, muzułmański Hari Raya czy Boże Narodzenie - nawet jak jesteś innego wyznania to masz wolne w tym czasie. Znakomicie to mogliśmy zobaczyć podczas końcówki ramadanu ale o tym nieco później.

Na Langkawi poznaliśmy zdecydowanie najwięcej ludzi. Bardzo miło wspominamy młodych chłopaków z Chin, którzy mieszali w domku obok. Jak niemal wszyscy (i naprawdę bez wyjątku) wręcz rewelacyjnie odnosili się do dzieci a już szczególnie do Daniela. Codziennie też malowali obrazy plaży Cenang, na której byliśmy. Któregoś też dnia chciałem jeden z nich kupić aby mieć pamiątkę z widokiem z naszego hotelu. Ciekawe jest to, że żaden z nich absolutnie nic a nic nie mówił po angielsku (spotkaliśmy się z tym pierwszy raz). Nasza komunikacja więc była nieco zabawna bo poprzez tłumacza w ich komórce. W ten sposób też otrzymaliśmy odpowiedź na prośbę o podanie ceny za wspomniany obraz: "specially for you" (specjalnie dla was). Tak więc otrzymaliśmy obraz gratis. Oczywiście nie mówimy tutaj o jakimś arcydziele. To w ogóle nie o to chodzi. Będzie nam przypominał sympatycznych sąsiadów i Langkawi.

Miłe wspomnienia łączymy też ze studentem z Libii, który studiuje aktualnie w Malezji. Wielokrotnie łapał naszego "uciekającego" na hotelową recepcję Daniela :) Zawsze było z tym wiele śmiechu pomimo, że nam rodzicom czasem nie było łatwo gonić uciekiniera po raz kolejny i kolejny ;-)

Będziemy to podkreślać wielokrotnie. Takiego kontaktu z dziećmi i podejścia do nich naprawdę nie spodziewaliśmy się przed wyjazdem. Ludzie są wręcz nimi zachwyceni. Machają do nich, posyłają „buziaki”, robią sobie zdjęcia etc etc. Z drugiej jednak strony nie jest przekroczona granica nachalności, tak więc odbieramy to bardzo pozytywnie. Daniel więc na każdym kroku i codziennie staje się małą atrakcją zarówno dla Malezyjczyków jak i turystów z innych, dla nas wciąż egzotycznych krajów.

Na Langkawi planowaliśmy być ponownie jedynie kilka dni. Pomimo, że wyspa szczególnie przypadła nam do gustu chcieliśmy około 8 sierpnia wyjechać na Penang, wyspę (Malezja) oddaloną o blisko 3 godziny płynąc promem. Nie wzięliśmy jednak pod uwagę, że okres ten to końcówka ramadanu czyli okresu, kiedy muzułmanie po długim poszczeniu celebrują święto "Hari Raya".

W trakcie dwóch dni tego święta większość sklepów jest zamknięta, widać pięknie poubieranych ludzi (przykładowo panowie zakładają satynowe stroje). Na moje pytanie na temat tego święta dostałem krótką i rzeczową odpowiedź "Wy macie Boże Narodzenie, my mamy Hari Raya". Okres ten rozpoczyna również późniejsze wakacje szkolne. Dlatego też zdecydowana większość Malezyjczyków wyjeżdża poza dom. W konsekwencji tego planowany przez nas zakup biletów na prom na Penang, po prostu nie był możliwy. Okazało się, że pierwsze wolne miejsca są na 12 sierpnia więc na dwa dni przed zaplanowanym wylotem do Tokio.

Podczas Hari Raya nasza szeroka plaża zaczęła się zdecydowanie bardziej zapełniać ludźmi niż było to wcześniej. Daniel, Laura ale i my mieliśmy też więcej okazji do zapoznania się z Malezyjczykami.

9 lipca (tak więc nadal w trakcie "Hari Raya") zdecydowaliśmy się na krótką wycieczkę w okolicę zwiedzanego poprzednio "Eagle Square", przy którym znajduje się wielki pomnik orła (symbol Langkawi), ciekawy park "Legenda Langkawi" (tu też małpy skaczą po drzewach) czy przystań promowa z której płynie się do Tajlandii czy inne miejsca w Malezji. Po drodze zobaczyliśmy największy meczet na Langkawi "Al Hana", w którym akurat odbywały się modlitwy świąteczne

Odwiedziliśmy również znany już nam również plac zabaw. Poprzednio Laura i Daniel bawili się sami. Tym razem było zupełnie inaczej. Wokół widać było mnóstwo dzieci i biesiadujące rodziny.

Po gorącym dniu wybraliśmy się do okolicznego centrum handlowego aby się ochłodzić (klima, napoje etc). Na szczęście było otwarte. Przywitał nas jednak napis spotykany w ostatnie dni bardzo często tj. "Selemat Hari Raya", co w wielkim skrócie możemy przetłumaczyć jako "wesołych świąt".

Podczas drobnych zakupów jak już to wielokrotnie miało miejsce wcześniej Daniel zwrócił uwagę pań ubranych w tradycyjne muzułmańskie chusty. Tym bardziej, że miały ze sobą dziewczynkę w dokładnie tym samym wieku. Jak przy tego rodzaju sytuacjach zaczęła się pogawędka w stylu "skąd jesteście" etc. Miło przegadaliśmy kilka chwil po czym padła propozycja odwiedzenia ich domu. Jak stwierdziły świętują z całą rodziną "Hari Raya". Propozycją byliśmy nieco zaskoczeni jednak po krótkiej chwili z chęcią się zdecydowaliśmy. Nigdy bowiem wcześniej nie mieliśmy okazji gościć w domu muzułmanów i do tego w czasie ich święta.

