Australia z dwulatkiem, w dodatku w dwupaku.
Klaudia Lipińska

Australia przywitała nas kolejkami. Olbrzymimi, zakręconymi wielokrotnie kolejkami. Najpierw paszporty - osobno Australijczycy i Nowozelandczycy, osobno reszta świata. Wbrew pozorom oba ogonki poruszały się równie wolno. Później tzw. quarantee, czyli punkt kwarantannowy - trzeba zadeklarować co z rzeczy do jedzenia, picia, lekarstw, alkoholu, przedmiotów z drewna i nie wiadomo czego jeszcze wwozi się na terytorium Australii. To już kolejka jest jedna, dla wszystkich obowiązkowa. Nawet jeśli zadeklarujesz, że nie masz niczego takiego, czeka Cię kontrola. Myślałby kto, że to koniec... Nie, nie, przed samym wyjściem trzeba wszystkie bagaże ustawić na ziemi w rządku, ustawić się przy żółtej linii i czekać. Na co? Na psa-biostrażnika, który wszystko dokładnie obwącha... Przed nami para Australijczyków ryknęła na celniczkę, że nigdy nie byli na tak źle zorganizowanym lotnisku, że to wstyd dla Australii i co sobie pomyślą ci wszyscy turyści. Cóż, my też chyba nigdy nie byliśmy na tak źle zorganizowanym lotnisku...

Za to później było już tylko lepiej. Melbourne nam się podobało. Jest nowoczesne, ale jednocześnie klasyczne, głośne, ale sympatyczne, tłoczne, ale bez problemu można znaleźć spokojne miejsce.

Ponieważ różnica czasowa między Poznaniem a Melbourne to 8h, potrzebowaliśmy 3 dni na przestawienie się. My potrzebowaliśmy, dorośli, bo Jonasz przestawił się sam, od razu! I to jest dowód na to, że dzieci znoszą zmiany lepiej niż nam się wydaje.

A przestawiwszy się przenieśliśmy się nieco na południe, w kierunku bieguna... Deszczowa i zimna o tej porze roku (lipiec) Tasmania okazała się dla nas wyjątkowo łaskawa. Owszem, było zimno, choć nie aż tak, jak się spodziewaliśmy, ale słońce witało nas każdego dnia. Wyspa jest przepiękna, zielona, czysta, z mnóstwem sadów, winnic, lasów i zwierzaków. I wyjątkowo różnorodna. Byliśmy na najwyższej w okolicach Hobart górze, gdzie leżało sporo śniegu, a zamarzająca mżawka sprawiła, że prędko się stamtąd ewakuowaliśmy. Odwiedziliśmy deszczowy las, który wygląda jak tropikalna dżungla, ale zdecydowanie nie jest w nim gorąco i wilgotno. Byliśmy w innym lesie, gdzie najpierw spaceruje się "normalnie", a później wchodzi na platformę umieszczoną na wysokości nawet 37 metrów i wędruje pośród wyższych partii lasu, oglądając korony drzew, otaczające ten teren góry i rzeka płynącą w pobliżu. Genialny pomysł! Oglądaliśmy przepiękne wodospady i ogromne drzewa. Karmiliśmy walabie i przyglądaliśmy się z bliska diabłom tasmańskim, podziwialiśmy pingwiny. Zwiedziliśmy winnicę, maleńką lokalną wytwórnię serów i muzeum… jabłek. Byliśmy na odbywającym się w Hobart od kilku lat Festiwalu Głosów (http://www.festivalofvoices.com/ ), zachwyciła nas jego... bożonarodzeniowa atmosfera. W samym środku polskiego lata trafiliśmy do miejsca, gdzie na drzewach wiszą światełka, pije się grzane wino i rozpala wielkie ogniska. Można zjeść lokalne przysmaki i posłuchać najróżniejszej muzyki. Przedziwne uczucie... Było to miejsce idealne dla rodzin z dziećmi, maluchy wszędzie biegały, Jonasz chętnie się włączył w zabawy, pierwszy raz trzymał zimne ognie.

