AZJA 2013
TYDZIEŃ 5: WYSPA KOH LIPE (POŁUDNIE TAJLANDII)
RAJ UTRACONY...

W tej części opiszemy tajską wyspę Koh Lipe, tak jak wspominałem wcześniej określaną mianem "Malediwów Tajlandii". Spośród 500 wysp tego kraju ona właśnie bardzo często znajduje się w top 10 jako warta odwiedzenia. Główną jej zaletą jest jak się czyta kameralność, wyjątkowa atomsfera, brak ruchu samochodowego, piękne widoki, przejrzysta woda, wspaniałe rafy koralowe itd. Do tego wszystkiego sielskie klimaty, brak nocnych głośnych i długich imprez. Taki mały i cichy "paradise"...

Wyspa o długości 3 km jest częścią Morskiego Parku Narodowego Turatao. Przypomnę tylko, że położona ona jest na samym południu Tajlandii, niedaleko granicy z Malezją. Wielu twierdzi, że warto ją tylko odwiedzić jak najszybciej zanim nie zostanie "zadeptana" przez masową turystykę. W naszym wypadku dochodził jeszcze fakt, że nasza wizyta przypadała na niski sezon, kiedy to jest zdecydowanie mniej turystów niż podczas innych miesięcy.

W poprzedniej relacji pokazaliśmy Wam jaki jest potencjał tej małej wysepki. Piękny widok z naszego hotelu będziemy długo pamiętać...


Rafy koralowe znajdujące się tuż przy brzegu dają możliwość snorkelowania (nurkowanie z maską i rurką) praktycznie od samej plaży. Faktycznie po wejściu zaledwie do wody można oglądać wspaniałe i kolorowe ryby niczym w akwarium. Ci co nurkują mogą wybrać się nieco dalej i oglądać różne cuda Morza Andamańskiego. Ofert i przeróżnych możliwości jest bowiem bardzo dużo.

Lokalnymi mieszkańcami wyspy są cyganie morscy a dokładnie jak się ich ocenia "Chao Lay". Żyją oni głównie z połowów ryb oraz świadczeniu przeróżnych usług turystycznych. Najczęściej są to przewozy charakterystycznymi łodziami, które już znacie z poprzedniej relacji oraz wielu folderów reklamujących Tajlandię.


Przejażdżka taką łodzią kosztuje wcale nie tak mało. Generalnie cygani morscy słabo mówią po angielsku i o co by się nie zapytać to wszystko kosztuje "one thousent" czyli mniej więcej 100 PLN. Dlatego przed każdą wycieczką należy dobrze postarać się wynegocjować cenę choć z racji problemów językowych nie jest to łatwe. Oczywiście wszystko zależy też gdzie i na jak długo chemy popłynąć. Kilkugodzinne wypłynięcia na okoliczne rafy koralowe w celu snorkelowania kosztują w granicach 1300 bhatów (tajska waluta) czyl mniej więcej 130 PLN.

Wspomniane łodzie są widoczne i słyszalne nienal na każdym kroku na morzu w bliskim otoczeniu wyspy. Jest ich naprawdę bardzo dużo. Mają one głośne i charakterystyczne silniki. Spotkałem się nawet z opinią w internecie, że to duży minus wyspy ale ten ktoś przesadził. Nie jest tak źle a z pewnością łodzie dodają kolorytu i klimatu tej małej wyspce.

Cyganie morscy mają również wyłączność na przerzucenia turystów z promów / speed boat na Koh Lipe. Brakuje bowiem tutaj takiej typowej przystani. Przypływa się więc w bliskie sąsiedztwo wyspy. Stąd bowiem "Chao Naam" przeżucają żądnych przygód turystów na ląd Koh Lipe. Przy naszym przypłynięciu tego nie doświadczyliśmy ponieważ akurat był odpływ i nasza szybka łódź była w stanie podpłynąć wyjątkowo do samej plaży. Inaczej już było przy wypłynięciu ale o tym później. Oprócz tego oferują oni przeróżne atrakcje kulinarne. Poniżej pani sprzedająca kurczaki w wersji BBQ. Oczywiście o aspekty sanepidowskie nie pytajcie. Z drugiej strony jedząc w tego typu "punktach gastronomicznych" nigdy się nie zatruliśmy. Koszt kilku takich to na przeliczenie około 4 PLN.


