AZJA 2013
TYDZIEŃ 4: LANGKAWI (MALEZJA) & KOH LIPE (TAJLANDIA)

Będąc nadal na Langkawi chcieliśmy zobaczyć jej okoliczne wysepki, których jest ponoć 99 lub 104. Pewnie w zależności kto jak liczył bo faktycznie źródła podają różne ilości :) Zdecydowana ich większość jest niezamieszkana, przez co nadal jest bardzo dzika i dziewicza.

Przeglądając możliwości jakie mamy zdecydowaliśmy się na Hopping Islands czyli odwiedzenie 3 okolicznych wysepek. Cała wycieczka miała trwać 4 godziny. Długi czas zastanawialiśmy się czy się nie podzielić (ja jeden dzień, Jola z Laurą drugi) ze względu na Daniela, bowiem miałem wątpliwość czy brać takiego malucha na tego typu wycieczkę. Pytając jednak w biurze gdzie kupiliśmy wycieczkę (25 ringitów / PLN/ osobę dorosłą) okazało się, że turyści biorą małe dzieci i generalnie nie ma z tym większych problemów.

Transport do łodzi był zorganizowany przy naszym AB Motelu i wszystko przebiegało zgodnie z planem. Punktualnie więc stawiliśmy się na przystani gdzie czekała na nas łódź, jak się okazało całkiem niepozorna.


Niepozorna dlatego, że jak ruszyła to ostro wbiło nas w siedzenia. Dzieciaki zrobiły wielkie oczy. Laura uwielbiając wszelkie rollercoastery i tym podobne od razu polubiła naprawdę szybką jazdę. Daniel był tak zaskoczony, że dosłownie po minucie od wypłynięcia ... zasnął na całego :) Nie przeszkadzały mu silniki, wiatr i tego typu.

Pierwszą odwiedzaną wysepką jest Palau Dayang Bunting (z ang. Island of Pregnant Maiden). Płynąc łodzią faktycznie widać wzgórza przypominające kształtem kobietę w ciąży. Sama wyspa słynie między innymi z jeziora ze słodką wodą, w którym oczywiście można się kąpać. Po dopłynięciu zatrzymaliśmy się przy mapie aby dowiedzieć się jak tam trafić.


To co nas zaskoczyło od samego początku to odgłosy takiej prawdziwej dzikiej wyspy. Cała masa przeróżnych dźwięków zrobiła na nas naprawdę duże wrażenie. Po zrobieniu jakiś 100 metrów z zarośli wyskoczyła cała masa małp a dokładnie makaków, o których wcześniej już pisaliśmy. Trochę nawet nas przestraszyły bo pierwszą reakcją turystów był odwrót w stronę przystani. Potem jednak grupą zdecydowaliśmy się koło nich przejść. Przypomnijmy, że makaki to takie małpki, które kradną co się da i potrafią też nieźle narobić pietra pokazując swoje kł jak się je przegania. Tak było i tym razem – jeden z turystów nie schował kartonu mleka i w jednej chwili miał zawziętą małpę koło siebie. Oczywiście o mleku mógł zapomnieć bo małpa i jej towarzysze zniknęli w zaroślach.


W końcu doszliśmy do jeziora gdzie wspólnie z Laurą wzięliśmy kąpiel. Spokojnie, nie było tu żadnych krokodyli ani tego typu zwierzątek. Przynajmniej tak nas zapewniali ;-) W tym samym czasie młody człowiek, który dopiero co płynął speed boat, minął makaki i był niesiony na rękach - smacznie sobie spał :)



Przy Danielu była cały czas Jola. Swoją drogą całkiem niedaleko tego miejsca turystki z Japonii pozostawiły plecaki, do których dorwała się niczym super złodziej - małpa. Widząc to turystka zaczęła machać jakimś parasolem aby odstraszyć makaka ale ten widząc to syknął ostro pokazując swoje piękne kiełki :) Japonka od razu zmiękła i odpuściła. Straciła jeśli dobrze widzieliśmy jakieś okulary wyciągnięte z plecaka. Trochę śmiechu było ale wiecie jak to jest. Dobrze, że na nas żadna małpa nie syczała ze złości.