Sam dom znajdował się w okolicznej wiosce niedaleko Kuah, największego miasta Langkawi. Na początku poznaliśmy ojca całej rodziny a później liczną pozostałą rodzinę. Trzeba wspomnieć, że byli dla nas niesamowicie bardzo serdeczni. Częstowali nas swoimi przysmakami, miło rozmawialiśmy na różne tematy. Okazało się przy okazji, że cała rodzina zajmuje się zawodowo produkcją filmów video często na zlecenie różnych organizacji. Większość to filmy poświęcone Langkawi. Poniżej możecie zobaczyć trzy z nich ( na you tube wpiszcie "Langkawi Story"). Bardzo przypadły nam do gustu.

http://www.youtube.com/watch?v=YlU0z8J4kFI
http://www.youtube.com/watch?v=zni8HlkpM6s
http://www.youtube.com/watch?v=WTBe89kwfEk

Kobiety również zajmują się produkcją kosmetyków, w tym różnego rodzaju maseczek. Poza tym rodzina pasjonuje się szachami stąd też na półkach liczne trofea zdobyte w lokalnych konkursach. Poznaliśmy więc bardzo wszechstronną i utalentowaną rodzinę.

Na koniec tego miłego i niezaplanowanego spotkania zrobiliśmy sobie wszyscy zdjęcia. Potem odwieźli nas jeszcze kilkanaście kilometrów na naszego "AB Motel"

Do czasu wypłynięcia promem na Penang w dniu 12.08 oddaliśmy się różnym szaleństwom związanym głównie z plażowaniem. Tym bardziej typowym i tym nieco mniej :)

Co ciekawe odkryliśmy również polskie "ślady" na Langkawi ;-)

W ostatnim dniu na Langkawi zrobiliśmy sobie jednak prawdziwą wyżerkę tropikalnymi owocami. Można tu pozazdrościć ludziom, że mają takie smakołyki.

No i przyszedł czas pożegnania z naszym Langkawi. Pakowanie do plecaków, ponowne wyrzucenie zbędnych ciuchów (już nieco zużytych) aby nie dźwigać dużych kilogramów. AB motel mieliśmy opuścić do godziny 15 i pozostało nam jeszcze 2h. Co w takiej sytuacji robi crazy family ??? - idzie polatać na parasailingu Koszt takiego latania balonem ciągniętym na linie po morzu przez motorówkę to 100 ringitów, czyli 100 PLN. Nam się udało wynegocjować taką samą kwotę ale dla dwóch osób a dokładnie dla 2 pań. Sam lot trwał około 10 minut wokół niedaleko położonej od nas plaży. Było to prawdziwe przeżycie nie tylko dla Joli ale przede wszystkim dla Laury. Jak pamiętacie kocha ona wszelkie rollercoastery i tym podobne ale tego typu atrakcję miała pierwszy raz. Mimo, że nie każdy zdecydowałby się na parasailing to Laura pomimo swoich już blisko 7 lat - nie miała żadnych wątpliwości. Bardzo, ale to bardzo chciała zobaczyć jak to jest. Dodajmy, że tego typu lot odbywa się z osobą z obsługi. Trochę nas to uspokoiło.

Na sam koniec arcyciekawych lotów mieliśmy okazję spotkać młodą parę ubraną w tradycyjne stroje. Oczywiście złożyliśmy im życzenia oraz zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie.

Po wszystkich tych atrakcjach powróciliśmy do AB motel, wzięliśmy plecaki i definitywnie pożegnaliśmy się z naszą plażą Cenang.

Potem pojechaliśmy taxi na terminal promowy - dokładnie ten sam, z którego płynęliśmy na tajską wyspę Koh Lipe.

Prom na malezyjską wyspę Penang płynął niecałe 3 godziny. Dosyć długo patrząc na dzieci. Udało nam się znaleźć, jak się wydawało całkiem niezłe miejsca. Niestety w tym miejscu wiała klima tak mocno, że wręcz było zimno i nieprzyjemnie. Podróż stała się więc dodatkowo trudna. Po jakimś czasie zdecydowaliśmy się na wyjście na pokład (mimo naprawdę dużej ilości ludzi) gdzie nieco się ogrzaliśmy. Na szczęście nie bujało aż tak bardzo więc Jola była w stanie jakoś tą podróż przetrwać. Laura miała z kolei frajdę jak zobaczyła jak nasz prom pędzi po wodach Morza Andamańskiego.

Na wyspę Penang dotarliśmy około 20.00 godziny. Odprawa, bagaże i dojazd do hotelu spowodował, że we wcześniej zarezerwowanym hotelu byliśmy jakieś 1,5 godziny później. Pierwsze chwile na wyspie pokazały, że to zupełnie inne miejsce w stosunku do Langkawi. Tu widzieliśmy duży ruch uliczny charakterystyczny dla miast oraz wysokie wieżowce mieszkalne. Georgetown bowiem to typowe gwarne miasto ze wszystkimi plusami i minusami z tym związanymi. Potwierdziło się jednak to, że na Penang nie znajdziemy relaksu i spokoju typowego dla Langkawi.