Mówiąc generalnie o Tajlandii spodziewaliśmy się niskiego poziomu cen. Tak przecież w zdecydowanej większości przypadków jest. Na Koh Lipe jednak koszty wyżywienia, pamiątek i innych tego typu są jednak inne. Początkowo myśleliśmy, że nasz hotel oferuje wyższy poziom cenowy jeśli chodzi o różne lokalne potrawy jednak z czasem stwierdziliśmy, że wszędzie na wyspie jest podobnie. Za śniadanie typu naleśniki czy coś w tym rodzaju płaci się około 6-9 PLN, coś większego typu niewielki ryż z gotowanym kurczakiem około 15 PLN. Za porcję frytek w naszym hotelu należało zapłacić 16 PLN. Z drugiej jednak strony jak w całym regionie można tu popróbować naprawdę przepysznych potraw. Będąc na Koh Lipe pozwoliliśmy sobie na zakup lokalnej grilowanej na ogniu dużej ryby. Kosztowała nas ona blisko 30 PLN więc jak na warunki tajlandii całkiem dużo.

Koh Lipe rajem dla backpackersów pod tym względem więc nie jest choć z drugiej strony zawsze sobie można jakoś poradzić. Zupki chińskie są bowiem wszędzie :)

Znacznie lepiej i szczególnie w niskim sezonie jest z zakwaterowaniem. Koh Lipe głównie znane z wszelkiego rodzaju skromnych, drewnianych domków na plaży. Jest ich faktycznie cała masa i idąc wzdłóż plaży można przebierać i wybierać. W sezonie jednak z tego co wiemy jest już zupełnie inaczej i trzeba z góry rezerwować tego typu zakwaterowanie. Podczas "low season" koszt wynajęcia takiego domku na plaży wynosił na przeliczenie około 40 PLN - 50 PLN.


Sami cyganie morscy mieszkają porozrzucani po wyspie. Mają jednak swoją wioskę, która w jednej części jest nawet zamykana dużą bramą. Trzeba jednak przyznać, że często zagospodarowanie i czystość pozostawia wiele do życzenia ale o tym później. Przeciętyny dom "Chao Lay" wygląda jak na zdjęciu poniżej.


Bardzo miło wspominamy naszą wycieczkę do lokalnego przedszkola i szkoły. To jedyne tego typu instytucje zlokalozowane na Koh Lipe. Położone one są tuż nad samą plażą.


Lokalne dzieciaczki poubierane są w mundurki różnych kolorów w zależności od wieku i klasy. Maluch w białej koszuli cały czas z wielkim uśmiechem posyłał Joli duże buziaki :)


W szkole z kolei trafiliśmy na przerwę. Oj dużo się tam działo, w sumie chyba jak w każdej szkole na całym świecie podczas przerwy :) Gdy dzieciaki nas zobaczyły to dopiero zaczęły szaleć na całego a najodważniesi jak kolega na pierwszym planie pozować przybierając przeróżne pozy :)


Mimo, że byliśmy w Tajlandii zdecydowaną większość kadry nauczycielskiej stanowiły muzułmanki ubrane w charakterystyczne stroje z nakryciem głowy. Sama szkoła mimo, że niewielka zrobiła na nas pozytywne wrażenie. Szczególnie dzieci z przedszkola utkwiły nam w pamięciu słodko do nas machając i krzycząc radośnie "hello, hello" :)

Wracając jednak do samej wyspy warto wspomnieć o jej "centrum" tak zwanym "walking street". Jest to miejsce czy raczej kilka utwardzonych uliczek gdzie zlokalizowane są nieliczne lokale sklepiki, "restauracyjki"czy częste tutaj lokalne punkty spa czyli po prostu masaże. Na początku jak do wszystkiego tutaj trzeba się przyzwyczaić. Należy porzucić europejskie poczucie czystości, higieny oraz zagospodarowania. W końcu jesteśmy na Koh Lipe gdzie życie biegnie zupełnie inaczej w stosunku do naszego zwariowanego i ekstremalnie poukładanego harmonogramu. Tak więc idąc pierwszymi uliczkami widzimy domki cygańskie z huśtającymi się noworodkami w czymś na kształt hamaków. Obok walające się śmieci, butelki i tym podobne. Do tego wszystkiego niemal przy każdym domu wylegują się psy, o których powiemy więcej za chwilę. Dopiero po chwili dochodzimy do tutejszego "ścisłego centrum" w którym można przekąsić różne lokalne cuda. Najczęściej wybieraliśmy wszelkiego rodzaju naleśniki typu "banana", "mango" i tym podobne. Tańsza knajpa, w której jesteśmy poniżej oferowała tego typu przysmaki w cenie od około 4-7 PLN wzwyż za średniej wielkości naleśnik. Zapamiętamy stamtąd wyjątkowo ciekawą babcię która najpierw woła przechodniów w charakterystyczny sposób wykrzykując najpierw coś w stylu "kiszi kiszi" by po zwerbowaniu klienta mamrotać pod nosem "happy happy" :). Poniżej jej królestwo. Nie przeszkadzało jej w trakcie robienia naleśników pokręcić przy butli z gazem czy zrobić coś innego :)


