Azja 2013
TYDZIEŃ 1: SINGAPUR + JB (MALEZJA)

No i stało się pierwszy tydzień naszej azjatyckiej eskapady za nami. Obecnie jesteśmy w stolicy Kuala Lumpur. Jest 8 lipca, środek nocy. Jola i dzieci śpią, jest to więc najlepszy moment aby opowiedzieć co się przez te pierwsze 7 dni działo. Ale po kolei.

Przygotowania do podróży po Azji trwały dosyć długo. Pierwszym i głównym elementem był zakup biletów lotniczych. Ich koszt bowiem stanowi praktycznie główny element całej układanki, patrząc od strony finansów aby móc w ogóle brać tego typu wyjazd pod uwagę. W roku 2013 mieliśmy jednak w Polsce idealny czas na dalekie podróżowanie głównie poprzez wejście na nasz rynek dwóch gigantów lotniczych, którzy zaoferowali super promocyjne ceny na światowych destynacjach: Qatar Airlines oraz Emirates. To z kolei pociągnęło za sobą również ciekawe ceny innych linii lotniczych choćby Lufthansy, z którą właśnie lecieliśmy. Pierwszym pomysłem był lot do Singapuru i z powrotem. Okazało się jednak, że idealną dla nas opcją jest bilet tzw. "multicity". Lecisz w jedno miejsce a wracasz zupełnie z innego. Dla nas taka opcja była idealna. Co ciekawe bilet powrotny do Singapuru kosztowałby nas o 1500 PLN więcej niż bilet powrotny z Tokio, w Japonii. Finalnie więc mieliśmy zakupione bilety na trasie Wrocław - Frankfurt - Singapur oraz powrotny Tokio - Monachium - Wrocław. Koszt dolotu pomiędzy Kuala Lumpur w Malezji do japońskiej stolicy kosztował nas zaledwie 1300 PLN dla naszej 4 osobowej rodziny (liniami Air Asia). Można więc powiedzieć, że Tokio, które zupełnie nie zakładaliśmy otrzymaliśmy zupełnie gratis "w pakiecie". Miłą niespodzianką był też lot do Singapuru największym samolotem świata "super jumbojetem" A388. To naprawdę latający olbrzym, z resztą dwupokładowy.


Podobnie dość długo rezerwowaliśmy noclegi na naszej trasie poprzez booking.com (rezerwacja hoteli z bardzo przejrzystymi zasadami i opiniami o hotelach) oraz poprzez airbnb.pl (rezerwacja noclegów typu "homestay", samodzielnych pokoi czy mieszkań).

Ogólnie więc nasza rodzinna wyprawa po Azji zakończyła się 7 tygodniowym planem podróży po Singapurze, Malezji, Indonezji (Bali), Tajlandii (Koh Lipe) oraz Japonii.

Ostatnim aczkolwiek bardzo ważnym elementem były szczepienia, dodajmy zalecane a nie konieczne. Jest ich cała masa i czytając wszystko jeszcze w Polsce można popaść w jakieś szaleństwo, że jedzie się niewiadomo gdzie i dopadnie nas coś niedobrego. W końcu zakończyło się na szczepieniu WZW A i WZWB (żółtaczki pokarmowe i wszczepienne) + dzieci zaszczepione zgodnie z tzw. kalendarzem szczepień, co akurat tutaj bardzo pomogło. Zakupiliśmy jednak całą masę repelentów (preparaty na komary) oraz dodatkowo moskitiery, które zresztą do tej chwili tkwią gdzieś na dnie plecaka. Są one potrzebne na wypadek gdyby komary się pojawiły - szczególnie mając na uwadze potencjalne choroby jakie w tej części świata roznoszą. Nie ma jednak co panikować bo ludzie przecież też tu jakoś żyją. Dodatkowo celowo obraliśmy kierunki naszej rodzinnej wypady gdzie ryzyko tego typu jest znacznie znacznie mniejsze niż w innych regionach Azji.