Sama wysepka okazała się bardzo przyjemna i pełna odgłosów niczym z prawdziwej dżungli. Po powrocie do łodzi popłynęliśmy na drugą wyspę mając na pokładzie obudzonego już Daniela.


Druga wyspa to "Big Lion Island" i słynie ona głównie z zamieszkałych tu orłów. Jak pamiętacie Langkawi (czyli nazwa wyspy) oznacza w języku malajskim „brązowy orzeł”. Nasi przewodnicy będąc jeszcze na łodzi pokazali nam jak karmią orły (kiedyś swoją drogą Laura mówiła "orzły":) Faktycznie po chwili pojawiła się cała masa orłów. Naprawdę pięknie wyglądały i chyba pierwszy raz w ogóle widzieliśmy je w takiej ilości. Bardzo efektownie lądowały w morzu aby wydobyć pożywienie.

Trzecia wyspa to Palau Beras Basah (z ang. "Wet Rice Island") i słynie ona z pięknej piaszczystej plaży, na której mogliśmy się zrelaksować. Po dopłynięciu na miejsce okazało się, że i tutaj są nasi dobrzy znajomi - makaki. Wychodzą ponownie z zarośli i co chwilę próbują coś zwędzić kąpiącym się turystom. Małpy też bez żadnej krępacji chadzają sobie po plaży. Do tych najbardziej natrętnych miejscowi strzelają z procy. Tu też widzieliśmy dzikie mały pijące colę z puszki oczywiście podwędzone turystom. Widok nieco komiczny choć nie udało nam się tego sfotografować. Jak zakładamy ukradły już otwarte puszki... :)


Przyzwyczajeni jednak do nich spędziliśmy tu fajnie czas kąpiąc się ponownie w niesamowicie ciepłym Morzu Andamańskim. Przez cały jednak czas czujnie spoglądając w stronę naszego placaka :)



Samą więc wycieczkę Hopping Islands uznaliśmy więc w pełni za udaną. Dzieciaki były bardzo zadowolone. Poznaliśmy trochę okoliczne wysepki archipelagu Langkawi choć to zapewne mały wstęp przy ich licznej ilości.

Na naszą drugą wycieczkę wybraliśmy się taxi bo jak się okazało jest to dla nas korzystniejsze ze względu na koszta ale i wygodę szczególnie mając na uwadze podróżowanie z Danielem. Tym razem wybraliśmy się do słynnego miejsca na Langkawi - Cable Car (kolejka gondolowa) oraz do okolicznej farmy krokodyli.

Jak i poprzednio wzięliśmy więc taxi sprzed naszego hotelu. Tu bowiem jest coś w rodzaju postoju taksówek. Co ciekawe w Malezji (a przynajmniej tu gdzie my podróżujemy) nie jeździ się na taksometr. Każda trasa czy ilość godzin w taksówce jest określona. Nie ma więc podbierania sobie klientów przez taksówkarzy czy negocjowania cen. W naszym wypadku koszt 4 godzinnej wycieczki miał się zamknąć w 100 ringitach, czyli tak samo w PLN. Temat opłat za taxi jest więc bardzo fajnie i czytelnie określony.

