Azja 2013
TYDZIEŃ 2: KUALA LUMPUR (MALEZJA) + BALI (INDONEZJA)

Wczesna pobudka na pociąg relacji Johor Bahru - Kuala Lumpur. Wstawanie było trudne, dzień wcześniej dostaliśmy w kość jeśli chodzi o długi i gorący dzień w Legolandzie. W porannych więc godzinach dotarliśmy na dworzec kolejowy, swoją drogą nowy, nowoczesny i robiący bardzo dobre wrażenie. Z tego właśnie miejsca jadą pociągi do pobliskiego Singapuru oraz w przeciwnym kierunku, który nas interesował min. do Kuala Lumpur, stolicy Malezji.


Odcinek Johor Bahru - Kuala Lumpur zdecydowaliśmy się pokonać pociągiem a nie dalekobieżnym autobusem. Autobusy mają tutaj bardzo dobrą opinię w przeciwieństwie do kolei. Wytłumaczyliśmy sobie jednak, że Danielowi będzie łatwiej pokonać kilka godzin w pociągu gdzie mimo wszystko można sobie nieco pochodzić. Koszt biletu w jedną stronę do KL kosztował nas 33 Ringity malezyjskie czyli dokładnie tyle samo przeliczając na polskie złotówki dla osoby dorosłej. Cała podróż miała trwać około 7 godzin, przy dystansie około 330 km. To długo mając na uwadze dzieciaki a już szczególnie Daniela, którego co chwile rozrywa energia :)


Pociąg z Singapuru w kierunku Kuala Lumpur przyjechał punktualnie. Weszliśmy do pociągu i... skąd my to znamy. Nie był to delikatnie mówiąc najwyższy standard. Pociąg nie był może brudny ale wyczuwało się wilgoć i nieprzyjemny zapach. Podłoga również pozostawiała również wiele do życzenia. Największym jednak hiciorem były wiecznie otwierające się drzwi między przedziałami, które prowadziły do drzwi wyjściowych z pociągu, które nie koniecznie były zamykane, kiedy pociąg odjeżdżał z kolejnych stacji. Mając na względzie dużą ilość bagażu oraz wózek ulokowaliśmy się na początku przedziału gdzie było nieco więcej miejsca niż na pozostałych siedzeniach. Daniel widząc otwierające się drzwi wielokrotnie tam podążał ku "uciesze" rodziców. Z jednej strony otwierające się drzwi przedziałowe a potem otwarte drzwi przy pędzącym pociągu. Z czasem jednak Daniel zasnął i przynajmniej na jakąś chwilę mieliśmy chwilę wytchnienia. Laura pomimo wspomnianych 7 godzin też nieźle sobie radziła choć chyba największą karą było wyjście do ubikacji, która oprócz wielkiej dziury też pozostawiała wiele do życzenia.


Jako, że nie wzięliśmy za dużo do jedzenia zdecydowaliśmy się na jakiś posiłek w pociągowym "Warsie". Ponownie (Dawid) zamówiłem wersję "non spicy". Nie wspomnę, że osobą obsługującą był / była (???) typowa ladyboy rodem z Tajlandii (odsyłam do Internetu). Laura zadała mi tylko pytanie dlaczego ta pani ma taki męski głos ;-). Pierwszą osobą, która spróbowała makaronu była Jola. W jednym momencie wstała i niemal krzyknęła, tak był ostry. Ponownie bowiem okazało się, że wersja "non spicy" jest tak bardzo "spicy", że nie da się tego normalnie zjeść. Kuchnia azjatycka może więc być dość dużym problemem dla dzieci i osób nie lubiących takich potrwa. No chyba, że uda nam się zamówić wersję łagodną.

Siedzące za nami starsze panie (Chinki z Malezji) od razu widząc niemal skaczącą Jolę zaproponowały różne smakołyki aby zabić ostry smak. Smakowały nam najbardziej domowej roboty ciasteczka. Oczywiście głównym obiektem rozmów był Daniel przemieszczający się i zaczepiający okolicznych pasażerów. Ponownie wszyscy, bez wyjątku bardzo miło reagowali zarówno na niego, jak i na Laurę.

