Azja 2013 –
tydzień 3: Bali (Indonezja) & Langkawi (Malezja)

Kolejne dni na Bali spędziliśmy na dalszym zwiedzaniu naszej części wyspy oraz na pełnym relaksowaniu się. Tak jak obiecałem jednak w ostatniej relacji warto wspomnieć o kilku typowo balijskich akcentach

  • Dwie najważniejsze rośliny to ryż oraz palma kokosowa, którą Balijczycy wykorzystują jako owoce, budulec czy opał. Liście bananowca z kolei często służą jako podkładka pod smaczne jedzonko. Tak też za każdym razem mieliśmy podawane nasze potrawy podczas śniadania, chociażby "mia goreng" (wspominana w ostatniej relacji potrawa indonezyjska ale w wersji z makaronem)


  • Balijczycy kultywują rodzinne życie i są definitywnie częścią społeczności, w której żyją. Przez to życie rodzinne i religijne jest dla nich bardzo ważne. Przykładowo nasz sympatyczny kierowca wspomniał, że nigdy nie zdażyło mu się spać poza domem. Pośrodku z kolei każdej wsi znajdują się zazwyczaj 3 świątynie w których się modlą. Hinduizm bowiem to wiara w jednego boga z wieloma wcieleniami. Na Bali odmienne jest to, że wierzą w wielu bogów, z tym naczelnym jako głównym.

  • Ciekawe jest podejście do końca życia i śmierci. Balijczycy bowiem wierzą, że dusza jedynie zapożycza ciała. Po śmierci bowiem ciało zostaje zwrócone 5 żywiołom: ogniowi, wodzie, eterowi, wiatrowi oraz ziemi. Najlepszym i właściwym sposobem pochowania jest kremacja. Jest ona jednak na tyle droga, że wiele rodzin nie jest w stanie sobie na to pozwolić. Dlatego właśnie najpierw standardowo chowa się w ziemi nieboszczyka na cmentarzu a dopiero po kilku latach dokonuje się wspólnej, grupowej kremacji. Wtedy też wiele rodzin składa się na takie koszty. Podczas naszego pobytu odbyła się taka grupowa kremacja. Z tego co nam opowiadał nasz taksówkarz na 200 ciał. Samo palenie zwłok postrzegane jest jako wydarzenie radosne. Prochy wrzuca się później do morza lub rzeki.

  • Standardem jest również autentyczne piłowanie zębów u nastolatków. Mają one bowiem pozbyć się cech demonicznych.

  • Historia Bali oprócz tych dobrych momentów ma też te bardziej krwawe. Wspomniany ostatnio wybuch wulkanu Agung w 1963 roku, który pochłonął tysiące istnień ludzkich z lawą zalewającą okoliczne wsie oraz pola uprawne. Zaledwie 2 lata później w 1965 roku w wyniku niedanego zamachu stanu ginie w Indonezji około 500 000 ludzi, z czego 100 000 - 200 000 ludzi na Bali. Bliżej naszych czasów tj. w 2002 roku muzułmańscy terroryści zdetonowali bombę w klubie nocnym w Kucie (główny ośrodek turystyczny Bali) zabijając ponad 200 osób. Tragedia ta zdecydowanie zmniejszyła wpływy indonezyjskiej wyspy z turystyki w kolejnych latach.

Wróćmy jednak do nas i do nieco przyjemniejszych spraw ;-)

Przyszedł czas pożegnania z Bali. Z pewnością jest ona warta odwiedzenia ...aby zrobić sobie wstęp do zwiedzania Indonezji, kraju ponad 17 000 wysp i 250 języków (500 dialektów). To już robi wrażenie, prawda? :) Świątynie, bardzo serdeczni ludzie oraz spokój wschodniej części Bali z pewnością pozostaną w naszej pamięci. W naszym hotelu długo żegnaliśmy się z lokalnym personelem a Daniel do ostatniej chwili był rozchwytywany. Personel szczególnie sobie go upodobał, zapewne dlatego że jak pojawiał się Daniel to dużo się działo. To Daniel wchodził do kuchni, to uciekał rodzicom nad morze, to biegał coś krzycząc po parkingu lub dla odmiany płakał tak głośno, że było go słychać w okolicznych domkach :)