Samo Cable Car (otwarte w 2003 roku) bardzo nam się podobało. Kolejka bowiem prowadziła naprawdę bardzo wysoko ukazując co chwilę niesamowite widoki. To naprawdę robiło wrażenie. Pod nami bowiem rozpościerały się lasy tropikalne a w dali było widać okoliczne wysepki Morza Andamańskiego. Przejazd takim cudem kosztuje 30 ringitów na osobę czyli ... no dobra wiem, że wiecie :)


Ciekawe jest również to, że można wysiąść najpierw na jednym ze szczytów by udać się na ten najwyższy. Obok kolejki znajduje się również kolejna duża atrakcja Langkawi - Sky Bridge. To swoista solidna kładka na wysokości 700 metrów i mająca 125 metrów długości. Mieliśmy jednak małego pecha bo akurat most był w renowacji tak więc przesyłamy jedynie zdjęcie. Trochę szkoda, że się nie udało po nim przespacerować. Obok nas turyści nawet robili awanturę, że przylecieli specjalnie z Kuala Lumpur aby się nim przejść. Przynajmniej wiemy dlaczego tu trzeba wrócić :)


Kolejnym miejscem, do którego się udaliśmy z naszym długobrodym muzułmańskim taksówkarzem była farma krokodyli. Po drodze jednak odwiedziliśmy wodospad o nazwie "Durian". Kiedy wróciliśmy zastaliśmy pusty ale otwarty samochód. Zaczęliśmy rozglądać się za naszym kierowcą, kiedy to z okolicznego sklepiku czy bardziej straganu dobiegł nas cichy głos "Sir - teraz jest pora modlitwy". No fakt nasz kierowca wyglądał na mocno zaangażowanego religijnie a do tego wszystkiego był przecież ramadan. Wrócił po jakiś 5 minutach przepraszając nas za opóźnienie. Oczywiście nie był to dla nas żaden problem aby tą chwilę poczekać. Tym bardziej, że i ten taksówkarz był jak pisałem wcześniej bardzo miły. Dużo mówił o dzieciach bo miał ich 10... Nie przeszkadzało mu więc zupełnie jak Daniel buczał w samochodzie. Zwrócił nam nawet uwagę po tym jak kupiliśmy sok dla małego, że nie patrzymy na datę przydatności. Jak stwierdził to wasze dziecko i musicie być pewni, że dajecie mu dobry posiłek. No fakt - miał w 100% rację!

Sama farma krokodyli raczej nas nie powaliła. No fakt krokodyli było naprawdę cała masa no ale co może tam zaskoczyć. Mieliśmy wrażenie w ogóle, że jest ich zbyt dużo. Patrząc bowiem na okoliczne baseny widziało się je praktycznie jeden obok drugiego. Byliśmy też świadkami karmienia ich. Dostawały "pakiet" ryb, które w naszej skromnej ocenie dla takich bestii stanowiły jedynie drobną przekąskę. Do tego zaledwie kilka mogły załapać się na ryby gdzie większość nie miała okazji je przekąsić. Trochę więc to karmienie odbywało się na zasadzie "chybił trafił". Który krokodyl złapie rzucony pakiet ryb to coś tam zje. Niewątpliwie jednak w naszej pamięci pozostanie odgłos trzaśnięcia paszczy gada. Specyficzny trzask i do tego bardzo głośny. Nam z Jolą przypomniały się też krokodyle widziane wiele lat temu w Australii.



Wycieczkę zakończyliśmy zakupami w dużym lokalnym supermarkecie, do którego jechaliśmy specjalnie po słoiczki dla Daniela. Nie jest bowiem łatwo je kupić a obawialiśmy się, że nasz następny kierunek podróży tj. tajska wyspa Koh Lipe (mała i dzika) nie da nam zbyt dużo możliwości.

Długo z Jolą zastawialiśmy się jak rozegrać w ogóle kwestię dojazdu na wspomnianą wysepkę. Ostatecznie postanowiliśmy, że zgodnie z planem popłyniemy tam na 7 dni i ponownie wrócimy na Langkawi, które bardzo polubiliśmy. Zabraliśmy więc jedynie mój plecak pozostawiając plecak Joli oraz inne sprzęty jak na przykład kupioną na Bali maskę drewnianą. Fakt plecak był jeden ale ciężki jak nie wiem. Niby minimalizacja z naszej strony na całego i postępująca (wyrzucamy po drodze coraz bardziej zużyte ciuchy) a jednak słoiczki i ubrania dla 4 osób zrobiły swoje.