Z pociągu wysiedliśmy w Kuala Lumpur około 16 godziny (8 lipca), tak więc zgodnie z planem. 7 godzinna podróż była męcząca. Pierwszy raz i jak dotąd jedyny nieco też stresowaliśmy się o higienę i Daniela, który rączkami „czyścił” wszystko co się da. Ja nawet stwierdziłem, że albo go coś teraz złapie albo wszystkie te brudy podziałają jako dobra azjatycka "szczepionka" (oczywiście nieco żartując). Finalnie jednak i na szczęście nie mieliśmy żadnych problemów.

Jak to u nas nie obyło się bez przygód. Najpierw "padła" nam komórka, w której mieliśmy adres hotelu, potem odbyło się poszukiwanie Internetu na całym dworcu przy biegającym Danielu oraz dźwiganiu ciężkich plecaków i targaniu wózka. Ostatecznie pani w informacji powiedziała nam, że nasz zarezerwowany hotel znajduje się jakieś 25 km od ścisłego centrum miasta. Na szczęście jakoś to wszystko poukładaliśmy a wspomniana lokalizacja hotelu okazała się pomyłką.

Kuala Lumpur ("Błotniste Ujście") przywitało nas standardową duchotą ale z drugiej strony nie było palącego słońca, co dla nas podróżujących z dziećmi było dobre. Daniel, który przez część podróży pospał dostał ponowie ekstremalnej energii i zaczęło go rozrywać do wszelkich ucieczek oraz szaleństw. Zdecydowaliśmy się na podróż taksówką z dworca głównego do naszego hotelu turystycznego aby móc jak najszybciej wziąć prysznic i zdjąć plecaki. Jak się okazało należy w Kuala Lumpur Sentral (tak się nazywa dworzec główny) kupić najpierw specjalny kupon na taxi by takim transportem pojechać w wybrane miejsce. Pojechaliśmy w kierunku nowego "U PAC HOTEL". Tradycyjnie zarezerwowaliśmy go przez booking.com a główną jego zaletą była cena oraz bardzo dobre referencje osób, które go odwiedziły. Sam hotel pomimo oddalenia od ścisłego centrum jest zupełnie nowy i czuć w nim świeżość, zupełnie tak jakby się było w Europie. To co nas bardzo miło zaskoczyło to bardzo uczynny i uśmiechnięty personel. Z drugiej strony nieco nowym doświadczeniem był pokój bez okna, które w Kuala Lumpur dość często się zdarzają w hotelach klasy turystycznej. Koszt przejazdu taxi do centrum to 15 Ringitów (czyli 15 PLN).

Po smacznie przespanej nocy w czystej i świeżej pościeli naszym celem stały się słynne wieże Petronas. To definitywnie wizytówka malezyjskiej stolicy i do dzisiaj jeden z najwyższych budynków świata, z wysokością 452m (88 czteropiętrowych pięter).

Poniżej zestawienie top drapaczy chmur (źródło wikipedia).

Wybrane drapacze chmur (na czerwono zaznaczono wieżowce w budowie)


Faktycznie budynek robi wrażenie, szczególnie gdy pozna się jego historię. Powstała w 1998 roku konstrukcja budowana była przez dwie niezależne firmy. Za jedną z wież odpowiadała Samsung Constructions a za drugą Hazama Corporation. Co ciekawe pomimo, że ta pierwsza rozpoczęła budowę miesiąc później zdecydowanie wygrała ze swoim konkurentem, który w trakcie prac napotkał spore problemy z odchyleniami wieży w stosunku do pierwotnych założeń. W samym Petronas Towers swoje siedziby mają najwięksi z największych między innymi Boeing , Microsoft czy IBM. To taka biznesowa elita patrząc na całe Kuala Lumpur. Oczywiście też w samym budynku znajduje się centrum handlowe. Tym razem, również mając na uwadze budżet nie zdecydowaliśmy się na wjazd na samą górę by podziwiać krajobraz KL szczególnie mając w pamięci niedawną wizytę w Marina Bay Hotel w Singapurze. Poza tym dzień był wyjątkowo pochmurny przez co widoczność z pewnością nie byłaby najlepsza.