Nieco zmroziła nas informacja (rzadko podawana w Polsce) o wyjątkowo dużym smogu i wręcz mgle w Singapurze i płd. Malezji po nielegalnym wypalaniu lasów na indonezyjskiej Sumatrze. Jak się okazało cały obszar był przez kilka dni był pod jej wpływem co skutkowało min. apelami lokalnych władz o nie wychodzenie z domów. W Malezji, na południu wprowadzono również stan wyjątkowy. Na szczęście dla nas temat się szybko skończył po kilku większych deszczach. Tematu więc w ogóle nie było.

A więc wyruszamy !!!

Sam lot w dniu 01.07 był długi i męczący. Najpierw jakieś 2h z Wrocławia do Frankfurtu a potem kolejne 12h do Singapuru. Trzeci już raz - przynajmniej w naszym wypadku - nasze doświadczenie w długich lotach z dziećmi jest jednak, mimo wszystko pozytywne. Oprócz krótkich "epizodów" śpią one smacznie, szczególnie mając na uwadze że staramy się wybierać loty nocne, co bardzo w tym wypadku pomaga.

Singapur (oznacza Miasto Lwa) to istny mix kultur z językami urzędowymi takimi jak: angielski, mandaryński, tamilski oraz malajski. Na małej przestrzeni żyją obok siebie w bardzo nowoczesnej metropolii przedstawiciele wielu narodów. Singapur położony jest również zaledwie 137 km od równika co skutkuje taką a nie inną pogodą i klimatem, dodajmy jak najbardziej do ogarnięcia - również jeśli chodzi o podróże z dziećmi. Słynie one również ze znakomicie rozwiniętej gospodarki, która we wszystkich niemal rankingach ekonomicznych stawia to małe państwo w czołówce, szczególnie uwzględniając PKB. Do tego wszechobecne wieżowce, również mieszkalne, bo ziemia jest to bardzo droga.

Lotnisko w Singapurze przywitało nas bardzo dobrą organizacją (nagroda najlepszego lotniska świata 2013). Do tego czuć było panujący tu porządek i ład, z którego z resztą to miasto - państwo słynie. Lokalnym autobusem pojechaliśmy do budżetowego hotelu Value Thomson. Warto tutaj wspomnieć, że niestety Singapur jest pod względem noclegów drogi. Plusem hotelu z pewnością był basen, czystość i super widok z naszego 11 piętra. Minusem z kolei był rozmiar pokoiku i brak śniadań, z czym akurat spotykamy się tutaj dosyć często. Ogólnie jednak bardzo polubiliśmy nasz hotelik i szkoda nam było się z niego później ewakuować.



Podczas pierwszego dnia mieliśmy okazję i przyjemność poznać się z autorką bloga (którą serdecznie pozdrawiamy) "Azja od Kuchni". Opowiedziała nam i wielokrotnie pomagała w ogarnięciu tej nowoczesnej metropolii. Bardzo nam to pomogło.

http://azjaodkuchni.blogspot.com/

Pierwsze dwa dni były również czasem na przestawienie się na inny czas i klimat dla Laury i Daniela. Po długim zwiedzaniu, w środku nocy dzieciaki się budziły chętne do zabawy i rozrabiania - ku uciesze swoich rodziców :) Po tym czasie wszystko wróciło do normy, no może za wyjątkiem faktu że chodzą spać znacznie później niż normalnie w domu.

Idealnym rozwiązaniem podróżowania po Singapurze okazała się kolejka / metro MRT (mass rapid transit), która zawoziła nas praktycznie w każde miejsce. Ponownie bardzo czysto, punktualnie z czasem oczekiwania najczęściej od 2 do 4 minut. To co przykuło naszą uwagę i co jest też charakterystyczne dla Singapuru to wszechobecne kary za jedzenie w miejscach transportu publicznego, żucie gumy (chodzi o śmiecenie) czy rzucenie papierka. System działa idealnie a społeczeństwo definitywnie się do niego stosuje. Nasza opinia o nim jest bardzo pozytywna widząc jakie przyniosła one skutki.


Dla wyjaśnienia: ostatni znak dotyczy zakazu wnoszenia i spożywania owoca o nazwie "durian". Rośnie on właśnie w tej części świata i słynie z faktu bycia najbardziej śmierdzącym owocem świata :) Jeszcze nie mieliśmy okazji go ani spróbować ani też poczuć. Wszystko miejmy nadzieję przed nami.