Mówiąc o transporcie na Koh Lipę przypomnę tylko, że podczas niskiego sezonu (to według tajskiej strony jest teraz choć słońce daje w kość niesamowicie) nie ma bezpośredniego promu pomiędzy Langkawi a tajską wysepką. Bardzo to utrudnia dotarcie ponieważ w takiej opcji dzieliłaby nas jedynie odległość ok. 25 km. W opcji "low season" to trasa trzykrotnie dłuższa i bardziej skomplilkowana. Nie ukrywam, że nieco się uparłem bo Koh Lipe jest określane mianem "Malediwów Tajlandii" i po prostu chciałem zobaczyć czy to prawda. Jak widziecie zrobiliśmy więc małe koło na trasie Langkawi - Satun - Pak Bara - Koh Lipe.


Pierwszym etapem podróży jest prom pomiędzy Langkawi a tajskim miasteczkiem Satun. Płynie się tu ponad godzinę nawet dość szybko niewielkim stateczkiem. Jak to bywało wielokrotnie Daniel wzbudzał zachwyt wśród licznych pasażerów. Dopóki mu to nie przeszkadzało odwiedzał okolicznych towarzyszy podróży.


Podróż minęła generalnie dość szybko. Mieliśmy jednak pełnego stresa bo nie mieliśmy kupionych biletów na speed boat na Koh Lipe w mieście Pak Bara oddalonego od wspomnianego miasta Satun o jakieś 70 km. Mieliśmy zaledwie ponad godzinę do odpływającej wg strony internetowej szybkiej łodzi. Dodam tylko, że całą podróż na trasie Langkawi - Koh Lipe - Langkawi zdecydowaliśmy się odbyć zupełnie prywatnie bez żadnego pośrednictwa na terenie Malezji. Cała trasa wyszła nas na całą rodzinę ok. 600 PLN (dwie strony).

Na miejscu tj. już w Tajlandii dość dużo czasu zajęło nam wypisywanie niezbędnych druczków bo przecież przekraczaliśmy granicę. Ktoś miły dał znać, że nie trzeba wypełniać dwóch stron co okazało się niestety błędem i spowodowało dalsze opóźnienie.


Spoceni, zdenerwowani bo szansa na dotarcie na czas na speed boat malała zostaliśmy "przechwyceni" na tym małym tajskim terminalu przez właściciela jakiegoś lokalnego biura podróży. Oczywiście w jednej chwili wszystko było możliwe, taxi do Pak Bary, bilet na speed boat etc. Kiedy jednak wspomniał o cenie od razu mu podziękowaliśmy kosztem ryzyka, że w ten sam dzień nie dotrzemy na Koh Lipe. Trudno nie będzie nas robił w balona. Po chwili jednak z pomocą przyszła pani z innego biura oferując standardową cenę taxi do Pak Bary i szybkiej łodzi. Wsiadając w pełnym biegu mając jeszcze nadzieję, że zdążymy musieliśmy jeszcze odwiedzić bankomat bo w biurze za to wszystko jeszcze nie zapłaciliśmy. Umówiliśmy się, że pieniądze przekażamy taksówkarzowi. Oczywiście jak to bywa w takich sytuacjach wyskakując jak z procy jeden bankomat nie działa z naszą kartą, drugi to samo !!# Widząc to Jola wybiegła i uratowała sytuację. Ok - mamy kasę. Po przejechaniu kilku dalszych kilometrów nasz kierowca skręcił na ... stację benzynową bo zabrakło mu paliwa. W tym samym czasie Daniel rozpłakał się na całego. Zrobiło się jeszcze bardziej nerwowo. Już w sumie zaczeliśmy przyzyczajać się do myśli, że we wspomnianej Pak Barze poszukamy jakiegoś noclegu i popłyniemy następnego dnia. W tym wariactwie jedynie nie byliśmy pewni czy nasz bilet na szybką łódź będzie nadal ważny dzień później czy trzeba będzie kupić kolejny. Dotarliśmy do miasteczka gdzie poinformowano nas, że kolejny speed boat (nie było o nim mowy na stronie internetowej) odpłynie o 14 godzinie. Ufff...udało się, nawet nie przeszło nam do głowy żeby narzekać na czekanie. Zobaczyliśmy też, że w pobliskiej restauracyjce czeka poznany tego samego dnia Włoch krzyczący na Malajów, że nic się nie sprawdza jeśi chodzi o podawane na ich stronie internetowej godziny odpłynięcia promów z Langkawi do Tajlandii (tu miał rację, ile źródeł tyle wiadomości...)