Po bardzo sympatycznym pożegnaniu wyjechaliśmy na lotnisko w Denpasar oddalone od nas o 2 h jazdy samochodem. Na miejscu ponownie, podobnie jak przy przylocie biurokracja dała nam w kość. Nie wiem ile razy nam sprawdzali paszporty ale opłata wyjazdowa (około 17 USD na głowę) to już prawdziwe przegięcie. Przypomnijmy za wizę wjazdową płaciliśmy 25 USD na każdego członka rodziny. Jest to jednak standard i bez tego zobaczyć Indonezji, nie tylko Bali się nie da. Miłym akcentem na lotnisku była akcja promocyjna polskiego produktu (oczywiście wódki):


Oczywiście jak to z nami nie obyło się bez przygód. Kilka bowiem dni wcześniej podekscytowany zarezerwowałem bilety lotnicze Malaysian Airlines w cenie 170 PLN dla całej rodziny (lot z Kuala Lumpur na malezyjską wyspę Langkawi). Cieszyliśmy się bardzo z wyjątkowo atrakcyjnej ceny (takie się faktycznie zdarzają). Niestety podczas pobierania karty pokładowej do Kuala Lumpur poinformowano nas, że coś było w systemie nie tak i generalnie żadnych biletów nie mamy. Trochę nam mina zrzedła ponieważ przylatując z Bali do Kuala Lumpur i będąc na lotnisku od razu chcieliśmy polecieć na Langkawi. Jedynym wyjściem pozostał zakup biletów z KL do Langkawi w cenie około 800 PLN za całą rodzinę (w jedną stronę). Mimo, że cena nieporównywalnie wyższa to i tak zdecydowaliśmy, żeby nie zmieniać planów.

Sam lot z Kuala Lumpur na Langkawi trwa około 50 minut (ponad 400 km), tak więc krótko. Dla nas to dobrze, bo przecież dopiero co wysiedliśmy z samolotu lecącego z Bali po 3 godzinach lotu. Pierwsze wrażenie było fajne ponieważ ominęły nas typowe lotniskowe procedury, autobusy jadące do terminala i tym podobne. Wysiada się z samolotu i lotniskiem podąża do terminala aby odebrać bagaże.


Wyspa Langkawi (czy raczej archipelag 104 wysp o tej nazwie, choć w reklamach mowa jest o 99) jest znanym kurortem w Malezji przyciągającym zarówno turystów lokalnych jak i zagranicznych. Praktycznie każdy tu coś dla siebie może znaleźć, od turystów budżetowych po tych z zasobniejszą kieszenią. Położona blisko granicy z Tajlandią stanowi jednocześnie strefę bezcłową co powoduje, że jest ona bardzo dobrym miejscem na robienie wszelkich zakupów. Lokalizację Langkawi znajdziecie tuż poniżej po lewej stronie Półwyspu Malajskiego.


Tak czy owak po całym dniu czyli po 2 godzinnej jeździe samochodem na lotnisko w Denpasar, 3 godzinnym locie oraz późniejszym kolejnym locie byliśmy już faktycznie zmęczeni. Dzieciaki dawały sobie radę bardzo dobrze ale każdy z nas już czuł potrzebę odpoczynku. Dlatego bardzo cieszyliśmy się widząc szyld naszego hotelu "AB Motel". Zarezerwowaliśmy bowiem tutaj nasz 9 dniowy pobyt ponieważ oferował on skromne domki ale położone nad samym Morzem Andamańskim. Musielibyście zobaczyć naszą minę, kiedy spoceni i zmachani zobaczyliśmy skromną karteczkę na recepcji


Tak więc spokojnie i cierpliwie odczekaliśmy kolejne 2 godziny :) bo tak akurat przyjechaliśmy. Nawet się nie denerwowaliśmy jakoś bardzo - pewnie dlatego, że nie mieliśmy już na to siły. Po kilku dniach dowiedzieliśmy się dlaczego hotel ma taką nietypową przerwę - ale o tym później.