Cały dzień poświęciliśmy na okoliczne zwiedzanie malezyjskiej stolicy. Oprócz PT nic specjalnie nas nie zachwyciło o czym warto byłoby wspominać. Poza tym spędzając jedynie cały dzień w tym mieście nie postawiliśmy sobie jakiegoś wybitnie ambitnego planu. Stało się tak ponieważ zaledwie dwa dni wcześniej zarezerwowaliśmy sobie bilety lotnicze w liniach Malaysian Airlines z KL na indonezyjską wyspę Bali. W otoczeniu "bliźniaczych wież" bo tak się o nich mówi znajdują się też inne drapacze chmur


Wieczór spędziliśmy na placu zabaw w otoczeniu typowo malezyjskiego blokowiska, które znajdowało się nieopodal naszego hotelu. Staliśmy się nieco lokalną atrakcją bo faktycznie wokół pojawiło się dużo dzieciaków i dorosłych – ponownie bardzo miło do nas nastawionych. Jak to bywa w takich okazjach pytali się skąd jesteśmy i gdzie dalej jedziemy. Zdecydowanie jednak Laura stała się „hiciorem” wieczoru pokazując wszelkie wygibasy na różnego rodzaju drążkach, które nauczyła się od swojego dziadka Romana. Lokalne małe chłopaki robiły wielkie oczy co drobna i niepozorna biała dziewczynka wyrabia. Po pewnej chwili wokół nas okoliczne dzieciaczki też tak próbowały ale trzeba przyznać, że nie do końca im się to wychodziło ;-) Trochę załujemy, że nie mieliśmy ze sobą aparatu, no ale jak wspominałem w KL jeszcze będziemy później.

Niewątpliwą pamiątką z Kuala Lumpur będzie kupiony … plecak po tym jak nasz, z resztą pożyczony (tu pozdrowienia dla Agnieszki) zupełnie się rozwalił. Nowy więc zakup będzie nam przypominał o tej stolicy. Wspominając o plecakach zdecydowaliśmy się na tą wersję podróżowania przez Azję aby mieć wolne ręce uwzględniając Daniela, Laurę oraz wózek. Z walizkami by się to nie udało ;-)

W kolejnym dniu ponowne poranne pakowanie i wyjazd do stacji kolejowej Kuala Lumpur Sentral, z której odchodzi również nowoczesna i szybka kolejka na międzynarodowe lotnisko (KLIA Express). Zupełnie inny standard w stosunku do naszych poprzednich doświadczeń. Tak więc miło i bez przygód znaleźliśmy się na miejscu. Było jednak trochę drogo po zapłaciliśmy 85 Ringity za całą naszą rodzinę.


Po standardowej odprawie i spędzeniu kilku chwil na lotnisku wsiedliśmy do samolotu aby po 3,5 godzinach przylecieć na Bali (blisko 2000 km), ponoć magiczną wyspę znajdującą się w Indonezji. Samolot dla całej 4 osobowej rodziny kosztował nas jakieś 2000 PLN, tak więc jakieś 700 PLN jeśli chodzi o cenę dla osoby dorosłej (bilet w dwie strony). Lecieliśmy jak wspomniałem Malaysian Airlines, które są bardzo cenione w świecie lotniczym i uważane za jedne z najlepszych. Linie te znakomicie konkurują w Malezji ze swoim tańszym i słynnym już odpowiednikiem Air Asia.


Lotnisko w Denpasar (stolica w Bali) przywitało nas dużą biurokracją, na szczęście w miarę sprawnie obsługiwaną przez lokalnych urzędników. Do Indonezji bowiem wymagana jest wiza, którą można załatwić albo w swoim kraju albo na tutejszym lotnisku, po opłaceniu niemałego kosztu na głowę 25 USD. Tak więc stówa dolarów pękła na dzień dobry. Po odprawie paszportowo-wizowej udaliśmy się po nasze bagaże. Jako, że byliśmy już spóźnieni po wypisywaniu licznych druczków wizowych stali przy nich ludzie z lotniskowej obsługi. Widząc nas wzięli plecaki i powiedzieli, żeby iść za nimi. W pierwszym momencie byliśmy pewni, że czeka nas jakaś specjalna kontrola i nieprzyjemności. Okazało się jednak, że to typowi tragarze (ubrani w oficjalne lotniskowe mundurki), którzy po dojściu do celu podprowadzili nas... do kantoru aby dać im napiwek. Jak stwierdzili tutaj możecie sobie wymienić pieniądze na indonezyjskie rupie. Trochę nas to wkurzyło bo od razu spotkaliśmy się z wyciąganiem kasy od turystów tuż po przybyciu na Bali. No dodajmy, nie dużej na szczęście kasy.