Na zwiedzanie Penangu został nam więc jeden cały dzień - 13.08. Bardzo mało tym bardziej, że czuliśmy się nieco zmęczeni po długim poprzednim dniu. Zdecydowaliśmy się więc na wynajęcie taxi na cały dzień aby objechać największe atrakcje wyspy zamieszkałej dodajmy przez 1,5 mln ludzi. Ponownie jak na poprzedniej wyspie zapłaciliśmy 200 ringitów, mając kierowcę jednocześnie za przewodnika. Odwiedziliśmy kilka ciekawych miejsc:

  • Świątynię Śpiącego Buddy z trzecim największym posągiem tego typu na świecie. Pełno złoceń, kolorów i zdobień wszelkiego rodzaju wspólnie z modlącymi się wyznawcami buddyzmu powodowało niesamowitą atmosferę

  • Znajdującą się dokładnie naprzeciw świątyni śpiącego buddy - birmańską świątynię buddyjską z wieloma również bardzo ciekawymi miejscami kultu

  • Farmę motyli znajdującą się na północy wyspy z kilkoma tysiącami okazów

  • Snake Temple - czyli świątynię, w której znajdują się żywe węże. Jak podają różne źródła jest to najprawdopodobniej Jedyne miejsce tego typu na świecie. Na miejscu zrobiliśmy sobie również pamiątkowe zdjęcie z wężami oplecionymi wokół naszych gardeł. Niestety nie możemy się nim podzielić bo otrzymaliśmy zdjęcie wydrukowane. Ciekawe przeżycie. Fakt jest taki, że węże nie są wcale śliskie ;-)

  • Buddyjską potężną świątynię Kek Lok Si - ponoć jedną z największą w Azji Południowo - Wschodniej. Została ona wybudowana w 1910 roku z datków chińskich elit. Dzisiaj stanowi jedną z największych atrakcji Penangu.

  • Na koniec dnia udaliśmy się do typowego centrum handlowego po zakupy szczególnie dla Daniela (słoiczki etc). Ponownie przekonaliśmy się, że wybór wszelkich towarów jest niesamowicie bogaty. Kusiły przeróżne rzeczy ale będąc już nieco zmęczonym zdecydowaliśmy się na szybki posiłek w knajpce chińskiej oraz… na kupienie tornistra dla Laury ;-) Tak, tak jak pamiętacie bowiem nasza kochana córeczka rozpoczyna od września edukację w 1 klasie podstawowej. Przed wyjazdem rozważaliśmy kupno jakiegoś oryginalnego tornistra z naszej wyprawy, który będzie dla niej stanowił również dodatkową pamiątkę. Do tego wszystkiego w kolejnym dniu tj. 14.08 Laura obchodziła swoje 7 urodziny. Jak zobaczyliśmy sklep z tornistrami i mundurkami dla uczniów w Malezji wiedzieliśmy, że z czymś wyjdziemy ;-) Laura bowiem napaliła się niesamowicie na jeden z tornistrów, swoją drogą bardzo ładny. Zapłaciliśmy 200 PLN nie zwracając uwagi, że to kolejna i kolejna torba do naszego dźwigania pozostałych maneli. Byliśmy jednak zadowoleni bo Laura dostała prezent urodzinowy jaki jej się marzył.

    Wróciliśmy do hotelu wieczorem jednak na tyle wcześnie aby spokojnie spakować się na kolejny mocno lotniczy dzień Penang - Kuala Lumpur - Tokio. Cały dzień zakończyłby się naprawdę bardzo dobrze gdyby nie nagła temperatura Daniela. Mocno się przestraszyliśmy bo faktycznie w jednym momencie poczuł się on bardzo źle. Na szybko zmierzyliśmy temperaturę i okazało się, że ma powyżej 38 stopni. Był późny wieczór a jutro od samego rana mieliśmy wsiadać w samolot. Sytuacja kiepska tym bardziej, że Daniel coraz gorzej wyglądał. Na szczęście mieliśmy ze sobą całą torbę lekarstw, które wykorzystaliśmy pierwszy raz podczas naszego wyjazdu. Po jakimś czasie Daniel zasnął a temperatura wyraźnie zmalała. Mieliśmy jednak nadal dużego stresa wiedząc jak ciężki mamy kolejny dzień. Tym bardziej, że nie za bardzo mogliśmy odpuścić sobie lot do Tokio bo z tego miasta bowiem mieliśmy później wracać do Europy. Noc na szczęście przebiegła spokojnie bez żadnych większych komplikacji.

    Na drugi dzień Daniel wyglądał znacznie lepiej. Temperatura wróciła do normy. Z samego rana, kiedy pojawiliśmy się na lotnisku na Penangu zaczął nam tradycyjnie uciekać i cieszyć się na całego. Wyglądało, że jest ok i najgorsze za nami.

    Ten dzień tj. 14.08 to również 7 urodziny Laury, które odbywały się w mocno nietypowych okolicznościach. Dwa przeloty z Penangu do stolicy malezyjskiej Kuala Lumpur oraz później do Tokio spowodowały brak możliwości typowego świętowania. Obiecaliśmy jednak Laurze, że po powrocie zrobimy jej prawdziwe zaległe party z dziećmi. Tymczasem na lotnisku Jola znalazła sklep z tortami. Kupiła świeczki i na zewnątrz zaśpiewaliśmy "sto lat" oraz "happy birthday" Nie mogliśmy tego zrobić na samym lotnisku bowiem zaraz po zapaleniu świeczek zraszacze nieźle polałyby nas wodą, nie wspominając o późniejszych kłopotach i ewentualnych tłumaczeniach ;-) Szkoda, że nie widzieliście min okolicznych ludzi. Takiego show chyba jeszcze nie widzieli. No cóż ale przecież Laura miała 7 urodziny!

