Afrykańskie wspomnienia
Marta Rzeszut

Bo to nie był zwykły wyjazd. Przecież niemal trzymiesięczny wyjazd do Afryki nie może być zwykły. Zawsze chciałam pojechać na wolontariat, a marzenia trzeba realizować! Na studiach w Nowym Sączu poznałam organizację studencką AIESEC, która takie wyjazdy organizuje na cały świat. Rodzice przekonali się, obiecali wesprzeć finansowo i mentalnie (co ja bym bez nich zrobiła!). Siadam więc, szukam projektu; marzy mi się Ameryka Środkowa, przecież uczyłam się hiszpańskiego w liceum. Nie ma projektów – chcę pracować z dzieciakami, z ludźmi, nie w biznesie, na to jeszcze będzie czas. Sprawdzam pierwszy projekt afrykański – bach!, Uganda. Praca, która polega na chodzeniu po szkołach i edukacji na temat HIV/AIDS. Tak! To jest dla mnie! Tylko gdzie dokładnie leży Uganda? Jak wygląda życie w Ugandzie? A podróżowanie po Ugandzie? Na co muszę się zaszczepić, co wziąć ze sobą? Mnóstwo przejrzanych stron w Internetach, przeczytanych książek tych o Ugandzie i tych o Afryce, filmy, obrazki, relacje...


Lipiec 2011. Siedzę w samolocie, ledwo spałam poprzednią noc, to z ekscytacji! Warszawa-Bruksela-Kampala z międzylądowaniem w Kigali. Dopiero wtedy dociera, kiedy widzę mapkę wyświetlającą trasę lotu. Tak! Spełnia się! Afryka! Równik! Podróż! Przygoda! Chwila strachu też jest - co będzie, jak nikt mnie nie odbierze z lotniska? Co ja sobie, do cholery, myślałam? - przychodzi chwila paniki.


To Kampala, pierwszy dzień w Ugandzie. Moje serce natychmiast skradła czerwona ziemia, ryż z fasolką (którego jeszcze będę miała dość…), uśmiechający się ludzie, bez wrogości zaczepiający na ulicy. Milknę niemal na tydzień, tylko pytam. A dlaczego? A po co? A po ile? A jak to działa? Dlaczego? Kto to jest…? Docieram do Masaki, miejscowości parędziesiąt kilometrów od równika, gdzie spędzę najbliższe tygodnie. Piękna jest, okolice przypominają Beskid Sądecki, prawda? Na zdjęciu już czuję się jak u Ciebie – spodnie szyte na miarę u pani krawcowej, warkoczyki robione przez Afrykanki. Jestem szczęśliwa. Szczęście wypełnia mnie, czuję je wszędzie, tak mi tam dobrze. Ma to swoją cenę, po powrocie pierwszy raz tęsknię tak bardzo za miejscem, za zapachami, za tym uczuciem błogości. Śnię dużo o czerwonej ziemi i zapachu Oceanu.

Praca, tak, praca też była! Ale inna, niż się spodziewałam. Na miejscu zostałam raz zawieziona do Birimuye Nursery School, odpowiednika naszego przedszkola/szkoły podstawowej (dzieci 4-6 lat) w Nyendo, dzielnicy slumsów w Masace. I już zostałam! Dzieci chłonęły mnie, moje proste włosy i niebieskie oczy, i ja chłonęłam dzieci, ich umiejętność komunikacji z podstawowym angielskim, ich nieskończoną energię, ich chęć skupiania na sobie uwagi. Chyba jak każde dzieci na świecie. Działo się dużo dobrego, pomalowaliśmy klasy, kupiliśmy materace, ołówki, temperówki, pomogliśmy przy budowie biblioteki, a po powrocie zebrałam pieniądze na płot. Kontakt mamy do tej pory. To była wymiana dwustronna, nie tylko ja dla nich, ale też oni dla mnie. Na zdjęciu dzień lepienia z gliny, jeden dzień w miesiącu dzieci zrzucają mundurki, żeby się nie pobrudzić, i dostają glinę i wodę. Mnóstwo zabawy! Do tej pory mamy ze sobą kontakt. Wymieniamy listy na święta, zdjęcia.


Dzieci też mają wakacje! W ciągu ich 3 tygodniowej przerwy, ja podróżowałam trochę po Afryce Wschodniej z Imke z Niemiec i Nico z Austrii. Byliśmy w Rwandzie, kraju tysiąca wzgórz i miliona uśmiechów. Konfrontacja historii – ludobójstwo z 1994 roku – z rzeczywistością nie była łatwa. Ale Rwanda teraz to piękny, prężnie rozwijający się kraj, który dba o ekologię, zabraniając używania plastikowych reklamówek czy urządzając międzynarodowy dzień sprzątania co 3 sobotę miesiąca. Zwiedzamy Kigali, stolicę, jedziemy nad jezioro Kivu, widzimy sporo miejsc pamięci.