Trudy poprzedniego dnia zostały wynagrodzone już dzień później. Nasz domek znajduje się bowiem naprzeciw morza. Wychodzi się bowiem z niego na sam piasek prowadzący na główną, publiczną plażę Pantai Cenang. To szeroka plaża, przy której znajduje się wiele hotelików, domków i tym podobnych. Poniżej nasz domek oraz Laura przy malezyjskiej fladze.



Stwierdziliśmy też nasza lokalizacja jest zupełnie inna niż mieliśmy na Bali. Tutaj byliśmy pośrodku centrum turystycznego bowiem opuszczając hotel wychodzi się na sklepy z pamiątkami czy różnego rodzaju restauracje. Jak to za każdym razem bywa niesie to za sobą i plusy i minusy. Z jednej strony na Bali uciekaliśmy od takiego konglomeratu turystycznego z drugiej jednak strony stwierdziliśmy z Jolą że znacznie łatwiej nam tutaj będzie pod względem wszelkich zakupów szczególnie dla Daniela. Faktycznie zakup jedzenia, pieluch czy słoiczków jest tu znacznie prostszy no i przy okazji znacznie tańszy niż na indonezyjskiej wyspie.

Pierwsza kąpiel w Morzu Andamańskim zaskoczyła nas wszystkich. Woda bowiem była niesamowicie ciepła - wręcz tzw. "zupa". Była ona znacznie cieplejsza w stosunku do i tak ciepłego Morza Bali. Laurze poza tym bardzo się tu podoba ponieważ można tu każdego dnia zbierać dość duże muszle. Dlatego więc każdego poranka około 7 godziny idziemy na ich zbieranie.

Do tej pory udało się nam (no może Laurze) uzbierać takie okazy :)

Obok koleżanki z Australii mieszkające w domku obok


Jako, że często w Malezji hotele nie oferują śniadań chodzimy do okolicznych restauracyjek. Koszt przykładowej jajecznicy z tostami i kiełbaskami to około 7-10 ringitów czyli jak pamiętacie również złotówek. Warto wspomnieć, że nasz pobyt przypadł na okres ramadanu - ważny dla muzułmanów okres, kiedy poszczą na całego. W okresie tym mają definitywny zakaz jedzenia za wyjątkiem posiłku przed świtem oraz po zachodzie. Dlatego w znacznej części muzułmańskiej Malezji spotykamy się w restauracjach z następującymi informacjami (podczas ramadanu nie sprzedajemy muzułmanom jedzenia).


Kurcze musi im być nieco ciężko. Wokół turyści, inne nacje, religie (Malezja jest przecież wielokulturowa), gdzie większość ze smakiem zajada się na całego. No cóż ale religia zobowiązuje. Wielokrotnie też stwierdziliśmy, że Malezyjczycy (muzułmanie) są jacyś tacy wyłączeni i obojętni. To też zapewne wynika z wielu zakazów podczas ramadanu.

Później też uświadomiliśmy sobie, że nasza przerwa w recepcji, o której pisałem wcześniej wzięła się z czasu na spożywanie posiłku po całodniowym poście. Pokazuje to też jak ważna bywa religia w Malezji. Nie ważne, że recepcja hotelu w samym centrum turystycznym jest zamknięta. Liczy się ważny moment na posiłek. Cały bowiem personel AB motel to muzułmanie.

Trzeciego dnia pobytu na Langkawi zdecydowaliśmy się na wycieczkę po wschodniej części wyspy. Do wyboru mieliśmy opcję zorganizowaną oraz taxi. Ta pierwsza kosztuje około 70 ringitów (PLN) za osobę. Całkowity więc koszt w naszym wypadku wyniósłby 210 PLN. Przeliczając za 150 PLN udało nam się jednak wynająć taksówkę na cały dzień.