Przy samym wyjściu, z pewnością nieco zniecierpliwiony już czekał nas kierowca, którego zorganizowała nam właścicielka hotelu, w którym zarezerwowaliśmy nasz 9 dniowy pobyt na Bali. Okazał się naprawdę bardzo sympatycznym człowiekiem. Na dzień dobry założył Laurze balijskie kwiaty na głowę i obie ręce mówiąc przy tym „Welcome to Bali” :) Drobna sprawa ale jakże miła. Laura będąc już nieco zmęczona poczuła się niczym mała księżniczka.

Po drodze nauczeni doświadczeniami kulinarnymi (spicy etc) wstąpiliśmy w Denpasar do lokalnego Carrefoura aby zrobić małe zapasy na nasz pobyt. Sam sklep praktycznie nie różnił się niczym specjalnym. Masa przeróżnych artykułów, w tym również egzotycznych dla nas owoców. Poziom cenowy zbliżony do polskiego. Ciekawe jednak było to, że zarówno wchodząc do samego sklepu, jak i po zapłaceniu przy kasie personel składa ręce i mówi "thank you". Ponownie drobnostka ale miła, no i świadcząca, że jesteśmy na Bali :) Na zakupy świadomie się zdecydowaliśmy ponieważ wybraliśmy hotel na małym uboczu, z kolei przy samej plaży, po wschodniej części wyspy, z daleka od typowo turystycznego południa. Wybór ANOM BEACH HOTEL (okolice Candidasy na wchodzie) okazał się w pełni trafny ponieważ po ostatnich licznych eskapadach chcieliśmy aby Daniel i Laura sobie odpoczęli, my z resztą też. Czas więc był na typowo plażowy odpoczynek połączony jednak ze spokojnym zwiedzaniem wyspy.


Nasz hotel znajduje się (wciąż w nim jesteśmy) w centrum lokalnej wioski tuż nad samym Morzem Bali.


To bardzo ciekawe doświadczenie ponieważ wokół nas toczy się życie, no może nieco bardziej nastawione na przyjeżdżających tu turystów. Sam hotel znajduje się niczym w małej dżungli i szczególnie wieczorem słychać liczne odgłosy przeróżnych zwierzaków. Standardem są małe jaszczurki, duże motyle czy również mrówki w pokoju. Podczas pierwszej nocy siedząc na bardzo fajnym naszym tarasie siedzieliśmy nieco spoglądając wokół, która strona ściany czy sufitu się rusza. Potem, tak jak już to nie raz było wcześniej podczas innych egzotycznych podróży bierzemy to za standard i nawet nie zwracamy na to uwagi. Nawet na jedną jaszczurkę mieszkająca z nami w pokoju :) Było nie było to one właśnie zjadają wszelkie insekty czy komary, które mogą potencjalnie przenieść jakieś choróbstwa, tak więc w sumie działają na naszą korzyść. Z racji lokalizacji i dzikości zaczęliśmy się tu smarować repelentami na komary (dorośli znaną Muggą a dzieciaki Kokodą). Co ciekawe niemal w każdą noc coś (???) ostro uderza w dach naszego budynku i do dziś nie wiemy co to jest. Siedząc podczas którejś nocy na tarasie też miałem małego stracha bo to coś co ostro hałasowało było blisko mnie czy raczej nade mną. Z pewnością jakieś zwierzę ale nie wiemy zupełnie co to jest. Hałas jest na tyle duży, że prawdopodobnie to coś dużego. Szansa, że to Makaki (małpy z Bali) jest mała bo żyją one w innej części wyspy. No ale kto wie. Może się podczas którejś nocy przekonamy.

Takie nieco bardziej dzikie położenie podoba nam się bo nie widzimy masowej turystyki, przed którą teraz zdecydowanie chcieliśmy uciec. Popołudniami i wieczorami z kolei kąpiemy się wspólnie w morzu z lokalnymi dzieciakami. Laura miała też okazję pobawić się z dziećmi wieszając się na lianach z drzew.