    Sam lot z Penang do Kuala Lumpur przebiegł bardzo sprawnie i w przeciągu niecałej godziny byliśmy na miejscu. Daniel czuł się dobrze choć nie wyglądał na w pełni zdrowego. Po wylądowaniu okazało się, że lotnisko na które przylecieliśmy jest inne niż nasz wylot do Tokio. Na naszym bilecie lotniczym był bowiem błąd z nazwą lotniska. Na szczęście nie był to jakiś duży problem bowiem z międzynarodowego lotniska w Kuala Lumpur (KUL) jeździ systematycznie autobus na lotnisko KLCC - będące tak naprawdę jego low costowym odpowiednikiem. Stąd bowiem lata słynny tani przewoźnik uznawany za najlepszą tanią linię lotniczą - Air Asia. Fakt nasz bilet w jedną stronę z KL do Tokio dla całej 4 osobowej rodziny kosztował nas jedyne 1300 PLN. Warto zauważyć, że to ponad 6 godzinny lot.

    Samo lotnisko znacznie różni się od swojego międzynarodowego odpowiednika gdzie wszystko jest czyste, schludne i poukładane. Tu owszem znajdują się też sklepy i restauracje jednak cały terminal przypomina nieco duży dworzec PKS z naszego lokalnego podwórka. Za takie jednak ceny nie mamy nic przeciwko tym bardziej, że za podobny bilet tradycyjny zapłacilibyśmy grube kilka tysięcy złotych. Tokio w innych więc okolicznościach nie wchodziłoby w ogóle w grę.

    Przed lotem zrobiliśmy sobie już nieco tradycyjne zdjęcie z charakterystycznie pomalowanym na czerwono samolotem linii Air Asia.

    Wszystko podczas lotu przebiegało zgodnie z oczekiwaniami. Warto podkreślić, że podczas takiego low costowego lotu nie otrzymuje się żadnego posiłku darmowego. Jak ktoś chce zjeść to musi albo wcześniej wykupić jakiś zestaw na stronie Air Asia lub ewentualnie zakupić na pokładzie samolotu. To nas jednak nie martwiło zupełnie. Niestety jednak Daniel dostał ponownie gorączkę po jakiejś 3 godzinie lotu. Wyglądał na bardzo osłabionego. Zaczęliśmy się denerwować na całego bo nie wiedzieliśmy co się dzieje. Dodatkowo przed nami było jeszcze dodatkowe 3 godziny lotu i późniejszy długi dojazd do wynajętego apartamentu na obrzeżach Tokio. Obsługa samolotu zmierzyła Danielowi temperaturę i ponownie okazało się, że przekroczyła ona ponad 38 stopni. Sytuacja była więc nieciekawa. Podobnie jak dzień wcześniej Jola zaaplikowała Danielowi lekarstwa, które na szczęście zaczęły działać obniżając temperaturę. Przy tym wszystkim Daniel pił na całego butlę za butlą. Po pewnym czasie zwymiotował na całego... Wydawało się, że jesteśmy w poważnych tarapatach. Po tym wszystkim jednak dosłownie w jednym momencie temperatura zupełnie ustała a Daniel spokojnie już zasnął. Na szczęście był to ostatni raz, kiedy miał temperaturę.

    Po przylocie na lotnisko Haneda (tokijskie lowcostowe lotnisko) stosowne służby miały nakierowane na wszystkich przybywających pasażerów sprzęt z daleka mierzący temperaturę ciała. Zapewne bowiem gdy dany delikwent ma zbyt wysoką temperaturę przechodzi jakąś kwarantannę czy coś podobnego. My z Danielem nie mieliśmy żadnego problemu ponieważ temperatura zupełnie wróciła do normy. Gdybyśmy jednak wylądowali 2 godziny wcześniej to z pewnością oprócz samego kłopotu ze zdrowiem Daniela mielibyśmy spotkanie z funkcjonariuszami japońskiej służby granicznej.

    Samo lotnisko pokazało nam, że jesteśmy w Kraju Kwitnącej Wiśni. Typowe automaty na napoje, czystość i nawet miły zapach świadczyły o tym, że to Japonia. Do tego wizyta w toalecie i tamtejsze elektroniczne wersje obmywania czy suszenia (pozostawmy szczegóły wyobraźni ;-)

    Po typowej odprawie i wypełnieniu formalności znaleźliśmy miejsce skąd odjeżdżają autobusy do naszej miejscowości (tokijska aglomeracja ale znacznie poza centrum). Pierwsze wrażenie to niesamowity porządek i czystość. Do tego kierowcy biegający aby zdążyć co do minuty. Faktycznie bowiem jak zegar elektroniczny pokazywał konkretną godzinę odjazdu to nie było żadnego spóźnienia. Do tego po peronie chodził człowiek pomagający podróżnym. Nieco zabawne jak wyciągał mikrofon z kieszeni i poprzez wszystkie okoliczne głośniki informował o kolejnych busach. Oczywiście po japońsku.