Wspólnie więc z kierowcą pojechaliśmy aby udać się na kilka z lokalnych atrakcji:

  • Eagle Square (Plac Orła) - to tutaj znajduje się symbol Langkawi czyli orzeł. Langkawi bowiem znaczy w języku malajskim też "brązowy orzeł". Zaledwie kilka kroków stąd znajduje się też terminal skąd odpływają promy min. do Tajlandii, która jest naszym kolejnym celem (a dokładnie wyspa Koh Lipe)


  • Wildlife Park Langkawi czyli park w którym dzieciaki mogą znaleźć liczną kolekcję różnych zwierząt ze zdecydowaną przewagą ptaków a głównie papug. Tutaj też Laura i Daniel (i nie tylko) mieli naprawdę dużo frajdy karmiąc je.


Dzieciaki upodobały sobie również króliczki, jakże egzotyczne zwierzątka z Malezji :) Zapewne też przypomniał im się nasz domowy królik Nodi, który cierpliwie czeka na nasz powrót, wraz z Roxi, szalonym foxterierem (pozdrowienia dla obu babć i dziadka, którzy się nimi opiekują)


  • Dla nas wszystkich ciekawym doświadczeniem była również wizyta w Mardi Agrotechnology Parku - farmie, na której hoduje się przeróżne egzotyczne dla nas owoce, często dodajmy w ogóle dla nas nieznane. Jeździ się tu takim otwartym busem (ależ Daniel miał zadowoloną minę !) i zwiedza okoliczne plantacje. Tutaj też zajadaliśmy się nimi próbując różnych odmian. Fajne i pouczające, również dla nas, rodziców.

  • Poniżej zdjęcie z durianem, jak się mówi królem owoców tropikalnych. Jak być może pamiętacie w Singapurze za wejście do metra z nim groziła niezła kara pieniężna. Tutaj też mieliśmy możliwość go poczuć bo przecież z wyjątkowo śmierdzącego zapachu on słynie. Fakt jest taki, że "pachnie" na całego (choć da się wytrzymać) ale do codziennego zajadania nam daleko :)


    Poniżej wersja humorystyczna :)


    Drugim owocem, o którym warto wspomnieć jest "rambutan" kupowany często niczym bukiet kwiatów za 3 ringity na okolicznych straganach. Sam owoc przypomina wyglądem nasz kasztan (choć jest żółty lub czerwony) i w języku malajskim znaczy w części "włos" - bo ma takie charakterystyczne włoski. Po obraniu widoczny jest gotowy do zjedzenia owoc. W smaku coś między śliwką a agrestem z pestką w środku. Jest naprawdę bardzo słodki i najczęściej się nim zajadamy. Tak się składa, że jest właśnie sezon na ten owoc, który trwa od połowy czerwca do połowy sierpnia.


    Zasmakował nam również tzw. "dragonfruit" nieco dziwny w smaku owoc o barwach od białej do czerwonej (w środku). Przed obraniem ma charakterystyczne wypustki.

    Ostatnim owocem, który... zapamiętaliśmy był Langstat. Okrągłe blado żółte małe owoce smakujące poniekąd podobnie do grejpfruta. Coś przynajmniej w tym stylu. To te małe gładkie kulki poniżej (drugie)


