Dawno, dawno temu tj. w 2003 roku –
Australia i nasze początki
(również w dalekim podróżowaniu)


Australia - kraj o którym marzyliśmy wiele, wiele lat. Od momentu, kiedy zobaczyliśmy w kinie "Krokodyla Dundee" obiecywaliśmy sobie, że kiedyś, gdy tylko nadarzy się sposobność, wykorzystamy ją i przeżyjemy przygodę życia poznając przy okazji wspaniałą naturę antypodów. Z początkiem 2003 roku wraz ze swoją ówczesną dziewczyną Jolą (no a dzisiaj żoną :) ) zdecydowaliśmy się na bardzo kosztowny, ale jakże wspaniały wyjazd do Cairns w stanie Queensland - 100-tysięcznego miasta wyrosłego w sąsiedztwie Wielkiej Rafy Koralowej. Chcąc połączyć przyjemne z pożytecznym zdecydowaliśmy się na wykupienie 4-tygodniowego kursu językowego. Na początku lipca 2003 zamiary stały się faktem. Pamiętamy teraz po wielu latach jaka to była wtedy ekscytacja - chyba już tego nigdy nie przeżyjemy. Jola dodajmy była wtedy zaledwie dzień po egzaminach magisterskich na Politechnice Śląskiej.

Podróż na trasie Warszawa - Helsinki - Kong Kong - Cairns zajęła nam łącznie 32 godziny (łącznie z międzylądowaniami). Wspaniałym i niesamowitym miastem okazał się Hong Kong (mieliśmy tam stopovera), ze swoim wielkim i nowoczesnym lotniskiem. Jak się okazało później, było to najlepsze lotnisko świata roku 2002. Korzystając z okazji, że samolot do Australii startował po kilku długich godzinach udaliśmy się supernowoczesnym, szybkim pociągiem do samego Hong Kongu oraz do Kauloon. Buchający z nieba żar wśród licznych drapaczy chmur obok tradycyjnych budynków tworzyły atmosferę miasta przyszłości. Warto tutaj wspomnieć, że niemal na każdym kroku widoczne były ‘zabezpieczenia’ przed niedawno pokonaną epidemią SARS. Zaskoczeniem były kamery termowizyjne na lotnisku, monitorujące z daleka ludzi znajdujących się w holu głównym. Jeżeli któraś z osób miała temperaturę wyższą niż 36,6°C, automatycznie na monitorach pojawiała się w kolorze czerwonym. Ach, ta nowoczesna (dodajmy ówczesna) technologia...

Z Hong Kongiem żegnaliśmy się w powietrzu. Widok potężnego, oświetlonego miasta, z każdej niemal strony oblanego wodą do dziś uważamy za jeden z najpiękniejszych z lotu ptaka, jaki mieliśmy okazję oglądać. Dodatkowo byliśmy zachwyceni ponieważ od linii "Cathey Pacific" (swoją drogą rewelacja!) otrzymaliśmy zupełnie gratis miejsca w business class, mając oczywiście wykupioną ekonomiczną. Możecie sobie wtedy wyobrazić zachwyt ówczesnych post studentów. Wow - chcemy tak za każdym razem ! :)

Ponieważ w Australii pory roku są "odwrócone", nasz lipcowy przyjazd oznaczał tamtejszą zimę, tj. temperatury w granicach 22-28°C. Stolica Tropical North Queensland, czyli Cairns - okazała się dla nas miastem, będącym wspaniałym miejscem wypadowym do wielu egzotycznych dla nas zakątków w tym regionie Australii. Na każdym kroku można wykupić tu bardzo interesujące wycieczki po tropikalnych okolicach.

Nasz kurs językowy okazał się bardzo dobrą inwestycją: intensywne zajęcia pozwoliły nam poprawić i zgłębić tajniki codziennego języka angielskiego. Międzynarodowa ekipa, z różnych egzotycznych zakątków świata zaowocowała licznie nawiązanymi przyjaźniami, m.in. z Yukako i Yu (do dzisiaj jesteśmy z Yu w kontakcie na facebooku !) z Japonii oraz z Kimem z Korei Płd. Bardzo ciekawym elementem tegoż kursu było zakwaterowanie u rodziny australijskiej. Wspólne mieszkanie u Piny i George’a pokazało nam, jak otwartymi i bezpośrednimi ludźmi są Australijczycy. Takie właśnie zakwaterowanie pozwoliło nam odkryć prawdziwe życie lokalnej społeczności w tym dalekim zakątku świata.