Swoją drogą kąpiele zarówno w basenie jak i w morzu należą do największych atrakcji naszych dzieciaków. Laura każdy dzień zaczyna standardowym tekstem "mamo, tato kiedy idziemy na plażę?" Oczywiście pytanie zadawane jest w okolicach 6 czy 7 godziny rano bowiem nasze dzieciaczki, podobnie z resztą jak tata są typowymi skowronkami, ku uciesze swojej mamy. Nie przypadkiem więc mieszkamy przy ulicy Skowronków :) Tak czy owak kończy się na wielokrotnych kąpielach podczas każdego dnia.


Lipiec na Bali to obok sierpnia jeden z ... najchłodniejszych miesięcy. Dla nas to bardzo dobrze, ponownie uwzględniając podróżowanie z małymi dziećmi. Jest cieplutko, około 26-28 stopni a zarazem nie ma palącego słońca. Co ciekawe do tej pory a minęło już 2 tygodnie w sumie dzień spędzony w Legolandzie był dniem gorącym, sprawiającym problemy w typowym podróżowaniu czy zwiedzaniu. To dla nas miłe zaskoczenie. Jest więc bardzo ciepło ale nie gorąco. Tak w sam raz.

Każdego poranka z przyjemnością chodzimy na śniadania. Są one bardzo smaczne i przede wszystkim uwzględniając dzieci i Jolę - nie "spicy". Naszym hitem jest sok z arbuza delikatnie zmrożony ewentualnie sok z kokosa. Jeśli chodzi o dania to najczęściej wybieramy bardzo smakowite naleśniki z bananem czy ananasem lub indonezyjskie danie "nasi gerong" (indonezyjskie danie narodowe: smażony ryż, sos sojowy, delikatne mięso, kawałki makaronu i jakieś sosy). Sama restauracyjka bardzo ładnie jest położona z widokiem na Morze Bali. Personel bardzo miły. Jak to wielokrotnie wcześniej bywało szczególnie upodobali sobie Daniela. Biorą go na ręce i porywają do kuchni. Balijczycy bowiem szczególnie kochają dzieci uwzględniając ich religię oraz kulturę.

Przyjeżdżając na Bali wiele osób utożsamia tą wyspę z rajskimi plażami. Owszem jest pięknie ale patrząc na nasze wcześniejsze kierunki i podróże nie najpiękniejsze. Na Bali bowiem przyjeżdża się by poczuć tutejszą atmosferę, kulturę i hinduistyczną religię. Przejeżdżając bowiem przez wyspę samochodem niemal na każdym kroku widać piękne świątynie oraz niesamowite figurki czy pomniki. To robi wrażenie bowiem często stare i piękne budowle łączą się z widokiem na morze. Fajny klimat dający często refleksje na temat wielu spraw. O to też chyba z resztą chodzi. Podczas przejazdów widać również pięknie poubieranych ludzi podczas lokalnych uroczystości czy świąt. Jest ich dużo bowiem każda wioska wydaje się żyć własnymi lokalnymi wydarzeniami. Jedną z takich świątyń jest położona na wschodzie "Pura Goa Lewah" ("Świątynia Nietoperza"), którą odwiedziliśmy podczas jakiś uroczystości. Mężczyźni odświętnie na biało ubrani, kobiety na głowach niosące owoce tworzyli wyjątkowy klimat. Warto wspomnieć, że strop tamtejszej jaskini zamieszkuje cała masa nietoperzy. Nie widzieliśmy ich jednak ze względu na odbywające się obrzędy. My jako innowiercy musieliśmy założyć sarong, czyli materiał, który zakłada się wokół bioder oraz trzymać się z boku, bowiem niedopuszczalne jest stanie na wprost kapłana. Generalnie wizyta w takich świątyniach to niesamowite przeżycie.



Któregoś dnia wybraliśmy się do miasteczka Ubud położonego w centralnej części wyspy wokół pól ryżowych. Liczy one około 30 000 mieszkańców i jest dzisiejszą mekką turystyczną ze względu na kulturę oraz otaczające je wioski, w której wykonywane są różnego rodzaju artykuły drewniane, ceramiczne czy ze srebra. Każda wioska nastawiona jest na inną produkcję. Przejeżdżając na każdym kroku wystawione są przeróżne dzieła oczywiście nastawione na przyjeżdżających tu turystów.