    Mówiąc przy okazji o jedzeniu popełniliśmy też mały nietakt w stosunku do naszego kierowcy, muzułmanina. Po kilku godzinach jazdy, a było to jeszcze przed wspomnianymi owocami dzieciaki zgłodniały i wpadliśmy na pomysł aby w pobliskim McDonaldzie (też oczywiście są) kupić kawałki kurczaka czyli nuggestsy. Dzieciaki dostały więc w aucie po kawałku do schrupania my w naprawdę dobrej woli poczęstowaliśmy naszego kierowcę. Spojrzał na nas jak na wariatów i śmiejąc się powiedział, że nie może bo ma ramadan. Fakt, kurde zupełnie o tym zapomnieliśmy. Przeprosiliśmy go ale na szczęście nasz kierowca był bardzo wyluzowanym człowiekiem i obrócił wszystko w żart. Absolutnie nie odczuliśmy z jego strony żadnej złości no choć nuggetsy nieźle mu tam pewnie pachniały i po żołądku "przejechały" :)

    Okazał się jednak twardy i znakomicie trzymał się swoich zasad. Za to ma u nas "Like’a"

    Podczas wizyty w Mardi Agrotechnology Parku mieliśmy okazję również widzieć niektóre zwierzęta, w tym mieszkańców Nowej Zelandii, z którymi dochodziło do dzielenia się pożywieniem. Tylko kto się tu z kim dzieli :) :)


    • Laura zażyczyła sobie również wizyty... na placu zabaw, czyli dokładnie tak samo jak ma to miejsce podczas każdego z naszych wyjazdów :) Jako, że po drodze zauważyliśmy całkiem fajny nie było w ogóle dyskusji i wspólnie pospieszyliśmy dając zarówno Laurze jak i Danielowi dużo frajdy. Jak się okazało byliśmy jedynymi gośćmi zapewne z powodu wysokiej temperatury, no może za wyjątkiem małych, niezwykle zwinnych i szybkich jaszczurek, które przechadzały się na jego terenie. Niestety nasze obiektywy za nimi nie nadarzyły.


    Swoją drogą mówiąc o pogodzie to nawet z Jolą na ten temat żartujemy. Mamy bowiem w naszym domku mały telewizorek z dwoma kanałami telewizji malezyjskiej. Oprócz wielu programów związanych z ramadanem sporadycznie pojawia się pogoda. Pośmialiśmy się trochę jak wyobraziliśmy sobie, że mówią o ochłodzeniu z 35 stopni na 30 stopni, bo przecież w Malezji jest cały czas ciepło czy nawet gorąco. Taka mała tropikalno-wakacyjna głupawka nas dopadła :)

    Tak naprawdę to jest ciepło ale zdecydowanie da się wytrzymać. Z polskiej perspektywy obawialiśmy się, że klimat da nam w kość, szczególnie patrząc na dzieci. Na miejscu okazało się, że temperatura w ogóle nam nie przeszkadza a i często chodzimy nawet bez czapek. Nie jest źle i do tej pory nikt na pogodę nie narzekał. Zapewne jest to też związane z faktem, że w ostatnim czasie jesteśmy blisko morza, które z pewnością wysoką temperaturę łagodzi.

    Wracając do naszej lokalizacji, w której obecnie przebywamy warto wspomnieć, że przechadzając się po tutejszym centrum nie jesteśmy nagabywani przez lokalnych sprzedawców czy restauratorów. To ważne bo spokojnie można sobie wejść do sklepu i pooglądać interesujące nas produkty. Wokół też wręcz roi się od agencji turystycznych, które sprzedają wycieczki na okoliczne atrakcje w Malezji czy do bliskiej stąd Tajlandii.

    Jutro właśnie zamierzamy wykupić transport do naszej kolejnej tym razem tajskiej wyspy - Koh Lipe, o której już wspominałem. Tak się składa, że przez pół roku między Langkawi a tą wyspą kursuje regularny prom. Niestety w naszym okresie (uznawanym przez tajską stronę jako "low season" z czym turyści się zupełnie nie zgadzają) nasz dojazd będzie nieco bardziej skomplikowany. Z Langkawi bowiem promem popłyniemy do miasteczka Saturn (spokojnie to wciąż Ziemia, z tym że Tajlandia :) Potem samochodem, taxi lub busem należy przejechać się do miasteczka Pak Bara aby stamtąd udać się łodzią do wyspę Koh Lipe. Jest to niewielka wysepka, bez ruchu samochodowego - i tu właśnie będziemy chcieli zobaczyć najfajniejsze plaże naszych azjatyckich wakacji. Jak się okazało koszt organizowanego wyjazdu spod naszego hotelu w Langkawi - na wyspę Koh Lipe należy liczyć po przeliczeniu na jakieś 140 PLN/ osobę dorosłą, w jedną stronę. Laura ma jakąś zniżkę, Daniel jak dotąd free czyli bez opłat.