    Była 1.30 godzina w nocy. Byliśmy już zmęczeni. Daniel po niedawnym śnie był z nas najbardziej "na chodzie". Wyglądał dobrze, cieszył się i na szczęście wyglądał na zdrowego. Po jakiejś godzinie jazdy dotarliśmy do miasteczka Funabashi skąd mieliśmy już tylko wziąć taxi do apartamentu. Ucieszyliśmy się jak na dworcu zobaczyliśmy ciąg długich taksówek, swoją drogą czyściutkich i lśniących z daleka. Podszedłem do pierwszej z nich i podałem adres apartamentu. Kierowca spojrzał i wydał coś na kształt długiego japońskiego ryknięcia "ooooooooooooooooooooooo" Spojrzał na mnie i przez jakieś 2 minuty coś mówił po japońsku. Starałem się wytłumaczyć, że nie mówię w ich języku na wszelkie sposoby - po angielsku bowiem nie mówił ani słowa. Po tym wszystkim kierowca... po japońsku zaczął mi zadawać pytania. No fajnie - pogadaliśmy sobie na całego... Ostatecznie nie zabraliśmy się z nim bo chyba nie wiedział gdzie ten adres się znajduje. Wspominałem, żeby sprawdził na swoim GPSie ale jakoś nie załapał o co chodzi. Trochę na tą sytuację dostaliśmy dużych oczu. W końcu trzecia taksówka z bardzo miłą panią zapakowała nas w poszukiwaniu jakże oczekiwanego apartamentu. Podczas około 20 minutowej jazdy pani przez cały czas do nas mówiła po japońsku nie zważając, że nic a nic nie kumamy. Dziwne uczucie. Chcieliśmy jednak dotrzeć jak najszybciej aby położyć dzieci do łóżek. W końcu dotarliśmy w najbliższą okolicę. Pani taksówkarka wyłączyła taksometr i zaczęła przemierzać okoliczne uliczki. Po pewnej chwili ... uff w końcu jesteśmy... Wygląda, że to nasz dom, w którym mamy wynajęty samodzielny apartament, a w zasadzie dwa. Zapłaciliśmy jakieś 2500 jenów (jakieś 80 PLN) za taxi i udaliśmy się by... spróbować otworzyć nasze lokum.

    Na miejscu bowiem nie było właściciela i zostawił nam długą instrukcję jak otworzyć mieszkanka. W skrzynce pod drzwiami wejściowymi znajdowało się specjalne urządzenie do wbijania kodu. Potem skrzyneczka otworzyła się by pokazać kluczyki do dwóch niezależnych apartamentów. Ciekawe ćwiczenie z otwieraniem mieszkania ale nie po tak długim locie i dojeździe mając w świadomości wcześniejsze problemy zdrowotne Daniela. W końcu jednak się udało. Weszliśmy i naszym oczom ukazał się mikro naprawdę pokoik z mikro kuchenką i mikro łazienką. Tak typowo po japońsku bo jak zapewne wiecie w Japonii króluje totalny minimalizm. Jako, że byliśmy w czwórkę właściciel zaproponował nam bardzo podobny apartamencik naprzeciw. Zdecydowaliśmy się, że będziemy wszyscy spać razem, natomiast wszystkie graty typu wózek etc będziemy trzymać w tym drugim mieszkanku. Po obudzeniu zjedliśmy małe śniadanie w nowych dla nas mikro warunkach. Dodajmy, że osoba mająca klaustrofobię mogłaby się poczuć nieswojo ;-)

    Warto wspomnieć, że w mini łazience znajdowała się mini wanna, zupełnie inna od tej, do których przywykliśmy w Europie. Dorosły człowiek musiał usiąść i zgiąć nogi aby móc się w niej wykąpać. Jola zażartowała nawet, że nasza łazienka jest podobna do tych w samolocie

Skąd jednak taki wybór? Daleko od centrum, mikro przestrzeń i do tego... brak Internetu (w Japonii !) Łączna cena naszych dwóch małych mieszkanek to 140 PLN za dobę. To bardzo mało bowiem za jakiekolwiek inne podobne lokum zlokalizowane bliżej centrum Tokio musielibyśmy zapłacić grube kilkaset złotych za dobę. Jak to zawsze bywa coś za coś. To nasz budżetowy wyjazd więc nie mogliśmy sobie pozwolić na coś droższego.

Po przebudzeniu okazało się, że ... mam temperaturę (Dawid). Najwyraźniej coś nas dopadło z Danielem. On na szczęście był zupełnie zdrowy i standardowo rozrabiał. Ja natomiast czułem się kiepsko i mocno zmęczony. Ta krótka choroba trwała krótko bo praktycznie wieczorem czułem się zupełnie dobrze.

Mimo, że nie czułem się najlepiej zdecydowałem się na krótki spacer po okolicy z Jolą i dziećmi. Nasza okolica to typowo tokijsko-prowincjonalna dzielnica czy raczej miasteczko. Okoliczne domki były bardzo zadbane a okolica była bardzo spokojna, zamieszkała jedynie przez Japończyków. No i tu zaczęły się pierwsze zaskoczenia.

Na jakiekolwiek "hello" czy próbę zagadania nikt zupełnie nie odpowiadał. Zdarzały nam się przypadki, że ludzie wręcz nas omijali jak widzieli, że chcemy o coś zapytać. Dziwna reakcja zupełnie nam nie znana tym bardziej, że wcześniej przez kilka tygodni spotykaliśmy się z niesamowitą otwartością spotykanych ludzi. Tutaj było widać, że jesteśmy w zupełnie innym kraju o innych zwyczajach. Do tego wszystkiego nikt ale to nikt w pierwszym dniu nie był w stanie wypowiedzieć słowa po angielsku. Być może tak trafiliśmy ale faktycznie znajomość języków obcych wśród Japończyków jest bardzo ale to bardzo słaba, żeby nie powiedzieć na zupełnie zerowym poziomie. Po tych dziwnych doświadczeniach udaliśmy się na naszą stację Yokuendai, skąd odjeżdżała kolejka w stronę centrum Tokio. No i tu ponowna załamka. Wszystko ale to wszystko w języku japońskim. Poprosiliśmy w okienku mapę - owszem otrzymaliśmy ale po ... japońsku, która nam nic ale to nic nie mówiła.