Idąc już do "restauracji" w wydaniu lokalnym należy ściągnąć buty (to jak zapewne wiecie częsty zwyczaj w Azji). Warunki sanitarne są nieco lepsze choć szczerze mówiąc nadal znacznie, ale to znacznie odbiegają od tych, do których przywykliśmy. Zaglądając bowiem w okoliczny kąt można natchnąć się na przeróżne odpadki, które zalegają tam od dłuższego już z pewnością czasu. No ale co tam jesteśmy przecież na Koh Lipe i zapominamy o swoich przyzwyczajeniach. Fakt jest też taki, że nigdy nie słyszeliśmy ani sami nie mieliśmy problemów żołądkowych. System więc działa? Działa :) Nie będziemy więc tego krytykować tym bardziej, że dania były bardzo smaczne.


Na wspomnianej Walking Street jest również kilka mini marketów czy nawet apteka. Ciekwe jest to, że ulica ta odżywa praktycznie wieczorem. W ciągu dnia czy nawet po południu sklepy są niby pootwierane. Z drugiej jednak strony wchodzi się aby coś kupić a na ziemi śpi sprzedawczyni, którą niechący i tak się obudzi. Raz nasza głośna gromadka wpadła do sklepu a pani śpiąca przy kasie (na ziemi) z dzieckiem niemal nie zabiła nas później wzrokiem. Sprzedała nam jednak wszystkie artykuły :)

Co ciekawe chodząc po sklepach nie ma zupełnie jakiegoś nagabywania na kupowanie produktów. Można spokojnie pooglądać co się chce. Większość jednak sprzedawców sprawia nawet wrażenie braku zainteresowania. Bardzo nas to zdziwiło bo czasami wypadałoby krzyknąć "halo, tu jesteśmy, chcemy kupić w Twoim sklepiku jakąś pamiątkę" :) Trochę to zaskakujące bo przecież powinno im na tym zależeć. A tu taki "luz blues". Kupi dobrze, nie kupi też dobrze. Tak naprawdę to ponownie inny styl życia, którego my Europejczycy musielibyśmy się ponownie uczyć.

Koh Lipe to też liczne salony masażów. Jest ich cała masa na Walking Street i widać też, że liczna rzesza tursytów z nich korzysta. Pewnego pięknego dnia i ja się na takowy zdecydowałem. Koszty tym razem są całkiem przystępne (porównując z innymi na wyspie) bo 60 minutowy masaż kosztuje 300 batów czyli nieco zaokrąglając około 30 PLN. Salony są często przeszklone także widać jak panie masują swoich klientów. Rozczaruję jednak wszystkich dopowiadających sobie pikantne historyjki :-) To są standardowe masaże tajskie i nic więcej.


Sam masaż wspominam humorystycznie nieco. Wszelkie naciąganie i wyginanie nóg i rąk w każdą stronę może przywołać u niektórych gości ból i wielkie oczy. Udało mi się przetrwać bez jakiegoś narzekania. Pani jedynie co jakiś czas pytała "are you ok Sir?". Moja odpowiedź za każdym razem brzmiała "still alive" ("nadal żyje") Wychodząc po masażu stwierdziłem, że jestem chyba bardziej obolały niż wyluzowany. Ciekawe doświadczenie ale już na drugi się nie zdecydowałem ;-)

Chodząc po wyspie nie sposób również zauważyć znaków ostrzegawczych i dróg ewakuacyjnych przed potencjalnym tsunami. Robi to duże wrażenie tym bardziej, że Koh Lipe była nieznacznie poszkodowana podczas słynnego tsunami w 2004 roku. W naszym jednak wypadku byliśmy w miarę spokojni bo jak sama nazwa naszego hotelu mówi "mountain resort" znajdowaliśmy się na wysokim wzgórzu nad Morzem Andamańskim. Generalnie jednak trzeba przyznać, że jakiś większy potencjalny tego typu kataklizm ma szansę zniszczyć całkowicie tą niewielką wyspę.