Wspominając też o transporcie w Singapurze warto wspomnieć również o taksówkach. Są one bardzo liczne pomimo tak sprawnie działającego MRT oraz również autobusów. Co ciekawe stwierdziliśmy z Jolą, że Singapur jest państwem taksówkarzy. Na każdym bowiem postoju czeka długi rząd ludzi oczekujących. Jak taxi podjeżdża to kierowca pyta się gdzie ktoś chce jechać. Raz zabiera (jak mu pasuje kierunek) a jak nie to trzeba czekać na kolejną. Nam się zdarzyło przykładowo usłyszeć (po podaniu kierunku) "sorry ale pojadę teraz na lunch"

Mieszanka kulturowa Singapuru, ale też i całej Azji spowodowała możliwość obcowania z naprawdę przeróżną kuchnią. Wybór i ilość potraw na niemal każdym kroku jest tak olbrzymia, że porównywanie ich do kuchni polskiej czy ogólnie europejskiej to małe nieporozumienie. Czasami strzelamy co chcemy jeść, no może za wyjątkiem konkretnej informacji czy ma być posiłek na ostro czy nie. Trzeba na to uważać szczególnie mając na uwadze dzieci. Ja (Dawid) zamówiłem któregoś dnia potrawę, swoją drogą bardzo dobrą, tak ostrą że zacząłem przybierać przeróżne kolory a z oczu poleciały łzy. Musiałem być niezłą atrakcją dla właścicielki ponieważ w trakcie posiłku usiadła naprzeciw właścicielka baru i uśmiechając się (na szczęście szczerze) powtarzała Spicy Sir :) Spicy Sir :)

Całe szczęście, że jestem wielbicielem ostrej kuchni i całe danie zostało tak czy owak ze smakiem zjedzone.


To co nam się również bardzo podoba to fakt, że można w Singapurze dostać potrawy w niskiej cenie (od 2-4 dolarów singapurskich wzwyż oczywiście). Spokojnie można tu więc budżetowo pod tym względem jakoś wytrzymać a jednocześnie spróbować potraw dla nas zupełnie egzotycznych. Jedliśmy praktycznie wszędzie od ulicznych straganów po centra handlowe. Nie zdarzyły nam się w ogóle żadne problemy żołądkowe i niech tak pozostanie.

Podczas zwiedzania Singapuru wielokrotnie spotykaliśmy się z bardzo dużą życzliwością mieszkańców, szczególnie uwzględniając fakt że byliśmy z dziećmi. Szczególnie Daniel, mający 1,5 roku i jasną fryzurę na każdym kroku budził bardzo pozytywne zamieszanie wśród "lokalsów" którzy na każdym kroku próbowali go zagadać czy posłać uśmiech. Nie było w tym na szczęście nic nachalnego czy niewłaściwego. Dlatego też nie protestowaliśmy jak ktoś się przy nim czy raczej przy nas zatrzymywał.

Nasze 6 dni ledwo wystarczyło na zwiedzenie tego miasta - państwa. Ilość atrakcji jest bardzo duża a należy uwzględnić fakt, że podróżowanie z dziećmi, a już szczególnie małymi cały proces definitywnie spowalnia. Nie chcemy przecież za wszelką cenę zobaczyć wszystkiego. Głównie bowiem liczy się fakt żeby czuć się jak na wakacjach i żeby dzieciaczki się nie przemęczyły. Miejsca, które min. odwiedziliśmy i które w większości przypadków zdecydowanie możemy polecić to:

  • Sama konstrukcja hotelu Marina Blue Bay Sands z charakterystycznym basenem dla gości hotelowych z widokiem na cały Singapur. My mieliśmy przyjemność podziwiania panoramy z 56 piętra tego budynku. Widok naprawdę niesamowity na pobliskie wieżowce


  • Wieczorny pokaz światło i dźwięk tuż przy promenadzie i hotelu Marina Bay Sands w otoczeniu przepięknie oświetlonych wieżowców zrobił na nas wszystkich chyba największe wrażenie. To po prostu trzeba zobaczyć.