Prawdziwym jednak można to powiedzieć przeżyciem była wizyta w wiosce produkującej wszelkie rzeźby i artykuły z drewna. Nigdy do tej pory nie widzieliśmy takich arcydzieł. Dosłownie nas powaliły jeśli chodzi o naprawdę drobne detale czy rozmiary. Jedna z galerii na potężnej przestrzeni miała wystawione do sprzedaży tak niesamowite rzeźby że do dzisiaj je wspominamy. Konie oryginalnej wielkości, kilkumetrowe pomniki Buddy, delfiny, maski - dosłownie wszystko co się chce. Przy okazji oprócz widocznej bardzo wysokiej jakości wyrobów widać było poteżną pracę włożoną w te dzieła. Myślę, że słowami tego się nie odda to co widzieliśmy. Nie bez przypadku artykuły te należą do najbardziej pożądanych na świecie (jak się później dowiedzieliśmy w Internecie). Koszty to oczywiście często kilka tysięcy dolarów, więc powiedzmy sobie szczerze nie na naszą kieszeń.


To wszystko robiło na nas bardzo duże wrażenie ze względu również na fakt, że z każdego egzotycznego wyjazdu staramy się przywieść pamiątkę w postaci drewnianej maski. Z takich masek słynie też właśnie Bali.


Finalnie kupiliśmy taką w małym rodzinnym sklepiku we wspomnianym mieście Ubud - oczywiście znacznie znacznie tańszą. To nie ten sam produkt co widzieliśmy no ale nie na wszystko sobie można pozwolić. Pamiątka więc z Bali będzie zdobiła ścianę w salonie.

Sam Ubud był kiedyś wioską nastawioną na kulturę, do której zaczęło przybywać coraz więcej turystów. Z czasem ich liczba stała się tak duża, że niewielka wioska stała się miasteczkiem z przeróżnymi atrakcjami dla turystów. Mimo, że bezwzględnie należy ją odwiedzić to utraciła ona z pewnością swój koloryt nastawiając się coraz bardziej na komercję, która jest wokół widoczna. My łatwego życia też nie mieliśmy starając się jechać wózkiem pośród licznej rzeszy turystów, nagabujących lokalsów i przy wyjątkowo kiepskiej jakości chodników. Sami bowiem byliśmy świadkiem, kiedy osoba idąca tuż przed nami wpadła całym impetem w ogromną dziurę całkowicie rozwalając sobie nogę. Mnóstwo krwi, płacząca córka no i zapewne szpital… Przykro było na to patrzeć bo zapewne był to koniec ich wakacji na Bali.

Swoistą atrakcją miasteczka Ubud jest tzw "Monkey Forest", w którym swobodnie biegają makaki, czyli małpki. Dość długo zastanawialiśmy się czy tam iść ze względu na dzieciaki. Standardem jest bowiem wskakiwanie małpek na ludzi w poszukiwaniu jedzenia. Przy okazji kradną wszystko co się da, telefony, okulary i inne tego typu. Są przy tym bardzo zaciekłe i często złośliwe, czy lepiej napisać "charakterne". Problemem mogą być jednak wszelkie zadrapania. To potencjalny problem w aspekcie również potencjalnej wścieklizny. Są to przecież zupełnie dzikie zwierzęta i takie przypadki zdarzały się w historii. Finalnie jednak zdecydowaliśmy się na wizytę w tym parku ale przy uwzględnieniu zasad, że nie karmimy małpek (a wielu tak robi) i ich nie zaczepiamy. Może przesadnie do tego podeszliśmy ale czytając niektóre opinie z "tripadvisora" chcieliśmy być ostrożni aby uniknąć późniejszego stracha i nie daj boże wizyty we wspomnianym szpitalu. Sam park faktycznie pełen jest makaków chodzących i skaczących na każdym kroku. Niektórzy z turystów doświadczyli skoku na plecy figlarnej małpki dostając przy tym wielkich oczu z przerażenia. Część z nich świadomie je karmi dostępnymi bananami ale nie uważamy to za w pełni stosowne. Z pewnością jednak zarówno Laura jak i Daniel mieli dużą atrakcję i uciechę widząc swobodnie poruszające się makaki. Wizytę więc w "Monkey Forest" uważamy za udaną.