Po Tasmanii nadszedł czas na inną strefę klimatyczną - Queensland. Temperatura 20-23 stopnie, słonecznie, choć wietrznie. Ze względu na Jonasza i moją ciążę wynajęliśmy auto i w ten sposób poznawaliśmy ten stan. Byliśmy na farmie krokodyli, głaskaliśmy 50-cm (bez ogona!) oseska, który miał taką siłę, że nie chciałabym przekonać się co może zrobić dorosły osobnik... Popłynęliśmy podziwiać wieloryby - i znów, dzieci lepiej znoszą różne sytuacje niż dorośli... Na morzu moooooocno bujało, ja miałam potworną chorobę morską (a ze względu na ciążę nie mogłam wziąć leku...), Łukasz też przez chwilę miał niewyraźną minę, a Jonasz... Chyba nawet nie odczuł, że nie ma pod nami stałego lądu! Co jeszcze? Całowaliśmy się z fokami, podglądaliśmy pelikany, rozmawialiśmy z kakadu, przytulaliśmy z koalą - przefajne doświadczenia!

A po kilku tygodniach w Australii na 4 dni zupełnie zmieniliśmy scenografię. 33 stopnie w cieniu, wilgotność hmm... wysoka! Zakotwiczyliśmy w Seulu. Ogromnym, nowoczesnym Seulu, w którym w samym środku dzielnicy biznesowej, pełnej drapaczy chmur i salonów luksusowych marek trafiliśmy na przepiękną buddyjską świątynię o 1200-letniej tradycji, wciąż czynną, z mnichami, modlącymi się wiernymi i zapachem kadzideł. Seul - soul od Asia. Takie hasło promuje stolicę Korei Południowej. Czy słusznie? Nie wiem. Nam Seul podobał się bardzo, choć może nie tak jak inne miejsca na kontynencie. Na pewno jest to wielka, nowoczesna metropolia z Internetem dosłownie wszędzie i za darmo. Na przykład w metrze, gdzie niemal wszyscy niezależnie od wieku, nawet sędziwe staruszki, siedzą wgapieni w swoje Samsungi (staraliśmy się wypatrzyć kogoś ze smartfonem innej marki - na próżno). Na pewno jest bogata, a jednocześnie dbająca o tradycję, to się czuje na każdym kroku. Widać w niej jednak klasyczny azjatycki bałagan, to trudne do opisania coś, co sprawia, że wiesz, że na pewno jesteś w Azji - chaos w ruchu drogowym, niechlujność w sklepach i to ich charkanie, do którego nigdy nie przywyknę... Zakochaliśmy się w koreańskiej kuchni, pysznej, pikantnej i lekkiej. I zadowoleni jesteśmy, że zdecydowaliśmy się na przedłużony przystanek w drodze z Australii.

No i jeszcze jedno jest pewne - blondwłose dziecko w Korei budzi powszechny zachwyt! A jeszcze jak macha pogodnie łapką do zagadywaczy to już w ogóle jest szał :D Usłyszeliśmy, że Jonasz jest przepiękny, słodki, numer one, uroczy, przepuszczano nas w windzie, ustępowano miejsca w metrze itp. Zabawne, że tak jak oni są dla nas egzotyczni, tak my dla nich też.

Czy podróż z niemal dwulatkiem jest trudniejsza niż z niemowlakiem? Tylko trochę - starsze dziecko jest bardziej mobilne i trzeba mieć oczy dookoła głowy :)

Czy można podróżować w ciąży? Można! Trzeba oczywiście ciut bardziej uważać - pierwszy raz w życiu zamiast plecaka zabrałam walizkę na kółkach, wykupiliśmy dodatkowe ubezpieczenie (na szczęście nie musieliśmy sprawdzać jak działa), robiliśmy przystanki częściej niż normalnie. Wyjeżdżałam w trzecim miesiącu, wróciłam w piątym. Teraz z trójką fajnych chłopaków (dwóch mocno nieletnich i jeden trochę starszy ;)) planujemy kolejny wyjazd. Afryka wzywa - tym razem będzie bardziej wakacyjnie, a mniej "wyprawowo" :)