  • http://www.marinabaysands.com/Singapore-Entertainment/WonderFull/

  • Symbol narodowy Singapuru czyli Marilon z widokiem na wspomniany hotel Marina Bay Sands Hotel i okoliczne wieżowce


  • Zoo w Singapurze określane jako jedno z najlepszych parków świata - szczerze mówiąc nas rozczarowało i raczej nie byliśmy zachwyceni tym co widzieliśmy. Owszem było fajnie ale nie tak jak się nastawiliśmy.

  • Słynna wyspa Sentosa czyli rozrywkowa część Singapuru. To tutaj znajdują się plaże oraz parki rozrywki jak chociażby słynny Universal Studio. Tutaj też podobało nam się bardzo oceanarium określane jak z resztą wiele innych atrakcji jako "naj", w tym wypadku jako największe na świecie. Jedynym minusem w oceanarium był tłum ludzi szczególnie przy tunelach gdzie można było oglądać rekiny i inne stwory morskie. Wyspa Sentosa to również miejsce na wydawanie kasy. Chcąc zobaczyć wszystkie atrakcje należałoby wydać naprawdę duże pieniądze. Dlatego też mając na uwadze fakt, że nasz wyjazd jest definitywnie budżetowy (a Singapur i tak łamał te zasady ze swoimi cenami) - nie zdecydowaliśmy się na odwiedzenie wszystkich miejsc.


  • Dzielnica "Little India", w której mieszkają oczywiście głównie Hindusi. Odbiega ona znacznie od standardowego Singapuru. Wrażenie jest takie jakby faktycznie przenieść się do Indii. Zabudowa, muzyka, świątynie czynią to miejsce zupełnie innym. Tu też jak sądzimy w wieczornych godzinach nie czulibyśmy się tak swobodnie jak w pozostałych dzielnicach Singapuru. Niby bezpiecznie ale… Z drugiej strony miejsce zdecydowanie warte odwiedzenia. Niestety nie udało nam się odwiedzić całkiem niedalekiej dzielnicy China Town. Szkoda, ale tak jak pisałem z czegoś musieliśmy zrezygnować mając na uwadze Laurę i Daniela.


  • Centra Handlowe. No cóż czy to atrakcja to można mieć wątpliwości. Zupełnie się z tym zgadzamy. Chcemy jednak powiedzieć, że nie jeden raz robiły na nas niesamowite wrażenie. Nie tylko pod względem cen, światowych marek ale również pod względem dostępnych atrakcji dla klientów i ciekawych rozwiązań architektonicznych. Singapurczycy kochają się we wszelkiego rodzaju atrakcjach wodnych stąd też na każdym kroku fontanny, wodospady i inne tego typu.

Z Singapurem żegnaliśmy się nieco niechętnie. Bardzo nam się tutaj podobało - praktycznie pod każdym względem. Pomieszanie kultur w otoczeniu światowego biznesu wraz ze świetnie rozwijającą się gospodarką, poczuciem bezpieczeństwa i czystości powodują, że śmiało możemy stwierdzić, że Singapur wydaje się być idealną metropolią XXI wieku, Stwierdzamy to jednak jako turyści bo przecież mieszkając tu na co dzień z pewnością odkrylibyśmy również negatywy, których w tej chwili nie potrafiliśmy dostrzec. Min. szaleńczy tryb azjatyckiego życia jeśli chodzi o godziny pracy i poświęcenie z tym związane.

Na sam koniec jeśli chodzi o Singapur kilka ciekawostek:

  • Większość tutejszych rodzin posiada "maid" czyli po prostu służącą, która pochodzi z innych krajów i zajmuje się prowadzeniem domu od rana do wieczora. Przeciętny więc Singapurczyk nie wie co to pranie czy robienie zakupów. Fajnie opisany temat możecie znaleźć na innym blogu na temat Singapuru

    http://azjatyckicukier.blogspot.com/2012/05/zycie-w-singapurze-cicha-sia.html

    Zwiedzając Singapur z plecakiem, wózkiem, dwójką dzieci też spotkaliśmy się z pytaniem czy nie mamy pomocy do tego wszystkiego :)

  • Dzieci w Singapurze chodzą w mundurkach danego przedszkola czy szkoły. Na porządku dziennym są wycieczki do sklepów, centrów handlowych etc aby zobaczyć jak wszystko funkcjonuje i gdzie i jak się kupuje różne artykuły, które później można zobaczyć w domu. Przecież tym się zajmuje służąca

  • Liczba samochodów wynosi 1 na 10 mieszkańców a spowodowane to jest niesamowicie wysokimi kosztami aut / pozwoleń, na które i tak czeka się latami. Jest to celowy zabieg zmniejszający ilość aut na tak małym obszarze.