Głównym naszym założeniem na spędzanie wolnego czasu były wyjazdy turystyczne tak, by zakosztować pięknej natury, o której tyle słyszeliśmy, czytaliśmy i marzyliśmy. Ponieważ w okolicach Cairns, na Morzu Koralowym znajduje się wiele wysepek - wybraliśmy się na Zieloną Wyspę (Green Island). To właśnie tutaj uprawialiśmy snorkling (pływanie z maską i rurką). Cudowne przeżycia z tym związane pozostaną na zawsze w naszej pamięci. Żaden film nie odda piękna podwodnej flory i fauny żyjącej wśród koralowych raf, znaleźliśmy się w świecie niczym z bajki. Nurkowanie z żółwiem morskim to jedno z najciekawszych doświadczeń w naszym życiu. To naprawdę robiło wrażenie - było nie było to w końcu Wielka Rafa Koralowa :)

Podobne przeżycia wiązały się z wizytą na Fitzroy Island, gdzie połączenie pięknych plaż z palmami powodowało, że chciało się tam zostać na całe życie. Tutaj zaliczyliśmy podstawowy kurs nurkowania. Początkowe zajęcia teoretyczne wraz z ćwiczeniami „na sucho” w basenie kończyły się nurkowaniem w Morzu Koralowym, które pozwoliło nam cieszyć własne oczy niezwykłym bogactwem Wielkiej Rafy Koralowej. Ten żywy twór natury jako jedyny widoczny jest z kosmosu wart jest obejrzenia za cenę wszelkich wyrzeczeń, zachodów czy oszczędności.

Kolejnym wypadem, na który się zdecydowaliśmy był wyjazd na Cape Tribulation, oddalonym kilka godzin jazdy samochodem od Cairns. Piękny i dziki las deszczowy (rain forest) spowodował, że czuliśmy się niczym filmowy Krokodyl Dundee. Po drodze mijaliśmy rzekę Daintree, w której są krokodyle. Jakże ciekawym i ekscytującym okazał się rejs niewielką łodzią – gdy na brzegu one się właśnie wylegiwały. Po obu stronach rzeki dziki las deszczowy. Na drzewach kolorowe węże, bardzo liczne w tych okolicach. I ta kakafonia najdziwniejszych dźwięków „koncertująca” z głębi lasu. Widok i przeżycie bardzo pobudzający wyobraźnię... Cape Tribulation przywitał nas olbrzymią ulewą godną jedynie rain forest. Wieczór spędziliśmy w drewnianym domku (beach house), kryjąc się przed kaskadami wody z nieba. Dookoła przepiękna, egzotyczna, dzika zieleń, w pobliżu długa, miękka, niemal puchowa piaszczysta plaża. Po naprawdę ulewnym deszczy wybraliśmy się na spacer. Tutaj, w otoczeniu lasu deszczowego, w sąsiedztwie Morza Koralowego, przy egzotycznym wtórze odgłosów z lasu… zaręczyliśmy się :). Tu więc się wszystko zaczęło. Dziś z uśmiechem wspominamy informację ówczesnego naszego nauczyciela angielskiego z Cairns, że słowo "tribulation" oznacza "cierpienie, męki, męczarnie, troski" :)

Podczas innych wycieczek zobaczyliśmy typowe australijskie zwierzęta, którym tutejsza natura stworzyła szczególnie korzystne warunki rozwoju. Misie koala i kangury obejrzeliśmy w rezerwatach. Te pierwsze - spokojnie i leniwie wylegujące się na gałęziach drzew, oszołomione liśćmi eukaliptusa. Ich futerko jest niczym pluszowej zabawki. Bardzo miłe zwierzaki, kurczowo trzymające się swoimi łapkami, gdy weźmie się je na ręce. Jak wspomniałem wcześniej, w okolicach Cape Tribulation bardzo często spotyka się węże. Na przeciętnym Aussie (Australijczyku) żadnego wrażenia nie robi jakiś gad, wylegujący się w jego ogródku. Jak mówią: - Jak tutaj przyszedł, tak i sobie pójdzie. Widok pięknych ptaków, w pełnej gamie kolorów, szczególnie papug na drzewach oraz pelikanów - uzupełnia ten raj nie ziemi i czyni go bardziej niezwykłym i niecodziennym. Warto też wspomnieć o wycieczce do Kurandy - w której znajduje się wspaniała kolej (jak również park ptaków i motyli). Łączy ona to miasto z Cairns – ma piękny malowniczy przebieg. Największą chyba atrakcją jest przejazd przez zbocze o wysokości 300m i przejazd w okolicy wodospadów Barron Falls i Stoney Creek Falls.

Mówiąc o Australii nie sposób wspomnieć o tutejszej kuchni. Jest ona bardzo zróżnicowana. Popularna jest m.in. kuchnia azjatycka. Do specjałów tutejszej kuchni należą steki z kangura (chyba to dla turystów choć jakże duży nietakt w stosunku do natury), kiełbaski z krokodyla oraz słodkawa, żółta zupa w dyni.

Kończąc swoją opowieść chcielibyśmy dodać kilka miłych słów na rzecz samych Australijczyków. Na każdym kroku spotykaliśmy się z życzliwością wobec drugiego człowieka i uśmiechem na twarzy. Są to ludzie bardzo optymistycznie nastawieni do świata. Z Australii wróciliśmy z wielkim bogactwem niesamowitych doświadczeń, wrażeń, ekspresji i... zaręczeni. Narodziło się też nowe marzenie - znowu powrócić do Australii, zobaczyć Park Narodowy "Kakadu"(dodamy wciąż jeszcze nie zrealizowane - 10 lat później w 2013 roku).

PRZEJDŹ DO GALERII "AUSTRALIA"

do góry