Po pierwszym dniu mieliśmy serdecznie dosyć wszystkiego. Brak możliwości komunikowania się z ludźmi, brak Internetu i... brak komórek. W Malezji bowiem zepsuła nam się ładowarka i nie mieliśmy czym podładować naszych telefonów. Oczywiście w okolicy wypełnionej sklepami z napisami japońskimi nie znaleźliśmy żadnego punktu sprzedającego ładowarki. Tak więc po pierwszym dniu, dodajmy będąc w Japonii byliśmy zupełnie odcięci od świata. Brzmi to absurdalnie ale tak było.

To co nas zupełnie jednak zaskoczyło to zupełny brak komunikacji z ludźmi (często młodymi). Na hasło "Internet", "Internet cafe", "wi-fi" robili wielkie oczy i było widać, że zupełnie nie wiedzą o co chodzi. Być może to ponownie kwestia językowa ale na całym świecie nie mieliśmy ani razu tego typu problemów. W Malezji czy Indonezji na tego typu zapytania od razu ktoś wskazałby kierunek jak tam dojść. Tu nie wiedząc czemu tak nie było. Duże zaskoczenie ponieważ tego typu sytuacji szukając różnych rzeczy mieliśmy kilka.

Potężną różnicę kulturową widać było nawet podczas zwykłej wizyty w lokalnym McDonaldzie. Tutaj bowiem po zakupie frytek Daniel pobiegł w stronę pani czytającej jakąś książę (swoją drogą czytanie w Japonii jest bardzo popularne i widzi się mnóstwo osób z książkami). Zaczął przy tym głośno gaworzyć po swojemu i uśmiechać się do niej. W podobnej sytuacji w poprzednich odwiedzanych krajach zostałby obcałowany na całego. Tu pani nawet nie spojrzała na niego nie mówiąc o jakimkolwiek kontakcie z małym uśmiechającym się do niej dzieckiem. Dziwne, wprawiło nas to w osłupienie mając zupełnie inne doświadczenia. Nie chcemy mówić, że to coś złego, ale z pewnością ten brak emocji w kontakcie z ludźmi - nas Europejczyków może nieco szokować w Japonii.

Wracając do Internetu. Po długich poszukiwaniach udało nam się dotrzeć do kafejki w mieście Tsudanuma (2 przystanki kolejką od naszego apartamentu, wciąż aglomeracja tokijska). Po wejściu okazało się, że faktycznie na sali znajduje się cała masa zamykanych boksów z komputerami. Podszedłem więc i poprosiłem o godzinę (mówiąc po angielsku a później starając się przekazać to na migi). W odpowiedzi usłyszałem kilka zdań po japońsku. Po idiotycznej wymianie zdań i próbie komunikacji wspomniana osoba wpadła na pomysł aby przetłumaczyć nam na ekranie to co mówi. Naszym oczom ukazał się komunikat "przepraszamy ale kafejka przeznaczona jest jedynie dla Japończyków". Po tak długich poszukiwaniach wbiło nas w podłogę... Wyszliśmy wręcz z niedowierzeniem. No cóż. Później na szczęcie w tej samej miejscowości udało nam się znaleźć kafejkę, z której mogliśmy korzystać bez żadnych problemów. Nie ominęły nas jednak problemy z komunikacją. Ponownie zero angielskiego i na podawanie informacji, że chcemy 1h (na wszelkie sposoby) obsługa robiła wielkie oczy. Już nas to nie dziwiło bo do tej pory każda reakcja czy zdarzenie wprawiało nas w totalne osłupienie. Po kilku minutowych tłumaczeniach załapali, że chodzi mi o 60 minut i chcę "pogooglować". Tak naprawdę chodziło o info do naszych rodzin, że dotarliśmy na miejsce i jest wszystko ok.

Na nasze szczęście późniejsze dni pokazały nam znacznie lepszą twarz Tokio i samej Japonii. Poznaliśmy się na pociągach i całej komunikacji, udało nam się wydrukować mapkę komunikacyjną po angielsku!!

Na większych stacjach podchodzili do nas ludzie z pytaniami czy nam pomóc (i to w języku angielskim !). Można śmiało stwierdzić, że zaczęliśmy się nieco odnajdować w tym egzotycznym i do tej pory bardzo dziwnym dla nas świecie.

Samo Tokio powala swoją wielkością. Nic dziwnego bowiem to największa aglomeracja świata licząca... uwaga ... 35 mln mieszkańców. Nie jest to pomyłka, to prawie tyle samo ile liczy sobie Polska. Aż trudno uwierzyć. Cała z kolei Japonia liczy sobie ponad 127 mln mieszkańców. Stolica kraju kwitnącej wiśni położona jest nad Oceanem Spokojnym na największej z japońskich wysp - Honsiu.

Na zwiedzanie Tokio mieliśmy zaledwie 5 dni tak więc na dalsze zapuszczanie się nie było żadnych szans, chcieliśmy lepiej poznać tutejsze atrakcje.