Cierpliwie więc przeczekaliśmy w pobliskiej restauracji zamawiając jakieś lokalne przysmaki. Oczywiście i tu nie zabrakło miłych pogawędek z ludźmi, którzy też ją odwiedzili. Poniżej jedno ze zdjęć z rówieśnikiem Daniela.


Zbliżała się godzina 14 - stawiliśmy się więc na terminalu skąd odpływać miała nasza szybka łódź na Koh Lipe. Szczerze mówiąc nieco się tej podróży obawialiśmy nie wiedzieliśmy bowiem co dokładnie oznacza speed boat płynąc ponad 1,5 godziny. Jak byliśmy już na miejscu okazało się, że musimy poczekać jakieś 15 minut bo coś tam. Później kolejne 15 minut bo coś tam. I kolejne 30 minut. W tym czasie było gorąco i wszystkich turystów czekająych na speed boat brały już nerwy na całego. Oliwy do ognia dodała wiadomość, że czekamy na ... paliwo. Halo, my to już dziś przerabialiśmy :) Słysząc to "nasz" Włoch zaczął głośno się awanturować z całym personelem łodzi szukając winnych. Dołączył zaraz Belg, który wściekły oznajmił, że opisze wszystko w internecie jak to tu wszystko działa. Zaczęło się na całego. Na krzyki Włocha jakaś Malajka uśmiechnęła się mu prosto w twarz. Ten się zagotował i jej powiedział, że jak nie przestanie się durnowato uśmiechać to... wrzuci ją do morza. Trochę tragi-komiczna sytuacja. Nam na szczęście nerwy nie puściły i mimo, że Daniel dostał przypływu energii biegając jak oszalały - bardziej się cieszyliśmy, że w ogóle mamy dziś łódź.

Po chwili zaczęto pakować bagaże na speed boat. Zaraz potem rozbawiła nas sytuacja, kiedy ktoś z personelu wziął nasz plecak. Biedny Taj prawie zgiął się w pół i zdołał tylko wymamrotać "heavy!!!" ("ciężki"!!!). No fakt słoiczki Daniela i inne takie duperele trochę ważą:) Potem niemal przygnieniony do ziemi niosąc go na plecach zaniósł go we właściwe miejce. Fakt musiał dużo ważyć bo siadając wcześniej prawie mnie przewróciło nogami do góry, jak biedronka :) Dodajmy, że to plecak 120 litrów i nawet mało takich na rynku, spisuje się jednak idealnie.

Oczywiście paliwo z ... pewnym opóźnieniem dotarło i rozpoczeliśmy naszą podróż na Koh Lipe. Łódź faktycznie była szybka jednak nie czuć było wiatru, który przeszkadzałby dzieciom. Daniel ponownie jak to było na Langkawi zasnął po 5 minutach szybkiej przejażdżki ... :) Mamy więc na niego sposób aby smacznie spał.


Nie muszę chyba wspominać, że ta nietypowa pozycja przez niemal 1,5 godziny dała mi nieźle w kość :) Z drugiej jednak strony cieszyliśmy się, że Daniel pośpi sobie zamiast próbując biegać czy inne tego typu. Laura z kolei była w siódmym niebie. Bardzo jej się podobało i wielokrotnie szła z Jolą na przód łodzi zobaczyć jak szybko płyniemy mijając piękne okoliczne wysepki.