  • Przewóz narkotyków równy jest karze śmierci. Singapur słynie jak już wspomniałem z licznych zakazów, których złamanie grozi karami typu chłosta kijem ratanowym. Mimo, że brzmi to absurdalnie to system działa a ponoć sami Singapurczycy są z niego zadowoleni. Nikt jednocześnie nie czuje się zastraszony. Jedno jest pewne: wiesz jak postępować i czego Ci nie wolno. Nagrodą jest jedna z najmniejszych ilości przestępstw na świecie. Ponoć w niektórych dzielnicach przestępstw nie było od kilku lat! I to jest prawda, co ciekawe.

    Singapur opuszaliśmy taksówką kierując się do przygranicznego miasta w Malezji Johor Bahru (zwane JB). Aby pojechać w ten sposób należy się wybrać w konkretne miejsce przy terminalu autobusowym, skąd odjeżdżają taksówki do tego miasta. Stała opłata wynosi 40 singapurskich dolarów (jakieś 105 PLN). Oczywiście spotkaliśmy się z długą kolejką oczekujących. Musieliśmy poczekać jakaś godzinę. Tutaj też rozbawiłem siedzących w słońcu Singapurczyków i Malajów kiedy ostro chciałem usiąść po stronie kierowcy (ruch lewostronny) :) Mieli niezły ubaw, kiedy zobaczyli moją minę jak zobaczyłem kierownicę po "niewłaściwej" stronie.

    W JB zarezerwowaliśmy budżetowy Zeng Zeng Hotel. Przejeżdżając przez miasto było już widać, że to inny świat w stosunku do Singapuru. Śmieci, jakość dróg etc mówiła, że upuściliśmy nowoczesną metropolię i wjeżdżamy do prawdziwej Azji. Sam hotel okazał się skromny. Z drugiej strony było wszystko co potrzebowaliśmy więc nie narzekamy. Obsługa była miła i pomocna. Minusem była kiepska lokalizacja czy raczej otoczenie ale w 10 minut spacerkiem można było się dostać do centrum miasta. Najciekawszą dla nas atrakcją w mieście była wizyta w dużej hinduskiej świątyni. Naprawdę robiła wrażenie a my mieliśmy okazję uczestniczyć w jakiś obrzędach.


    Głównym jednak powodem odwiedzenia JB była wizyta w malezyjskim Legolandzie. Jest on położony jakieś 45 minut od samego miasta na nazwijmy to delikatnie mało zagospodarowanym terenie, wokół którego jest jeszcze wiele budów. Sam park dostarczył dzieciakom bardzo dużo radochy, szczególnie oczywiście Laurze. Dużo atrakcji jest właśnie przygotowanych dla dzieci w tym wieku (4-8 lat). Wyszliśmy z parku zadowoleni pomimo naprawdę dużego upału oraz… wysokich kosztów wstępu. Cały rodzinny wypad do Legolandu kosztował nas jakieś 400 ringitów malezyjskich, czyli dokładnie 400 PLN. W Malezji bowiem znakomicie bowiem przelicza się walutę na polskiego złotego. Praktycznie to 1:1.


  • Siódmy dzień naszego pobytu w Azji skończył się bardzo późno. Ciężko było wstawać na poranny pociąg relacji JB - stolica Kuala Lumpur. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że czekają nas kolejne "atrakcje", tym razem związane z wątpliwą jakością malezyjskich kolei państwowych :)

    Ale o tym w naszej kolejnej, cotygodniowej relacji.

    Pozdrawiamy z dalekiej Malezji
    8.07.2013; Dawid, Jola, Laura i Daniel

PRZEJDŹ DO PRYWATNEJ GALERII ZDJĘĆ

do góry