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od poznaniu kilku ciekawych dzielnic Tokio: Shinjuku, Harajaku oraz Shibuya:

  • Shinjuku to dzielnica tokijskich drapaczy chmur. To tu znajdują się siedziby wielu znanych firm. Tu też w większej ilości można spotkać cudzoziemców, którzy pracują w okolicy. Jako ciekawostkę można podać, że tutejszy dworzec ma obłożenie na poziomie 3,5 mln pasażerów, przez co jest najbardziej obleganym dworcem na świecie.

  • Harajaku to tokijska dzielnica mody. To tu też spotkamy "harajaku girls" jakże typowe i charakterystyczne dla Japonii. Od poniedziałku do piątku tutejsza młodzież chodzi do szkoły w mundurkach by na weekend ubrać się w coś zupełnie, ale to zupełnie odmiennego. Robi to duże wrażenie.

Jako ciekawostkę można podać, że stacja Harajaku była główną stacją wioski olimpijskiej w 1964 roku. W dzielnicy tej byliśmy też świadkami odbywającego się festiwalu hip hopowego. Spędziliśmy tu fajnie czas słuchając muzyki ale przede wszystkim podziwiając występy różnych grup tanecznych.

  • Shibuya - tokijska dzielnica o charakterze handlowym i rozrywkowym. Szczególnie robi wrażenie wieczorem i w nocy, kiedy kolorowe neony i telebimy atakują na całego. Widać tu wielki świat. To nic dziwnego bowiem tutaj też swoje siedziby mają takie firmy jak Coca Cola Japan, Amway Japan, Glaxo Smith Kline czy Microsoft Japan. Sama dzielnica przypomina nowojorski Times Square z całą masą przeróżnych reklam. Największą jednak atrakcją jest słynne skrzyżowanie, jedno z najbardziej zatłoczonych na świecie tzw. shibuya crossing.

Podczas naszego zwiedzania Tokio co jakiś czas można również zauważyć panie ale i panów ubranych w tradycyjne stroje japońskie. Kimono łączy się więc z nowoczesnością. Do stroju tego noszone są drewniane buty nieco przypominające tradycyjne klapki. Z pewnością dodaje to kolorytu japońskim ulicom.

Mówiąc o japońskiej stolicy z pewnością nie należy zapomnieć o dwóch charakterystycznych wieżach tj. Tokyo Tower oraz Sky Tree. Pierwsza z nich jest wierną kopią... wieży Eiffla w Paryżu. Jedyna różnica to jej nieco większa wysokość o 13 metrów w stosunku do swojej francuskiej odpowiedniczki. Tokyo Tower liczy sobie 333 metry i ma charakter wieży telewizyjno-radiowej, z której przy okazji można podziwiać tokijskie krajobrazy.

My jednak mając nieco ograniczony czas zdecydowaliśmy się na drugą wieżę. Dlaczego? Odpowiedź jest bardzo prosta. To najwyższa wieża na świecie! posiadająca 634 metry tak więc blisko dwa razy więcej niż Tokyo Tower. Gdyby nie dubajski budynek Burj Khalifa (829m) była by również najwyższą budowlą na świecie. Wieża faktycznie robi niesamowite wrażenie.

Poniżej najwyższe wieże świata (źródło wikipedia)

Jej uroczyste otwarcie miało miejsce całkiem niedawno bowiem 22 maja 2012 roku.

Widok przeogromnego Tokio ze Sky Tree jest niesamowity.

Każde również widoczne miejsce można sobie powiększyć na specjalnych ekranach.

Oprócz wszystkich budynków i charakterystycznych miejsc w japońskiej stolicy widać również świętą górę Fuji (3776m). Bilety na wieżę kosztują dla dorosłych odpowiednio 2000 jenów na wysokość 350m (65 PLN) oraz 1000 jenów na wysokość 450m (32 PLN). Całkiem więc znośnie. Na koniec warto wspomnieć, że budowa najwyższej wieży świata kosztowała jedyne 800 mln dolarów.

Skoro jesteśmy przy pieniążkach to warto wspomnieć o kosztach życia w Japonii oczywiście jedynie na podstawie naszych doświadczeń w trakcie zaledwie tych kilku dni. Generalnie uważa się kraj a szczególnie już Tokio za niesamowicie drogie. Być może tak jest ale my tego nie odczuliśmy. Tak jak wspomniałem wcześniej znaleźliśmy tanie mieszkanie (fakt daleko i małe no ale co z tego). Ceny w sklepach spożywczych były w niektórych przypadkach zbliżone do naszych w polsce. Robiąc więc rozważnie zakupy nie dostawaliśmy palpitacji serca z powodu wydanych pieniędzy. Kilka razy kupiliśmy sobie ryby w marketach do usmażenia. No są wspaniałe, tutaj Japonii bardzo ale to bardzo zazdrościmy. Kilka sztuk smakowitej ryby kosztowało nas na przeliczenie około 15 PLN. Kolejnym przykładem mogą być wspomniane wcześniej napoje z automatów. Taka butelka wody mineralnej, zielonej herbaty czy coca coli kształtuje się na poziomie około 100-150 jenów co daje na przeliczenie około 3-5 PLN. Nieco drożej ale bez przesady.

Również inne artykuły jak najbardziej są w zasięgu turysty z ograniczonym portfelem. Jak się chce zaoszczędzić to zdecydowanie się da.

Kolejną atrakcją Tokio jest świątynia Sensoi zbudowana w 645 roku. Została jednak ona zburzona podczas nalotów w 1945 roku by ponownie ją odbudować w 1953 roku.