Po wspomnianych 90 minutach dotarliśmy w końcu na miejsce. Byliśmy po długiej i zawiłej podróży na Koh Lipe. Na miejscu zobaczyliśmy typowe tajskie łodzie wielokrotnie widziane wcześniej na różnych folderach.


Na dzień dobry, jeszcze na plaży i z bagażami na łodzi podeszli do nas jacyś ludzie mówiąc, że managment wyspy na poczet opłat za sprzątanie wyspy pobiera opłatę. Słysząc to wspomniany Włoch jeszcze gdzieś poddenerowany powiedział, że nikt tego nie zapłaci bo jest tu brudno. Fakt oprócz pięknych obrazków można było zobaczyć również liczne śmieci. To częsty obrazek podczas naszych podróży z jednej strony widoczny jest raj a z drugiej strony coś innego.

Samo jednak dopłynięcie na Koh Lipe nie stanowiło końca naszej podróży. Nasz hotel bowiem znajdował się zupełnie na drugim końcu wyspy. Nie wiedzieliśmy zupełnie jak się tam dostać choć mogliśmy oczywiście wcześniej dopytać e-mailowo. Sama wysepka ma zaledwie 3 km długości. Poniżej mapka z naszym hotelem „Mountain Resort” zlokalizowanym na północy. Mimo, że odległości nie duże to nie uśmiechało nam się dalej maszerować po długiej podróży z heavy plecakiem ;)


Po jakimś czasie udało nam się załatwić jednak transport z hotelu. Nawet nas to nieco zdziwiło ale przyjechała toyota van - do tej pory czytaliśmy, że na wyspie nie ma ruchu samochodowego. To w sumie prawda bo są tu jedynie drogi utwardzone. Cały więc naprawdę mały ruch to wszelkiego rodzaju skuterki, motorowery etc.

Po dotarciu do hotelu skierowaliśmy się na recepcję aby załatwić formalności. Wcześniej bowiem poprzez booking.com zarezerwowaliśmy tutaj nasz nocleg, dodajmy najdroższy z całej naszej azjatyckiej podróży. Najdroższy tzn w okolicach 200 PLN za duży domek z pełnym wyposażeniem jednak z widokiem na ogród. Zapytałem jednak czy być może mają jakiś z widokiem na morze bo widziałem, że widoki są niesamowite. Okazało się, że jest jeden jedyny wolny. Poszliśmy oglądać i porównać oba. Nie było się nawet nad czym zastanawiać. Widok bowiem morza zgodnie z Jolą określiliśmy na najpiękniejszy ze wszystkich naszych dotychczasowych podróży. Jola wspomniała nawet, że to widok za milion dolarów. Takie Bora Bora czy coś w tym stylu. Nie przeszkadzał nam fakt, że domek był mniejszy a ja musiałem zdecydwoać się na spanie na materacu :)



Za nasz nowy domek z widokiem na piękne rafy Morza Andamańskiego dopłaciliśmy 200 PLN za cały pobyt. Długi dzień wreszcie się zakończył.

Tym samym żegnamy się do następnego razu, kiedy to opowiemy więcej o wyspie Koh Lipe, która oprócz swoich idealnych widoków ma też swoje inne strony. Jak każdy z resztą raj.

Pozdrawiamy serdecznie z południowej Tajlandii. Mija właśnie miesiąc naszej azjatyckiej przygody. Wkrótce wracamy też na Langkawi w Malezji do tego samego domku na plaży, w którym poprzednio byliśmy.

30.07.2013 Dawid, Jola, Laura i Daniel

PRZEJDŹ DO GALERII Azja 2013 4 Langkawi (Malezja) & Koh Lipe (Tajlandia)

do góry