Ostatni nasz dzień w Koh Lipe spędzliśmy na spacerowaniu wzdłóż i wszerz wyspy. Można ją przejść w jakieś 30-45 minut. Pierwszy też raz poczuliśmy bardzo dobrze co znaczy niski sezon w Tajlandii. W dzień ten rozpadał się deszcz ale taki pradziwy tropikaly. Przez dłuższy więc czas lało więc na całego.


Zmokliśmy do tak zwanej suchej nitki. Było z tym naprawdę dużo śmiechu tym bardziej, że Daniel dostał plastikową torbę na głowę, która pełniła funkcję czapki. Byliśmy już tak mokrzy, że zdecydowaliśmy się wziąć lokalne taxi (czyli motor z ławeczką do siedzenia) by wrócić do naszego hotelu. Na zdjęciu poniżej mamy już dojazd do samego hotelu jednak wcześniej jadąc po dużych błotach rzucało nas na całego. Powrót w strugach deszczu był więc niesamowity :)



Następnego dnia o 8 rano wyruszyliśmy hotelową Toyotą na plażę w kierunku promu powrotnego do miasteczka Pak Bary (również w Tajlandii jak pamiętajcie). Jazda tym autem zawsze była atrakcją szczególnie dla Laury.


Po przybyciu na miejsce płaci się "za głowę" 50 tajskich bahtów (około 5 PLN) cyganom morskim za transport pomiędzy plażą a promem czy speed boat, które stoją nieopodal brzegu. Na tradycyjną więc łódź pakowane są najpierw wszystkie walizki a potem pasażerowie. Mimo, że i ten dzień był pochmurny to jednak byliśmy w pełni zadowoleni, że nie płyniemy łodzią a potem promem 68 km w wielkim deszczu jak to było dzień wcześniej.



Ostatnie formalności i sprawdzenie biletów przy wejściu na prom i płyniemy do Pak Bary :)


Na sam koniec chcemy opowiedzieć również o aspektach negatywnych związanych z Koh Lipe. Zostały one nam niewątpliwie w pamięci.

Ten lokalny raj, piękne rafy koralowe w naszym poczuciu przegrywa z tym co na tej pięknej wyspie robią ludzie. To naprawdę wstrząsające i oburzające jak wiele śmieci można spotkać na Koh Lipe. Wyspa sobie zupełnie nie radzi z tym problemem. Skoro tak jest to nie powinno się tutaj robić turystycznej atrakcji, do której przybywają turyści z całego świata. Naprawdę czasami nie chce się wierzyć jak się widzi wspaniałe okoliczne Morze Andamańskie z pływającymi kolorowymi rybkami ze stosami śmieci walającymi się wzdłóż całej wyspy, również i często na plaży. Chcemy o tym wszystkim powiedzieć ponieważ to tutaj widzieliśmy najpiękniejszy widok naszych wszystkich wyjazdów. Z drugiej jednak strony wyjechaliśmy z poczuciem dużego niesmaku i niedowierzania. Uściślając nie jesteśmy jakoś przewrażliwieni i różne miejsca widzieliśmy, ale to co się dzieje w niektórych miejscach na Koh Lipe przekracza wszelkie granice. Przykro również powiedzieć ale przyczyniają się do tego również morscy cyganie, którzy często i wokół swoich domów mają istny śmietnik. Szkoda, naprawdę szkoda... Wielki minus dla osób czy istytucji, które są odpowiedzialne za ten mały kawałek świata. A nie wiem czy pamiętacie z ostatniej relacji, że management wyspy pobiera opłaty za sprzątanie wyspy od każdego nowego przybyłego tu turysty.