Jedną z najbardziej charakterystyczną rzeczą w Japonii są wszechobecne salony gry. Są one niemal na każdym kroku. Grają w nich młodzi i naprawdę wiekowi Japończycy. Naprawdę zadziwia popularność tak licznych salonów dodajmy często wielopiętrowych. Odwiedziliśmy jedynie kilka z nich i to głównie w części przeznaczonych dla dzieci i młodzieży.

Do niektórych bowiem jak najpopularniejsza gra w Japonii "Pachinko" wpuszani są jedynie dorośli. Gra ta jest pewnym połączeniem bilarda oraz flipperów. Metalowe kulki opadają w różne kieszenie na pionowej tablicy. Takich tego typu podobnych gier w Japonii jest cała masa. W każdym lokalu można spotkać często tłumy ludzi. Zapewne to jakiegoś rodzaju odreagowanie ciężkiego dnia pracy. Ilość salonów gier i ich niebywała popularność bardzo nas zaskoczyła.

Ostatnią atrakcją jaką tym razem wspólnie z Laurą zobaczyliśmy były super szybkie pociągi Shinkansen. Osiągają one prędkość do 405 km/h i są w ścisłej czołówce najszybszych pociągów świata. Wszystkie główne miasta Japonii są połączone siecią takich pociągów. My mieliśmy okazję podziwiać je na stacji Tokio. Być może kiedyś się nimi przejedziemy.

Z samym Tokio żegnaliśmy się mając na uwadze jeszcze kilka atrakcji, na które nie starczyło nam po prostu czasu szczególnie mając na uwadze podróżowanie z dziećmi. Japonia z pewnością może szokować. Po kilku jednak dniach zaczyna fascynować i sami stwierdzamy, że ta odmienna kultura jest arcyciekawa.

Mamy też w świadomości, że jedynie z grubsza poznaliśmy Japonię bowiem wiele atrakcji znajduje się poza japońską stolicą, przykładowo najpiękniejsze miasto Kioto.

Nasz bezpośredni lot do Monachium trwał 12 godzin. Lecieliśmy liniami Lufthansa i tym samym możemy jedynie wspomnieć, że wszystko czego doświadczyliśmy było na najwyższym poziomie. Obsługa, jedzenie etc - naprawdę byliśmy bardzo zadowoleni. Podróż minęła nam więc bardzo przyjemnie i zaskakująco szybko. W Monachium przenocowaliśmy w lotniskowym Holiday Inn. Oj standard europejski - ta czystość, śnieżnobiała pościel – aż nam się buzie uśmiechnęły. W ten bowiem sposób kończymy nasze niezwykłe 7 tygodniowe rodzinne wakacje w Azji podczas których min:

  • Odwiedziliśmy 5 krajów: Singapur, Malezję, Indonezję, Tajlandię i Japonię pokonując łącznie około 31 000 km podczas całej naszej wyprawy;

  • Lecieliśmy 8 samolotami (w tym największym na świecie A388), płynęliśmy promami, jechaliśmy autobusami, jechaliśmy pociągiem a przede wszystkim przeszliśmy naprawdę wiele wiele kilometrów.

  • Zwiedziliśmy 3 potężne metropolie świata: Singapur, Kuala Lumpur oraz Tokio;

  • Poznaliśmy znacznie lepiej religie hinduską, muzułmańską oraz buddyjską

  • Spotkaliśmy niesamowitych ludzi różnych nacji i kultur;

  • Odwiedziliśmy jakże ciekawe wyspy: Bali, Langkawi, Penang, Koh Lipe kąpiąc się we ciepłych morzach poznając przy okazji bogatą rafę koralową;

  • Zrobiliśmy kilkaset zdjęć oraz nakręciliśmy ponad 10 godzin filmów;

  • Zdarliśmy kilka par butów, które już z nami nie powróciły, podobnie zresztą jak zużyte ubrania. Nie wrócił również z nami plecak, który nie wytrzymał trudu podróży - o z grozo pożyczony ;-)

Podróżowanie z dziećmi szczególnie małymi i do tego w takie zakątki świata nie będziemy rekomendować każdemu. Wielokrotnie dostawaliśmy w kość a pot lał się na całego, kiedy trzeba było dźwigać Daniela czy nawet Laurę, która opadła z sił. To jednak jedynie mały element tego wyjazdu. Wspólnie bowiem jako rodzina przeżyliśmy niesamowitą przygodę i to właśnie jest bezcenne. Na nasze szczęście spotkaliśmy jedynie przyjaznych nam ludzi. To z pewnością była jedna z najciekawszych wypraw rodzinnych jakie dotąd mieliśmy. Ta najciekawsza bowiem ciągle jest przed nami.

Chcielibyśmy na sam koniec podziękować wszystkim, którzy w różny sposób pomogli nam zrealizować ten wyjazd. Bez Was nie byłoby to możliwe. Podziękowania również dla naszych czytelników za śledzenie naszych losów podczas ostatnich 7 tygodni. Obiecujemy opisać kolejny ciekawy wyjazd. Teraz jednak pozwólcie, że nacieszymy się powrotem do domu. Jak tu z resztą pięknie!

Ps. Poza tym zawiesiliśmy na ścianie w salonie naszą dużą balijską maskę.

PRZEJDŹ DO GALERII Azja 2013 tydzień 6 i 7: LANGKAWI & PENANG (MALEZJA), TOKIO (JAPONIA)

do góry