Wracamy do Ugandy, a stamtąd rozpoczyna się BIG EAST AFRICA TRIP! Z Kampali jedziemy do Nairobi, stolicy Kenii, gdzie śpimy u naszego znajomego z Ugandy. Trwa zima, i w nocy temperatura spada do około 10 stopni, jest chłodno. Odwiedzam jedne z największych slumsów afrykańskich, ponadmilionową Kiberę – widok jak z filmów – domy z gliny pokryte blachą falistą, między nimi pełno dzieci i rzeki błota, niosące mnóstwo śmieci. Właśnie z tego powodu było to jedyne miejsce w Afryce, gdzie nie dało się dojść w klapkach – możliwość zarażenia się jakimś paskudztwem od śmieci wzrastała niebotycznie. Oczywiście tory przebiegające przez środek i mnóstwo dzieci, krzyczących mu-zun-gu! mu-zun-gu! Znaczy „biały, obcy” w suahili, i słyszało się to dzień w dzień w całej Afryce Wschodniej.

Z Nairobi pojechaliśmy do Mombasy pociągiem, która przywitała Oceanem Indyjskim, ogromną wilgotnością powietrza, kolorami przypraw hinduskich. Sama podróż pociągiem była niesamowita - sawanna, niekończąca się sawanna. I coraz goręcej z każdą chwilą. Lubię pociągi, nawet jeśli spóźniają się parę godzin, a podróż trwa od wieczora do południa dnia następnego. W Mombasie nie posiedzieliśmy długo, w końcu czekała na nas rajska wyspa, Zanzibar! Należy do Tanzanii, i jest nazywany Wyspą Przypraw. Rzeczywiście, pachnie przecudnie. I te białe, puste plaże, znacznie prawdziwsze i ładniejsze niż z katalogów. Nungwi Beach (na zdjęciu) jest wciągana do rankingu TOP10 najlepszych plaż na świecie, i nie ma w tym ani trochę przesady. Spędziliśmy tam rajskie 4 dni, zjeżdżając wyspę wzdłuż i wszerz. Kolory, smaki, widoki, jedne z najpiękniejszych na całej trasie. Delfiny widziane w ich naturalnym środowisku, zapach lasu deszczowego, kąpiele w Oceanie na coraz piękniejszych plażach, uliczki Stone Town wieczorem, sok z trzciny cukrowej, najpyszniejszy napój pod słońcem, niebo usiane gwiazdami jak nigdzie.


Z Zanzibaru popłynęłyśmy już tylko z Imke do Dar es Salaam, który urzekł nas kontrastami – tłum wypływający z promu, kłębiąca się masa tobołków, pakunków, taksówek, autobusów, rowerów, targ rybny, a 300 metrów dalej… pusta plaża z widokiem.

Do Ugandy wróciłyśmy samolotem, czując, że to była wyprawa życia. Zmęczone, zachwycone. A Uganda… Znane ceny, znani ludzie, wiedza, jak i czym się poruszać, parę słów w luganda, języku największego plemienia Ugandy. Byłyśmy w domu!

W trakcie weekendowych wypadów zobaczyłam trochę Perły Afryki, jak nazywa jest Uganda. Wyspy Sesse na Jeziorze Wiktorii, z wielkim ogniskiem i najpiękniejszym i najbardziej kiczowatym zachodem słońca; Park Narodowy Wodospadów Murchisona, ze słoniami, lwami, żyrafami, hipopotamami, pawianami przed domkiem, krokodylem, wodospadami oczywiście, z kolacją na sawannie z rytmem bębnów w tle; okolice Masaki z jej wspaniałymi wzgórzami i Jeziorem Nabugabo; przeżyłam rafting u źródeł Nilu, w Jinjy na północnym-wschodzie Ugandy. A jeszcze tyle miejsc zostało do odwiedzenia!


Podróż do Afryki pozwoliła mi się zdefiniować, określić; ja żyję i oddycham Afryką, śnię o niej, marzę. Udało mi się tam przekroczyć magiczną barierę – nie byłam już muzungu, tylko byłam Marta, albo nawet Ciocia Marta dla dzieci. Zapraszano mnie do wspólnego stołu, byłam w miejscowych domach. Mówię o swojej podróży w szkołach, przedszkolach, na konferencjach, spotkaniach w domach kultury czy klubach podróżnika. I to chcę robić – mówić do ludzi! Zainteresowanie odmiennością jest ogromne. Cały czas podkreślam, że świat TAM jest inny, często nieznany, ale nie jest gorszy ani lepszy od naszego. Odmienność nie jest zła, i pragnę, żeby ludzie to sobie uświadomili.

Afryka… Tęsknię. Wrócę, wiem.

Marta Rzeszut

Bardzo chętnie odpowiem w miarę swoich możliwości na wszelkie pytania, podzielę się wrażeniami, pokażę więcej zdjęć. Proszę mnie szukać na facebook’u lub pisać na marta.m.rzeszut@gmail.com.