W naszej relacji chcemy pokazać i przedstawić odwiedzane miejsca dokładnie takie jakie są. Nie zamierzamy koloryzować rzeczywistości. Wręcz przeciwnie chcemy pokazać takie miejsca bo jesteśmy nimi oburzeni. Podkreślamy to raz jeszcze bo tak jest, szczególnie w takim miejscu jak Morski Park Narodowy Turatao. Przecież tego typu miejsca powinny być pod szczególnym nadzorem...

Najlepsze jest to, że często czytając blogi i strony internetowe o Koh Lipe wspomina się tylko o wspaniałym raju, cudownej rafie koralowej oraz maleńkiej klimatycznej wysepce. To wszystko prawda ale jedynie w części. Ma się wrażenie, że osoby wydające jednak duże pieniądze aby tu przybyć starają się zamazywać te często widoczne tu obrazki. U nas tego nie będzie...

Drugim nietypowym i negatywnym aspektem są setki wałęsających się psów po każdym zakątku wyspy. Na każdym kroku można je spotkać: na plaży, na Walking Street czy w hotelach. Psy są wygłodniałe, to widać bo często chodzą koło ludzi jedzących jakieś rzeczy. Wydają się one być zupełnie niegroźne jednak na Tripadvisor.com czytaliśmy o pogryzieniach turystów, które się wcześniej zdarzały. Jako, że są one takie na pół dzikie pojawia się ryzko potencjalnej wścieklizny a co za tym idzie późniejszych koniecznych wizyt w puntach medycznych. Poza tym wierzcie czasami nie było nam do śmiechu jak idąc drogą czy po pustej plaży nienal znikąd biegło w naszym kierunku małe stadko psów. Nigdy bowiem nie wiedzieliśmy jakie mają intencje. Był to jednak duży dyskomfort w swobodnym poruszaniu się po wyspie. Mówimy to wszystko będąc definitywnie "psiarzami" - mamy przecież naszego foxteriera Roxi, który cierpliwie na nas czeka i za którym też tęskimy.

Stwierdziliśmy z Jolą na sam koniec naszego pobytu, że "Malediwom Tajlandii" przyznajemy zaledwie 5 punktów w 10 stopniowej naszej skali podróżniczej. To najsłabszy wynik z naszej całej azjatyckiej podróży. Nie zamierzamy bowiem pozytywnie wypowiadać się o miejscu tak zanieczyszczonym i nazwijmy to po imieniu brudnym. Tym bardziej, że to po prostu wina człowieka i złej czy niewłaściwej organizacji. Żegnamy się więc z dużym niesmakiem pamiętając cały czas piękny wręcz rajski koloryt Morza Andańskiego w tym rejonie.

Z pewnością jednak tu nie powrócimy.

Po dopłynięciu do Pak Bary mieliśmy kilka godzin na szwędanie się po tym małym miasteczku. Oprócz mniejszych zakupów w lokalnym markecie zdecydowałem się na wizytę u lokalnego fryzjera. Było dużo śmiechu tym bardziej, że moja fryzura przypomina nieco styl a la Zagłoba z "Potopu" :)



Z Pak Bary pojechaliśmy wcześniej zarezerwowanym taxi do miasta Satun, z którego odpływają promy na malezyjskie Langkawi.

Po dojechaniu do naszego AB Motel i dokładnie tego samego domku A-4 na plaży, w którym wcześniej byliśmy stwierdziliśmy, że jakoś wyjątkowo jesteśmy zadowoleni. Laura z powodu "swoich" małych kotków (o imieniu "Tiger" oraz "Snowhite"), którymi wcześniej się z Sandy opiekowała (jak pamiętacie koleżanka z Australii) a my po prostu z faktu, że to miejsce wyjątkowo bardzo lubimy. I do tego wszystkiego: jak tu jest czysto ! :)

Pozdrawiamy więc z malezyjskiego Langkawi, które przez kolejne kilka dni będziemy nadal zwiedzać. Wkrótce przed nami bowiem kolejna wyspa Penang słynąca z miasta Georgetown (wpisane na listę UNESCO z racji pięknej architektury) oraz przede wszystkim wspaniałej i różnorodnej kuchni. To bowiem jest niekwestionowana stolica kulinarna Malezji. Czasami nawet się mówi, że całej Azji.

03.08.2013 Dawid, Jola, Laura i Daniel

PRZEJDŹ DO GALERII Azja 2013 (5): Koh Lipe, Tajlandia

do góry