Kolejnym celem wycieczki stały się słynne tarasy ryżowe w Tegelangang znajdujące się blisko miasteczka Ubud. Położone są one w wioskach na przepięknych wzgórzach. Kiedyś przejazd taki był bezpłatny ale od jakiegoś czasu wioski widząc niezły interes wprowadziły opłatę za wjazd. No cóż każdy chce zarobić. Fakt jest jednak taki, że widoki są niesamowite i naprawdę robią wrażanie. Z góry bowiem widać piękne pola, na których odbywa się praca potrzebna przy plantacjach ryżowych.



Ostatnim punktem wycieczki był czynny wulkan Mount Batur (1717m), jeden z dwóch znajdujących się na wyspie. Obok niego znajduje się piękne jezioro o tej samej nazwie. Jest jednocześnie najbardziej dzikim jeziorem na wyspie. W 2011 roku kolor jeziora zmienił się po jak się sądzi wewnętrznej erupcji wulkanicznej, po której padło wiele tysięcy ryb. Był to bardzo duży problem dla okolicznych wiosek.


Najwyższym i przy okazji również czynnym wulkanem jest Mt. Agung, co oznacza Wielka Góra (3142m).

Problem czynnych wulkanów jednak faktycznie istnieje ponieważ w 1963 nastąpiła erupcja wulkaniczna która pochłonęła ponad 1000 ofiar na tej pięknej wyspie. Jak widać każdy raj ma swoje negatywne strony i ciemne karty historii.

Na sam koniec podsumowania drugiego tygodnia kilka słów na temat głównych bohaterów wyjazdu. Poróżowanie z dziećmi wymaga bowiem wielu wyrzeczeń. Są chwile kiedy jako rodzice mamy dość. Jest ich jednak zdecydowanie mniej w stosunku do tych kiedy jako cała rodzina poznajemy te wszystkie niesamowite zakątki świata. Laura mając już niejedną podróż za sobą ogólnie sobie dobrze radzi choć wciąż i wciąż mamy problemy z jedzeniem. W Azji bowiem jest nadal typowym niejadkiem. To za ostre, to za słodkie etc. Wielką jednak radochą i o tym pisałem wcześniej są wszelkiego rodzaju pluskania w morzu czy basenie. Chyba wszystkie dzieci to uwielbiają. Daniel z kolei okazał się (no może się to jedynie potwierdziło z domu) strasznym rozrabiaką. Cały czas nam gdzieś ucieka, coś urywa, ścigą ze stołu - psoci na całego. Któregoś pięknego dnia podczas pobytu w Johor Bahru w centrum handlowym przy moim i Joli chwilowym zagadaniu podszedł do nas z wyciągniętą (skąd?!) ... świetlówką. Takie przygody mamy codziennie. Nawet nasz sympatyczny kierowca stwierdził, że ma mocny charakter. Jak płacze bowiem to słychać go nieźle przy pokazywaniu przy okazji nerwów na całego. Mamy tu z nim niezłe przygody. Jest przy tym słodki i z pewnością stał się małym bohaterem dla lokalnej społeczności, gdziekolwiek się pojawimy.

To co jednak nas rodziców bardzo cieszy to wyjątkowe zbliżenie siostry i brata podczas tych wakacji. Laura widocznie więcej zajmuje się Danielem i oboje tworzą wyjątkowo zgraną paczkę.

Powoli kończę. Mija właśnie drugi tydzień naszej rodzinnej azjatyckiej wyprawy. Przed nami kilka dni jeszcze na Bali podczas których chcemy jeszcze zobaczyć kilka okolicznych atrakcji.

W kolejnym tygodniu przedstawimy ciekawostki, których jest dużo jeśli chodzi o Bali i napiszemy o pierwszych wrażeniach z najpopularniejszej wyspy Malezji - Langkawi.

Póki co serdecznie pozdrawiamy z dalekiej Indonezji.

15.07.2013; Dawid, Jola, Laura i Daniel

PRZEJDŹ DO PRYWATNEJ GALERII ZDJĘĆ

do góry