    Zanim jednak do tego dojdzie przez kilka kolejnych dni na Langkawi zamierzamy odwiedzić kolejne lokalne atrakcje min. kolejkę gondolową, która zawiezie nas na szczyt góry Mat Cinang, z której to z kolei rozpościera się piękny widok ma Morze Andamańskie oraz okoliczne liczne wysepki archipelagu. Oprócz tego wybierzemy się na farmę krokodyli, zobaczymy ponownie małpy, jakże obecne na Langkawi. Być może też spotkamy iguanę, często 1,5 metrowego zupełnie niegroźnego gada przemierzającego swobodnie wyspę. Odwiedzimy też okoliczne wyspy "Hoping" szukając ciekawych okolicznych plaż. Ponoć bowiem te najpiękniejsze w archipelagu Langkawi znajdują się poza główną wyspą, na której jesteśmy.

    Na sam koniec o zagranicznych turystach, których spotkaliśmy na swojej drodze. W zdecydowanej większości są to Australijczycy (z racji lokalizacji), natomiast z Europy głównie Niemcy czy Holendrzy. Praktycznie nie spotykamy Polaków, no może za wyjątkiem sympatycznego profesora z rodziną pracującego na uniwersytecie w Kuala Lumpur (swoją drogą pozdrawiamy).

    Laura kolejny raz zobaczyła jak ważny jest język angielski. Wszystkie bowiem dzieci turystów na całej naszej trasie porozumiewają się w tym języku. Angielski jest też powszechnie używanym językiem w Malezji. Mimo, że jak pisaliśmy wcześniej dzieci nie mają barier, to jednak każda zabawa pomiędzy nimi jest łatwiejsza jak dobrze się dogadują. Jesteśmy na przykład pod wrażeniem małej Candy, 5 letniej dziewczynki z Australii, która mieszka z rodzicami od jakiegoś czasu w Szanghaju czyli w Chinach. Jak się okazało biegle mówi już po mandaryńsku (język chiński), nie wspominając faktu, że jej mama jest holenderką. O angielskim nie wspominamy bo to jej ojczysty język. Swoją drogą każdy tego typu wyjazd motywuje do nauki języków, w tym wypadku nas rodziców w stosunku do naszych dzieci. Daniel ma jeszcze trochę czasu ale na Laurę czas aby szlifować ostro angielski, również po naszym powrocie.

    Kiedy właśnie kończyłem pisać tą relację Jola wbiegła do domku. Okazało się, że na naszej plaży leży turystka poparzona przez meduzę. Ponoć wyglądało to bardzo źle a jej ciało było czerwone. Do tego miała poważne problemy z oddychaniem. Miała bardzo dużego pecha bo ponoć tego typu wypadek miał miejsce tutaj (w naszym obszarze przy hotelu) ponad rok temu. Trochę nas to zmroziło...

    Kończąc nieco w mniej optymistycznym tonie, pozdrawiamy z Langkawi w Malezji.

    W następnej relacji opiszemy dzikie okoliczne wysepki tutejszego archipelagu oraz napiszemy o pierwszych wrażeniach z tajskiej wyspy Koh Lipe (oczywiście jak będziemy mieć tam Internet :)

    23.07.2013; Dawid, Jola, Laura i Daniel

    PRZEJDŹ DO GALERII Azja 2013 – tydzień 3: Bali (Indonezja) & Langkawi (Malezja)

    do góry